To co Jadea opisuje z shintō mocno zmienia mi optykę tej całej dyskusji. Bo przez długi czas myślałam, że minimalizm w magii to jest sprawa wyboru, że ktoś woli mniej. A tu wychodzi, że w niektórych tradycjach to jest wynik wielowiekowego odfiltrowywania tego, co zbędne. Czyli nie mniej z wyboru, ale mniej jako wynik procesu.
Ale czy to mniej przez odfiltrowywanie jest osiągalne dla kogoś, kto pracuje solo i nie ma tej tradycji za sobą? Bo to jest trochę gotowy produkt wielopokoleniowej pracy, a nie coś, co można odtworzyć samodzielnie.
Tylko że lata to dla wielu ludzi za długo. Nie każdy chce czekać na to, aż jego własna tradycja się wykrystalizuje. Ja rozumiem, że tak to działa, ale to jest mało praktyczna odpowiedź dla kogoś, kto szuka teraz.
dobra, to uczciwa uwaga. Może rzeczywiście tak zakładałem. Ale to by oznaczało, że dla kogoś na początku rozbudowane formy są paradoksalnie łatwiejsze?
To jest teza, którą można znaleźć w różnych systemach inicjacyjnych. Rozbudowana forma jako szkielet, który utrzymuje praktykującego w rygorze zanim wytworzy własny. Crowley pisał o tym wprost, że skomplikowane ceremonie są dla tych, którzy nie mają jeszcze wystarczającej koncentracji, żeby obejść się bez nich. Nie wiem, czy się z tym zgadzam w całości, ale jako opis mechanizmu ma sens.
Wracając do tego, co Narcyz powiedział o czasie, mam pytanie do kogoś, kto rzeczywiście przez ten proces przeszedł. Czy da się opisać, po czym poznałaś albo poznałeś, że jakaś część formy jest już zbędna? Czy to przyszło samo, czy to było świadome odcięcie?
To jest bardzo blisko temu, co w kontemplacji opisuje się jako 'scaffolding of attention'. Że pewne zewnętrzne struktury służą ćwiczeniu uwagi do momentu, kiedy uwaga nie potrzebuje już zewnętrznego oparcia. W tradycjach medytacyjnych to jest opisywane na przykład przy stopniowym odchodzeniu od mantr albo wizualizacji w praktyce tantrycznej.
To ciekawe rozróżnienie, które Szaman właśnie zrobił. Czy ten brak zewnętrznej mapy procesu to wada czy może coś innego? Bo słucham Eliksiry i myślę, że ten organiczny proces może mieć coś, czego zaplanowane etapy nie mają. Mianowicie, że ciało i praktyka same wyznaczają tempo, a nie zewnętrzny system.
Ale skąd wiadomo, że to 'ciało wyznacza tempo', a nie po prostu lenistwo albo unikanie trudnych elementów? Serio pytam, bo z zewnątrz oba scenariusze wyglądają tak samo.
A co jeśli ktoś nie ma jeszcze tego punktu odniesienia? Goryczka kilka postów wyżej pytała o osoby bez tradycji za plecami, i mi się wydaje, że Narcyz właściwie zadaje to samo pytanie inaczej. Jak rozróżnić upraszczanie przez dojrzałość od upraszczania przez brak zaangażowania, jeśli nie ma się wcześniejszego doświadczenia głębszej pracy?
Właśnie o to mi chodziło. Dziękuję Meliska za to sformułowanie, bo ja nie umiałam tego tak ująć.
Ten problem z dziennikiem jest realny, ale nie wiem, czy jest do ominięcia. Nawet w tradycjach z nauczycielem, doświadczenie wewnętrzne jest subiektywne. Nauczyciel może powiedzieć, że technicznie rytuał był poprawny, ale nie powie ci, co czułaś. Zawsze gdzieś zostaje ten element, który możesz ocenić tylko sama.
To jest też jeden z powodów, dla których w pewnych tradycjach inicjacja nie jest przyznawana przez praktykującego samodzielnie, tylko przez wspólnotę. Nie chodzi o kontrolę, tylko o to, że pewne rzeczy są niewidoczne od środka. Zmiana w praktyce, która jest faktycznym rozwojem, często wygląda inaczej dla obserwatora niż dla praktykującego.
Ale wracając do minimalizmu jako takiego, czy to znaczy, że minimalizm jest bezpieczniejszy w kontekście tradycyjnym niż w solipraktyce? Bo z tej rozmowy wyłania mi się obraz, że upraszczanie bez mapy jest bardziej ryzykowne niż upraszczanie z mapą. Czy tak to rozumiecie?
powiedziałbym raczej, że jest mniej weryfikowalne, niekoniecznie bardziej ryzykowne. Ryzyko jest przy założeniu, że istnieje coś, co można zepsuć. A jeśli minimalizm w solipraktyce po prostu prowadzi do słabszych efektów, to jest to raczej strata niż ryzyko w klasycznym sensie.
Dobra, ale to jest perspektywa kogoś, dla kogo efekty są sprawą jakości, a nie konieczności. Dla kogoś, kto pracuje magicznie w konkretnym celu, słabsze efekty to już jest problem, nie tylko strata.
To jest dobry trop. Słyszałam gdzieś o rozróżnieniu między magią petycyjną a magią transformacyjną i mi się wydaje, że te dwie mogą mieć różne wymagania co do złożoności. Petycyjna, czyli taka gdzie o coś prosisz czy zlecasz, może działać z mniej elementami. Transformacyjna, gdzie chodzi o zmianę wewnętrznego stanu, może wymagać więcej zakotwiczenia w formie. Ale nie wiem czy dobrze to rozumiem.
Powtarzalność to coś, o czym chyba jeszcze nie rozmawialiśmy jako osobnym elemencie. Bo minimalizm przy jednorazowym działaniu to jedno, a minimalizm jako codzienna regularna praktyka to chyba coś zupełnie innego. Czy to nie jest tak, że prosta forma jest łatwiejsza do powtarzania, i może właśnie dlatego w praktykach codziennych dominuje oszczędność formy?
To co Glicynia_A napisała o powtarzalności mnie trochę zatrzymało. Bo rzeczywiście, myślę o tym jakoś inaczej. Codzienna prosta forma to nie jest to samo co jednorazowe uproszczenie. Regularne działanie z minimalną formą buduje coś zupełnie innego niż złożony rytuał raz w miesiącu. Pytanie tylko, co to 'coś' jest.
Prowadzę od dłuższego czasu coś, co można by nazwać codzienną minimalną praktyką, choć sama jej tak nie nazywam. Kilka minut, jeden gest, jedno skupienie. I mogę powiedzieć, że efekt kumulatywny jest bardzo wyraźny, ale trudno mi powiedzieć, czy to kwestia formy, czy po prostu regularności jako takiej. Podejrzewam, że gdybym robiła to samo w złożonej ceremonii codziennie, efekt byłby podobny. Więc nie wiem, czy to minimalizm działa, czy nawyk.
Ale to brzmi jak wytrych dla kogoś, kto po prostu nie chce się za bardzo wysilić. Jedno słowo i mówię, że pracuję. No, przepraszam.
To zależy co rozumiesz przez efekty zewnętrzne. Bo jeśli magia działa przez zmianę stanu operatora, to codzienne budowanie tego stanu przez prostą formę jest bardzo bezpośrednie. Jeśli magia działa przez coś niezależnego od stanu operatora, to wtedy masz rację, że to inne kategorie. I właśnie tu się rozchodzi cała ta rozmowa, bo my chyba nie mamy jednej odpowiedzi na to fundamentalne pytanie.
Myślę, że większość ludzi w praktyce nie musi tej odpowiedzi mieć, bo pracuje w obu ramach naraz, nie separując ich. Ale dla tej dyskusji to jest naprawdę kluczowe, bo minimalizm wygląda inaczej w każdym z tych modeli.
Ten trzeci model jest mi jakoś bliższy niż dwa pierwsze, ale nie umiałabym powiedzieć dlaczego. Czy to jest gdzieś opisane szerzej? Bo nie kojarzę tej perspektywy z żadną konkretną tradycją.
Jeśli to prawda, że forma uczestniczy w sieci znaczeń, to minimalizm nie polega na usuwaniu elementów, ale na selekcji tych, które niosą największy ładunek symboliczny dla praktykującego. I to by tłumaczyło, dlaczego dla jednej osoby jedno słowo może mieć taką samą gęstość, co dla innej rozbudowany rytuał. Nie chodzi o ilość, ale o nasycenie.
To jest coś pomiędzy. Tradycja dostarcza elementów, które mają historycznie nabudowane znaczenie, ale praktykujący aktywuje to znaczenie przez własne doświadczenie i intencję. Nie jest ani czysto obiektywne, ani czysto subiektywne. Dlatego inicjacja ma sens, bo wprowadza praktykującego w żywą sieć tych znaczeń, nie tylko w tekst.
Ale co z tradycjami, które zostały przerwane albo zrekonstruowane? Tam ta żywa sieć jest przynajmniej częściowo odtworzona, a nie przekazana. Czy to znaczy, że elementy symboliczne mają mniejszy ładunek? Pytam, bo to bezpośrednio dotyczy wielu współczesnych praktyk.
