Dobrze, że Ostroika to powiedziała wprost, bo mi się wydaje, że dużo osób w takich rozmowach stara się nie powiedzieć za dużo, żeby nie wyglądać na kogoś, kto w to 'naprawdę wierzy'. Jakby była jakaś granica wstydu. To jest osobna ciekawa kwestia, jak forum ezoteryczne może mieć taką dynamikę.
Ja mam w tym kontekście konkretne pytanie do tych, którzy wierzą w działanie poza psychiką: czy wasze doświadczenia z minimalizmem były inne, mniej przekonujące, albo odwrotnie, bardziej? Bo jeśli zakładamy, że coś realnie dzieje się na zewnątrz, to chciałabym wiedzieć, czy uproszczenie formy na to wpływa z waszej perspektywy.
To brzmi jakbyś mówił, że rozbudowany rytuał może być też formą ucieczki od precyzji. Że można się ukryć za ceremonią i nie musieć być do końca jasnym wobec siebie, czego się właściwie chce. Czy tak to rozumiesz?
To jest chyba jedno z bardziej użytecznych spostrzeżeń w tej rozmowie. Rozmycie intencji przez ceremonię jako mechanizm obronny. Widziałam to u siebie i u innych. Robimy coraz więcej kroków, zapalamy kolejną świecę, bo boimy się usiąść z tym, czego naprawdę chcemy.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie, może trochę z boku: czy to rozmycie intencji to zawsze problem? Bo wydaje mi się, że kiedy nie wiem dokładnie, czego chcę, to rytuał mi czasem pomaga to odkryć w trakcie. Jakby sam proces był też rodzajem nawigowania, a nie tylko wysyłania.
Czyli wraca pytanie o kontekst. Minimalizm dla kogoś, kto ma jasność. Coś bardziej rozbudowanego dla kogoś, kto jej szuka. Ale jak poznać, po której stronie się jest w danym momencie? Mnie samej często trudno to ocenić.
Przeczytałam ten wątek od początku i mam jedno drobne pytanie, które mi nie daje spokoju: czy ktokolwiek z was miał sytuację, gdzie celowo uproszczył coś, co wcześniej robił rozbudowanie, i efekt był wyraźnie gorszy? Nie z powodu stanu umysłu, tylko tak po prostu, coś nie zadziałało tak jak wcześniej?
No i właśnie to jest pytanie, które zadałam, ale nikt jeszcze nie odpowiedział wprost. Czy ktoś miał sytuację, gdzie uproszczenie dało gorszy efekt, nie dlatego, że coś było nie tak z głową, tylko że forma po prostu nie zadziałała tak samo?
Tak. I to nie raz. Pamiętam okres, gdy próbowałem sprowadzić pewien cykl pracy do samej intencji wypowiadanej na głos. Bez niczego więcej. I przez kilka tygodni nie czułem żadnego ruchu, żadnego sygnału, że cokolwiek się dzieje. Wróciłem do starszej formy z kilkoma elementami zewnętrznymi i coś się zmieniło w ciągu kilku dni. Nie wiem, jak to interpretować, ale nie skreślam tego jako przypadku.
szczerze, nie byłem w stanie tego rozdzielić i nadal nie jestem. Ale właśnie to jest dla mnie argument przeciwko zbyt szybkiemu rozstrzyganiu tej kwestii. Może to było nastawienie. Może coś więcej. Nie wiem i wolę nie udawać, że wiem.
To jest uczciwa pozycja, ale mam pytanie do tej sytuacji: czy ta 'starsza forma' była czymś, czego się nauczyłeś od kogoś, czy sam ją wypracowałeś? Bo według mnie te dwa typy form mają inny ciężar właśnie dlatego, że stoją za nimi różne warstwy znaczeń, nie twoje własne.
A mnie zastanawia, czy w ogóle da się robić coś w rodzaju kontrolowanego porównania w praktyce magicznej. Chodzi mi o to, że nigdy nie jesteś w tym samym stanie co poprzednio, nigdy sytuacja zewnętrzna nie jest identyczna. To trochę jak porównywanie dwóch snów i mówienie, że jeden był skuteczniejszy, bo inne marzenia senne towarzyszyły.
Ciekawi mnie jedna rzecz w tym, co mówi Gienia98 o klarowności wewnętrznej jako efekcie. Czy to nie jest jednak znowu redukowanie do psychologii? Pytam poważnie, nie złośliwie, bo sama mam z tym problem. Co chwilę zaczynam analizować coś jako 'efekt zewnętrzny' i zaraz mi ktoś, albo ja sama, mówię, że to pewnie i tak tylko zmiana perspektywy.
Myślę, że ta dychotomia zewnętrzne-wewnętrzne jest po prostu za ciasna dla tego, o czym mówimy. W większości tradycji, które znam, zmiana wewnętrzna jest warunkiem zmiany zewnętrznej, nie alternatywą. Więc klarowność jako efekt nie wyklucza czegoś więcej, ona jest jego częścią.
Ale czy jest jakiś inny model, który nie jest obciążony tym samym problemem? Żeby stwierdzić, że coś zadziałało zewnętrznie, musiałbyś wyizolować siebie z równania, a tego chyba się nie da.
Przepraszam, że wchodzę z trochę prostszym pytaniem, ale to, co piszecie o obserwatorze i układzie, czy to znaczy, że minimalizm jest trudniejszy właśnie dlatego, że kiedy jest mniej elementów zewnętrznych, to my sami stajemy się bardziej częścią całego procesu i trudniej nam potem ocenić, co się stało?
Natka77 zadała właśnie pytanie, które według mnie jest sercem tego wątku. Tak, dokładnie o to chodzi. Im mniej zewnętrznego, tym bardziej ty jesteś materiałem i sposóbm jednocześnie, i oceniasz efekt tymi samymi strukturami, którymi go tworzyłaś. To jest trudne i myślę, że dlatego minimalizm nie jest łatwiejszą opcją dla większości ludzi, tylko inaczej wymagającą.
To zmienia trochę moją perspektywę na to, dlaczego prostsze formy wydają mi się mniej przekonujące. Może nie dlatego, że działają słabiej, tylko dlatego, że nie daję im tyle samo uwagi co rozbudowanym rytuałom. Bo przy rozbudowanym jest więcej rzeczy, które przyciągają skupienie.
Mam wrażenie, że doszłyśmy do czegoś naprawdę konkretnego. Rozbudowana forma może być też sposobem na mechaniczne wymuszenie uwagi. Nie dlatego, że ma magiczną przewagę, ale dlatego, że trudniej ją zrobić na autopilocie. Minimalizm wymaga tego samego poziomu uwagi bez tych zewnętrznych kotw, co jest dużo trudniejsze do utrzymania.
I to akurat ma pokrycie w tym, co piszą badacze zajmujący się rytuałem od strony kognitywistycznej, między innymi Harvey Whitehouse i jego teoria trybów religijności. Wysoka pobudliwość sensoryczna i emocjonalna, dużo elementów, rzadko wykonywane rytuały, kontra niskie pobudzenie, proste formy, wykonywane często. Oba tryby działają, ale inaczej kodują doświadczenie w pamięci i inaczej wpływają na tożsamość. Minimalizm pasuje raczej do drugiego trybu i ma swoją własną logikę, nie jest oszczędną wersją pierwszego.
Whitehouse to akurat dobry trop, bo on sam zaznacza, że tryb imagistyczny, ten z wysoką pobudliwością, nie jest lepszy ani gorszy, tylko inaczej działa na pamięć i identyfikację z grupą. W kontekście solowej praktyki magicznej to trochę się komplikuje, bo nie ma grupy, której jesteś częścią poprzez rytuał. Zostaje samo kodowanie pamięciowe i intensywność. Ciekawe, czy minimalistyczne formy w solowej praktyce w ogóle mają swój odpowiednik w tej teorii.
Właśnie dlatego zawsze miałem podejrzenie, że wiele tradycji magicznych, które na papierze wyglądają na indywidualne, w praktyce zakłada jednak jakieś zakorzenienie w przekazie. Nauczyciela, linię, społeczność. I ta warstwa daje coś, czego nie zastąpi ani rozbudowany rytuał, ani minimalizm. Może dlatego porównanie tych dwóch podejść w izolacji jest trochę jałowe.
To mnie zastanawia. Bo sygilizacja u Spare'a i pochodne u Granta czy późniejszych praktykujących chaosu, to jest system, który ma swoje uzasadnienie w psychologii, w tym, że świadoma intencja wchodzi w konflikt z realizacją. Czy minimalizm, który praktykujecie na co dzień, ma jakiś podobny fundament, czy to bardziej intuicja albo wygoda?
Ja mogę powiedzieć o sobie, że zaczęłam upraszczać raczej z powodów praktycznych. Mniej czasu, mniejszy dostęp do materiałów, zmiana miejsca zamieszkania. I dopiero potem zaczęłam zauważać, że to działa inaczej, nie gorzej, ale inaczej. Więc u mnie nie było żadnej teorii za tym. Teoria przyszła retrospektywnie, kiedy zaczęłam czytać notatki.
To, co mówi Meliska, wydaje mi się ważne, ale nie dlatego, że to problem. To raczej opis tego, jak praktyka w ogóle działa. Większość ludzi, których znam, zaczęła coś robić, a potem szukała języka do tego. Odwrotna droga, od teorii do rytuału, bywa dużo bardziej sztywna i krucha.
A jak to się ma do sytuacji, kiedy ktoś zaczyna od zera i nie ma żadnej praktyki za sobą? Pyta o to, bo mnie uczono, że żeby cokolwiek uprościć, trzeba wpierw wiedzieć, co się upraszcza. Czy minimalizm jako punkt startowy to w ogóle minimalizm, czy po prostu brak formy?
Ale czy 'celowo niski punkt startowy' to nie jest po prostu inne słowo na improwizację? Pytam serio, bo widzę, że są tu osoby z dużo dłuższą praktyką i chciałabym wiedzieć, czy to rozróżnienie naprawdę coś zmienia w praktyce, czy jest tylko semantyczne.
