Wracając do minimalizmu, czy to znaczy, że w zrekonstruowanej tradycji minimalismo jest bezpieczniejsze, bo i tak operujesz na częściowo nowej sieci? Że nie ma tyle do utracenia przez uproszczenie?
Albo odwrotnie, że jest ryzykowniejsze, bo masz mniej buforu historycznego i każde uproszczenie bardziej odsłania konstrukcję. Nie wiem. Ale to jest ciekawe przesunięcie w tej rozmowie, bo zaczynaliśmy od pytania, czy mniej może być lepsze, a teraz rozmawiamy o tym, czym w ogóle jest 'mniej' w kontekście symbolicznym.
I chyba nie odpowiedzieliśmy na to pierwsze pytanie, przynajmniej nie wprost. Mam wrażenie, że każdy z nas ma inne intuicje i to samo 'mniej' oznacza co innego zależnie od modelu, w którym pracujesz. Czy ktoś jest w stanie powiedzieć wprost, kiedy prostsze jest u niego lepsze, a kiedy nie?
Dobrusia zadała chyba najważniejsze pytanie w całym wątku. Bo faktycznie kręcimy się wokół tego tematu od dłuższego czasu i każdy z nas mówi coś innego przez 'mniej'. Dla mnie mniej to mniej elementów zewnętrznych. Dla kogoś innego mniej to mniej czasu. Dla jeszcze kogoś mniej to mniej złożoności myślowej. I te trzy rzeczy wcale nie idą razem.
Ale to w sumie brzmi jak uzasadnianie wszystkiego wszystkim. Można powiedzieć, że każda praktyka jest minimalistyczna albo że żadna nie jest, zależy jak zdefiniujesz parametry. To nie przesuwa nas nigdzie.
To jest dobry kierunek. W literaturze antropologicznej jest zresztą obserwacja, że rytuały upraszczają się naturalnie z czasem w żywych tradycjach. Nie dlatego, że ktoś zdecydował, że mniej jest lepiej, ale dlatego, że to co nie niesie znaczenia dla wspólnoty odpada. Malinowski to opisywał przy okazji magii ogrodniczej Trobriandczyków, gdzie pewne formuły skróciły się do kilku słów, ale te słowa były nośnikiem całej historii.
Ale wtedy minimalizm staje się niemożliwy do ocenienia bez kontekstu konkretnej osoby i jej sytuacji, co sprawia, że pytanie z tytułu wątku nie ma ogólnej odpowiedzi. Mnie to trochę rozczarowuje, bo miałam nadzieję, że dojdziemy do czegoś bardziej konkretnego.
Ja tak robiłam. Przez jakiś czas pracowałam z pełnymi rytuałami, dużo elementów, konkretna struktura, czas przygotowania. Potem z różnych powodów to się zmniejszyło do absolutnego minimum i zostało tak na dłużej. I szczerze? Efekty zewnętrzne były podobne, ale poczucie że coś robię było znacząco mniejsze. Co może oznaczać, że rozbudowanie służyło mi, nie intencji.
To co Eliksira opisuje, że poczucie działania było mniejsze przy prostszej formie, jest opisywane w badaniach nad rytuałem jako 'causally opaque actions'. Lawson i McCauley badali to z perspektywy kognitywistycznej. Rytuały z większą liczbą kroków dają silniejsze poczucie sprawczości, bo mózg traktuje każdy krok jako wkład przyczynowy. To nie jest placebo w złym sensie, to jest wbudowany mechanizm poznawczy.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie może naiwne. Mówicie o tym co traci się przy uproszczeniu, ale co można zyskać poza oczywistym oszczędnością czasu? Czy prostota może wnosić coś, czego złożoność nie daje?
I to jest może odpowiedź na pytanie Dobrusi o to kiedy prostsze jest lepsze. Wtedy kiedy rozbudowanie stało się mechaniczną ochroną przed głębszym kontaktem z tym co się robi. Ale żeby to wiedzieć, trzeba najpierw mieć ten kontakt i go stracić, żeby porównać. Dlatego chyba trudno polecać minimalizm komuś na początku.
To mnie skłania do pytania, czy minimalizm jest w ogóle pozycją wyjściową, czy raczej dojściem. Że zaczyna się od pełniejszej formy, buduje rozumienie co niesie każdy element, a potem świadomie redukuje. A nie od razu wchodzi z jednym słowem bez kontekstu za sobą.
To by wyjaśniało, czemu minimalizm z zewnątrz może wyglądać pusto, a od środka być gęsty. Bo ta gęstość jest osobistą historią praktyki, a nie właściwością samej formy. Hmm. To chyba zmienia jak myślę o całym temacie tego wątku.
I może to jest właśnie odpowiedź na pierwotne pytanie. Mniej może być lepsze, ale tylko wtedy kiedy to mniej jest skondensowanym więcej, a nie po prostu mniej. Co brzmi jak paradoks, ale chyba jest dość precyzyjne jeśli to rozłożyć tak jak zrobiliśmy w tej rozmowie.
Dobra, ale to co Ostroika napisała na końcu, że mniej musi być skondensowanym więcej, żeby cokolwiek znaczyć, to brzmi dla mnie jak wymówka dla każdej praktyki. Mogę powiedzieć, że moje jedno słowo jest skondensowane całym moim doświadczeniem i co, i to już wystarczy?
Ale skąd wiadomo z zewnątrz? Albo nawet od środka, uczciwie?
Ale to zamknięte koło. Żeby pracować prosto, musisz mieć doświadczenie. Żeby mieć doświadczenie, musisz coś robić. Jeśli zaczynasz od pełnych rytuałów, to skąd wiesz, które elementy faktycznie czegoś uczą, a które są tylko oprawą? Też musiałam się w tym jakoś połapać i szczerze, to był bardziej przypadek niż system.
To ciekawe w kontekście tego co mówiłam wcześniej o minimalizmie jako dojściu, a nie punkcie wyjścia. Bo jeśli te gęste momenty mogą skrócić ścieżkę, to może nie chodzi o ilość czasu spędzonego z rozbudowaną formą, tylko o to czy miałaś w ogóle moment który coś w tobie przestawił. I dopiero z tego miejsca prostota jest inna niż brak.
Słucham tego i myślę, że wracamy do pytania o to czym jest efektywność w magii i kto to ocenia. Bo jeśli te gęste momenty są indywidualne i niepowtarzalne, to też nie da się ich zaprojektować jako kursu dla kogoś. Każdy znajdzie je gdzie indziej albo nie znajdzie wcale i będzie robił formę bez tego ciężaru, o którym Eliksira mówiła. I to też będzie jakaś praktyka, tylko inna.
I może to jest ta granica, której szukaliśmy przez cały wątek. Nie między prostym a złożonym, ale między praktyką z własnym centrum a praktyką bez niego. Minimalizm przy centrum działa. Złożoność bez centrum to teatr. I odwrotnie też możliwe, złożona forma może centrum utrzymywać, jeśli każdy element jest żywy. Ale to się nie da zmierzyć z zewnątrz i chyba nie ma się co spodziewać, że kiedykolwiek będzie.
