A czy ktoś w ogóle wie jak to jest z tą melisą i uspokajaniem? Bo ja zawsze słyszałam że działa na nerwy, ale niedawno czytałam że badadnia są dość słabe jeśli chodzi o dowody. Jakoś nie mogę tego pogodzić z tym że moja babcia parzyła to całe życie i serio pomagało.
Ale czy to nie jest trochę protekcjonalne podejście? Jakby mówić - ona nie rozumiała dlaczego działa, ale my już wiemy. Może babcia wiedziała coś czego badania jeszcze nie zmierzą? Nie mówię że nauka się myli, ale to nie jest tak że brak pomiaru znaczy brak mechanizmu.
To jest stary problem filozofii nauki - brak dowodu to nie dowód braku. Ale tu wchodzi kwestia ciężaru dowodu. Jeśli twierdzę że melisa działa bo przechwytuje negatywną energię, to ta hipoteza jest mniej ekonomiczna niż hipoteza o GABA. Brzytwa Ockhama i tak dalej. Chociaż rozumiem że dla praktykującego ta ekonomia może być wtórna wobec osobistego doświadczenia.
Właśnie, ale praktykujący zazwyczaj nie twierdzi że jego wyjaśnienie jest lepsze od naukowego. Przynajmniej ci których znam. Mówi raczej że dla niego to ma sens w jego systemie i nie potrzebuje zewnętrznego potwierdzenia. To chyba inna rozmowa niż 'co jest prawdą'.
Zastanawiam się czy ta rozmowa nie zakłada milcząco że porównywanie jest w ogóle celem. Może magia ziołowa i fitoterapia po prostu nie konkurują - rozwiązują różne potrzeby. Jedna mówi co wziąć na ból głowy, druga mówi jak przeżyć wieczór z bólem głowy tak żeby coś z tego wynieść.
To prawda ale to jest chyba skrajny przypadek. Większość osób które tu piszą nie rezygnują z lekarzy na rzecz rytuałów. Używają obu. Przynajmniej mi tak.
Ja też tak mam, idę do lekarza jak trzeba ale mam swoje sposoby które robię przy okazji. Chociaż faktycznie nie powiem lekarzowi że parzę zioła z intencją bo by się patrzyła dziwnie 🙂
I to jest ciekawy punkt - ta rozmowa która tutaj prowadzimy nigdy nie zdarza się w gabinecie. Tymczasem lekarze w wywiadzie pytają o suplementy i zioła właśnie dlatego że interakcje są realne. Dziurawiec wchodzi w interakcje z mnóstwem leków. Waleriana wpływa na znieczulenie. To nie jest błahostka.
To akurat jest dosyć proste - sprawdzasz interakcje tak samo jak przy każdym suplementie. Są bazy danych, są farmaceuci. Problem jest bardziej mentalny: część osób traktuje 'naturalne' jako synonim 'bezpieczne', co jest błędem niezależnie od tego czy używasz ziół magicznie czy nie. Toksyczne rośliny nie przestają być toksyczne dlatego że odprawisz nad nimi rytuał.
Dobra, wracając do czegoś co Latawiec powiedział dużo wcześniej - że może ważniejsze jest co dzieje się podczas rytuału niż po. Zastanawiam się czy to nie jest też klucz do pytania z tytułu. Medycyna patrzy na efekt końcowy, mierzalny. Magia może być praktyką procesu, nie wyniku. I stąd ta pozorna nieprzystawalność metod.
Też to słyszałem, szczególnie w kontekście animizmu - że roślina ma swój duch i nawiązujesz z nim relację. To jest zupełnie inna ontologia niż 'pomagam sobie rytuałem skupienia'. Nie wiem jak to pogodzić z resztą tej dyskusji, ale wydaje mi się że to ważne żeby nie sprowadzać wszystkich tradycji do jednego modelu psychologicznego.
Strzybog trafił w coś ważnego z tą grą językową. Tylko zastanawiam się czy to wystarczy żeby zamknąć temat. Bo animizm animizmem, ale większość osób na tym forum nie deklaruje podejścia animistycznego - używa ziół w rytuałach w sposób bardziej synkretyczny, trochę z jednej tradycji, trochę z drugiej. I dla nich pytanie o granicę jest bardzo realne.
Właśnie. Animizm to spójna ontologia z wewnętrzną logiką, ale większość praktyk które tu opisujemy to raczej coś w stylu - biorę dziurawiec bo poprawia nastrój, ale przy okazji zapalam świecę i mówię intencję. To nie jest czyste animistyczne podejście, to raczej hybrydowy zestaw nawyków. I nie wiem czy dla takiego podejścia pytanie o granicę w ogóle ma sens.
A moze to zle pytanie? Znaczy - po co wogóle wiedzieć które działa? Jak idę lepiej po takim wieczorze z dziurawcem i świecą, to chyba nie muszę rozpisywać co od czego.
Ale dziurawiec to chyba specyficzny przypadek bo naprawde ma silne interakcje, wiekszosc ziol jakie ludzie parza to nie jest az taki problem chyba? Mam na mysli ze ruminaek czy lipa nie beda wchodzic w interakcje tak mocno. Moze sie myle.
To znowu wraca do kwestii dawki. W rytuałach rzadko ktoś pije ekstrakt standaryzowany w tabletkach - to herbata, kadzidło, torebeczka z suszem. Czy to naprawdę te same kategorie co suplementacja farmakologiczna?
Zastanawiam się w ogóle skąd bierze się przekonanie że zioła w rytuałach powinny być stosowane intensywnie. Czy to wynika z jakichś konkretnych tradycji, czy to raczej osobista interpretacja?
W tradycjach słowiańskich zioła były używane zazwyczaj sezonowo i kontekstowo - nie codziennie przez rok tylko przy określonych momentach, świętach, przejściach. Intensywna codzienna praktyka to chyba bardziej współczesny wynalazek, trochę na kształt suplementacji. Nie wiem czy to dobre czy złe, ale inne.
Ciekawe że to mówisz, bo słyszałam podobne rzeczy o ziołach w tradycji ayurwedyjskiej - że tam dobór jest bardzo indywidualny i zależy od konstytucji, pory roku, stanu. Nie ma czegoś takiego jak zioło które każdy bierze codziennie. Może problem zaczął się jak zioła weszły na rynek masowy jako suplementy.
Czyli problem nie jest magiczny ani medyczny, tylko rynkowy? Że jak melisa jest w każdym sklepie w torebce to nikt już nie myśli kiedy i ile, tylko po prostu pije bo 'jest na stres'?
Hah to brzmi bardziej jak krytika konsumpcjonizmu niz dyskusja o magii 🙂 ale chyba masz racje.
Ale czy ta desekularyzacja to zly kierunek? Tzn mowie ze mam koleżanke ktora pije melise tylko z przyzwyczajenia, bez zadnej intencji, i tez jej pomaga. Moze efekt nie potrzebuje ramy?
Czyli zdaniem Teodozji rytuał może coś dodać nawet jeśli nie jest konieczny. Ale co konkretnie dodaje? Skupienie, intencję, kontakt z tradycją? Czy to samo zioło nabiera czegoś innego kiedy jest w rytuale?
Tylko że to rozmywa oryginalnie pytanie z tytułu wątku, bo sugeruje że granica przebiega nie przez zioło tylko przez użytkownika. A to z kolei znaczy że ta granica jest płynna i każdy ma swoją. Co jest odpowiedzią, ale trochę za łatwą jak dla mnie.
To co Martusia mówi o płynności granicy jest uczciwe, ale mnie ta 'łatwość' nie przeszkadza. Może właśnie o to chodzi - że ta granica nie jest problemem do rozwiązania tylko opisem rzeczywistości. Pytanie powinno być raczej: czy ktoś z zewnątrz może tę granicę wyznaczyć za mnie, czy muszę ją wyznaczyć sama dla siebie?
A musza byc zewnetrzne punkty odniesienia? Mowie serio, nie retorycznie. Tzn. w jakim sensie to nam pomaga ze ktos z zewnatrz powie 'tu jest medycyna a tu magia'?
Właśnie o tym myslałam słuchajac tej rozmowy - tytuł wątku mówi o granicy między 'działami' i może to jest to, o co chodziło na początku? Czyli nie co kto sobie myśli prywatnie tylko jak to się kategoryzuje, nazwijmy to, instytucjonalnie. Czy jest jakas tradycja która to formalnie rozróznia?
