Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy przerwa w praktyce głosowej cokolwiek zmienia. Mam na myśli konkretnie afirmacje, śpiew mantryczny, wszystko co dotyczy pracy z głosem jako nośnikiem intencji. Przez kilka tygodni miałam zapalenie gardła, potem jakiś czas po prostu nie miałam siły ani ochoty. I teraz wracam do tego i czuję jakby... opór? Jakby głos nie działał tak samo jak wcześniej. Albo może to ja nie działam tak samo. Nie wiem jak to opisać inaczej. Czy ktoś w ogóle pracuje regularnie z głosem w kontekście magicznym i czy te przerwy coś robią według was z efektami?
Ciekawe że to poruszasz, bo sam mam podobny problem, tylko nie z chorobą a z takim zwykłym odpuszczeniem. Po prostu przestałem na jakiś czas i potem było trudno wrócić. Ale to co mnie uderzyło w tym co piszesz to ten "opór". Możesz powiedzieć więcej jak to odczuwasz? Bo u mnie to było bardziej jak dyskomfort, że zaniedbałem coś, a nie fizyczne poczucie że głos działa inaczej.
Głos to trochę inny przypadek niż inne praktyki, bo tu masz jeszcze wymiar czysto fizyczny. Struny głosowe po chorobie naprawdę działają inaczej, brzmienie się zmienia, oddech też. I bardzo łatwo pomylić to zmęczenie fizyczne z jakimś metafizycznym oporem. Pytia, czy robiłaś to samo co wcześniej, w tym samym tempie, tej samej długości sesje? Bo jeśli wróciłaś z impetem jakby nic się nie stało, to może po prostu ciało protestuje.
To co opisujesz z tą pustką dźwięku to nie jest takie rzadkie po przerwie. Mam wrażenie że część tradycji, które pracują z dźwiękiem, czy to szamanizm, czy pewne nurty tantryczne, zakłada że głos jest jak instrument, który wymaga strojenia. I to strojenie nie odbywa się samo. Przerwa to trochę jak zostawienie instrumentu w złych warunkach, może nie zniszczyłaś nic trwale, ale potrzeba czasu żeby wrócić do właściwego tonu. Pytanie do Teodor53, jak długo trwało u ciebie zanim poczułeś że coś się odbudowało?
Mam pytanie do Pytii, bo wróciłaś do dokładnie tej samej praktyki co przed przerwą? Czy może spróbowałaś czegoś lżejszego najpierw? Zastanawiam się, bo przy pracy z czakrą gardła często się mówi że po chorobie tego obszaru warto w ogóle zacząć od samego oddechu, bez fonacji, i dopiero stopniowo dochodzić do mówienia z intencją. Nie wiem na ile to przekłada się na praktykę czysto magiczną, ale może jest jakiś wspólny mianownik.
A czy ktoś próbował po prostu nie robić przerwy? Serio pytam, bo jak choroba to choroba, ale ta część o "zwykłej lenistwie" z opisu mnie zastanawia. Ja jak coś zaczynam to robię codziennie, inaczej nie widzę sensu.
Jest jeszcze kwestia którą pomijamy, mianowicie czemu służy rytm w praktykach oralnych. W wielu tradycjach, szczególnie w tych które wywodzą się z kultur niepiśmiennych, mowa rytualna ma wartość właśnie przez powtórzenie, przez akumulację. Przerwa nie zeruje tej akumulacji, ale może ją zawiesić. Inne pytanie czy ta akumulacja w ogóle jest celem czy tylko środkiem do czegoś.
Przepraszam że wchodzę, ale nie bardzo rozumiem co to znaczy głos jako praktyka magiczna w praktyce. Jak to wygląda konkretnie? Bo słyszałam o afirmacjach, ale to brzmi bardziej jak psychologia niż magia.
Do tego co mówi Teodor, Galdr to akurat dobry przykład bo tam wysokość dźwięku i rezonans w ciele były tak samo ważne jak samo słowo. Więc jeśli głos brzmi inaczej po chorobie, to naprawdę możesz dostać inne efekty, nie dlatego że straciłaś umiejętność, ale dlatego że instrument daje inny dźwięk. Pytia, czy ta pustka dotyczy bardziej tego jak brzmisz dla siebie, czy jak czujesz że to działa na zewnątrz?
To co opisujesz z tym wewnętrznym odbiorem może być związane z propriocepcją głosu. Słyszymy siebie inaczej niż słyszą nas inni, przez przewodnictwo kostne, a po stanach zapalnych to przewodnictwo bywa zmienione nawet gdy już nie bolí. Nie mówię że to wyklucza inne wyjaśnienia, ale ta warstwa jest po prostu obecna i warto ją brać pod uwagę zanim się uzna że to kwestia energetyczna.
A ja mam inne pytanie, trochę z boku: czy ta przerwa z lenistwa i ta z choroby to jest wogóle to samo? Bo przy chorobie nie masz wyboru, a przy lenistwie to ty decydujesz. Czy to zmienia coś w tym jak rytuał odczytuje tą przerwę, jeśli w ogóle coś odczytuje?
Mam wrażenie że mieszamy tu dwie rzeczy. Jedno to przerwa w praktyce rozumianej jako budowanie czegoś, pewnej relacji, nawyku, energii. Drugie to przerwa w konkretnym rytuale który ma określony cel i czas trwania. To są zupełnie różne sytuacje i odpowiedź na pytanie czy przerwa coś psuje zależy od tego o którą mówimy. Pytia, to było coś długoterminowego czy konkretny rytuał z założonym końcem?
Ta cisza między dźwiękami to ciekawy obraz. Tylko pytanie czy ta cisza jest częścią muzyki, czy już poza nią. Bo w nutach pauza należy do utworu, ale jak przestajesz grać i odkładasz instrument, to już nie pauzujesz, po prostu nie grasz.
Muszę się odnieść do tego co napisała Martynka, bo to mnie trochę niepokoi. Ja przed tą chorobą nie zamknęłam praktyki świadomie, po prostu przestałam. Więc teraz nie wiem czy wróciłam do czegoś co się skończyło, do czegoś co trwa, czy do czegoś co jest zawieszone w połowie. I nie mam pojęcia jak to sprawdzić.
a co czułaś kiedy wróciłaś pierwszy raz? Był jakiś moment kiedy poczułaś że weszłaś z powrotem w coś, czy raczej zaczęłaś od nowa jakby od zera?
To co opisujesz z tą oprawą, tym kontekstem, to brzmi jak coś co w niektórych tradycjach jest dosłownie budowane przez powtórzenie. Nie chodzi o to że słowa mają moc same z siebie, ale że określone sekwencje dźwięków wypowiadane w określonym miejscu i stanie umysłu tworzą rodzaj ścieżki. Przerwa nie wymazuje ścieżki, ale może ją zarośnięć.
Mam pytanie bo naprawdę nie rozumiem tego rozróżnienia. Co to znaczy że ścieżka jest pożyczona? Jakby ktoś ci dał przepis na ciasto i potem pieczesz to ciasto, to czy to twoje ciasto czy nie?
Ale czy to znaczy że jak uczysz się praktyki z internetu a nie od mistrza to jest zawsze gorzej? Bo większość ludzi chyba tak zaczyna dzisiaj.
Wracając do Pytii, bo trochę odpłynęliśmy. Czy próbowałaś ostatnio pracy z samym oddechem przed głosem, o czym pisałam wcześniej? Ciekawa jestem czy coś się zmieniło.
nie brzmi dziwnie. To jest coś co znam z praktyki, taki próg powrotu który wydaje się coraz wyższy im dłużej czekasz. Ale mam wrażenie że przy pracy z głosem ten próg jest szczególnie wyraźny bo głos jest taki bezbronny. Trudno go udawać.
To co mówi Krysztal o bezbronności głosu to jest coś o czym rzadko się mówi wprost. Większość praktyk ma jakiś element zewnętrzny, świecę, kamień, kartę. Głos nie ma nic między tobą a intencją. Wszystko jest widoczne, słyszalne, natychmiast.
To co Leopold napisał o buforze mnie zatrzymało. Czyli rozumiem, że w praktyce głosowej nie masz tej chwili na zastanowienie, którą daje ci na przykład zapalenie świecy albo ułożenie kamieni?
I chyba właśnie o to chodzi z tym progiem o którym pisał Krysztal wcześniej. Że ten brak buforu przy powrocie po przerwie jest szczególnie odczuwalny, bo nie masz nic do zrobienia żeby się przygotować. Nie ma żadnego działania wstępnego które cię wprowadza.
Ale zaraz, bo nie rozumiem. Nie można na przykład po prostu wziąć kilku oddechów przed? Albo powiedzieć coś cicho żeby się rozgrzać? Czy to nie jest właśnie ten bufor?
To brzmi strasznie skomplikowanie. Jak coś tak prostego jak mówienie może być tak trudne do wznowienia? Serio pytam, bo nie rozumiem tej bariery.
Jak słyszę tę rozmowę to mam wrażenie że wszyscy trochę omijamy jeden konkretny wątek. Pytia pisała wcześniej że boi się zaczynać zbyt ostrożnie, bo może wtedy w ogóle nie wrócić. Co to znaczy zbyt ostrożnie w kontekście pracy z głosem? Czego się właściwie boisz?
To jest coś co rozumiem. Przygotowanie może stać się praktyką zastępczą. Robisz wszystko wokół, tylko nie to jedno.
