Kazia dotknęła czegoś co mi się kręci w głowie od początku tej rozmowy. Medycyna mówi że standaryzacja jest zaletą - ta sama dawka, ten sam efekt, powtarzalność. Magia ziołowa często traktuje niepowtarzalność jako wartość. Konkretny zbiór, konkretna chwila, konkretna ręka. To fundamentalnie różne epistemologie.
Ale czy w takim razie jak ktoś kupuje gotowe mieszanki zielarskie i robi z nich rytuał - to jest magia czy medycyna? Znaczy - brakuje tej 'konkretnej chwili' zbioru, jest produktem masowym. Czy to coś zmienia?
Wtrącę się z innej strony - w pracy z przedmiotami magicznymi mam podobny problem. Kupiony amulet kontra własnoręcznie zrobiony. W teorii każda tradycja mówi że własnoręczny jest 'prawdziwszy', ale w praktyce widziałem kupione przedmioty które działały bardzo wyraźnie i własnoręczne które były martwe. Może intencja w momencie użycia jest ważniejsza niż historia powstania?
Macierzanka zadała dobre pytanie o gotowe mieszanki. To się zresztą pojawia w historii - w tradycjach aptekarskich XVIII wieku aptekarz był jednocześnie fitochemikiem i niekiedy almanachowym znawcą momentu zbiorów. Później te role się rozdzieliły instytucjonalnie. Może to rozdzielenie jest stosunkowo nowe i nie ma głębokiego uzasadnienia w samej roślinie?
Wróćmy na chwilę do tego co Martusia mówiła o powtarzalności. Bo to mnie uderzyło - standaryzacja jako wartość kontra niepowtarzalność jako wartość. Czy da się w ogóle uczyć magii ziołowej jeśli każda sytuacja jest z założenia unikalna? Jak przekazujesz coś co jest z natury jednorazowe?
I tu wracam do tego co mówiłam o uczeniu - czy magia ziołowa jest w ogóle przekazywalna jako system, czy raczej każdy musi zbudować swój własny słownik doświadczeń? Bo jeśli to drugie, to 'tradycja' jest właściwie tylko zbiorem wskazówek na start, nie prawdziwym przekazem.
Myślę że jest tu jeszcze jeden poziom. Medycyna ziołowa ma przynajmniej mierzalne markery - możesz sprawdzić czy napar obniżył stan zapalny, czy sen był spokojniejszy. Magia ziołowa często operuje na poziomie który w ogóle nie ma zewnętrznego wskaźnika. Więc co znaczy 'zadziałało' w kontekście rytuału z melisą? I kto to ocenia?
Martusia dotknęła czegoś co mnie od dawna zastanawia. W astrologii mam podobny dylemat - pracuję z symbolem, efekt jest subiektywny, ale jednak są pewne rzeczy które można porównać między różnymi przypadkami. Z ziołami chyba jest jeszcze trudniej bo nie ma nawet takiego wspólnego języka opisu jak pozycje planet.
Wracając do pytania Macierzanki o gotowe mieszanki - pracuję czasem z ziołami kupionymi i własnymi i naprawdę czuję różnicę w podejściu do rytuału, ale nie jestem pewna czy to różnica w 'jakości magicznej' ziół czy po prostu w moim zaangażowaniu. Jak zbieram sama, mam już historię z tą rośliną zanim trafi do morendzaru. Jak kupuję - zaczynasz relację od zera.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie trochę z boku - czy jeśli ktoś jest uczulony na daną roślinę, to w magii ziołowej w ogóle się jej nie używa? Czy można ją zastąpić tylko symbolem, obrazem, bez fizycznego kontaktu?
Ciekawe że Gerwazy pyta o zastąpienie fizycznej rośliny symbolem - bo to w sumie dotyka całego sedna tego wątku. Czy w magii ziołowej chodzi o substancję czy o symbol? Bo jeśli symbol wystarczy, to gdzie jest różnica między magią a samą intencją bez żadnego medium?
Mam podobny case z kartami - są czytelnicy którzy mówią że konkretna talia nic nie znaczy, liczy się tylko czytelnik. Są tacy którzy mówią że każda talia ma swój charakter. Nie da się empirycznie rozstrzygnąć, ale w praktyce ci drudzy zwykle pracują inaczej, bardziej z detalem. Nie wiem czy to dowód, czy tylko styl.
Ta rozmowa o symbolu kontra substancji przypomina mi starszy podział na magię simpatyczną i magię opartą na właściwościach samych przedmiotów. Frazer opisywał to jako zasadę podobieństwa i zasadę kontaktu. W ziołach te dwie warstwy często nakładają się - dziurawiec 'działa' i przez swoje aktywne składniki i przez symbolikę słońca. Trudno powiedzieć gdzie jedno się kończy a drugie zaczyna.
I może nie trzeba rozdzielać? Może sam akt rozdzielania jest problemem który narzuca nam sposób myślenia z zewnątrz - że musi być albo jedno, albo drugie. Może dla praktykującego te dwie warstwy po prostu są jednym.
To trochę jak z placebo w badaniach klinicznych, tylko że tutaj nigdy nie masz grupy kontrolnej. Zawsze jesteś jednocześnie badaczem i badanym obiektem.
Mam to samo z astrologią. Mogę opisać transit, zanotować co się działo, ale nigdy nie wiem ile z tego to interpretacja wsteczna. Chyba każda praktyka która nie jest sprawdzalna z zewnątrz wpada w tę samą pułapkę.
Rozumiem ten argument, ale trochę się z nim nie zgadzam. 'Inny rodzaj wiedzy' jako kategoria jest wygodna, bo zamyka dyskusję zanim się zacznie. Jeśli cokolwiek można włożyć do tej szufladki, to przestaje być falsyfikowalne w jakimkolwiek sensie i zostaje tylko wiara. A wiara może być wartościowa, ale nie jest wiedzą.
Ale czekajcie, może głupie pytanie - czy ktoś z was w ogóle próbował porównać te same zioła raz użyte 'medycznie' a raz w rytualne? Tzn. dwa razy melisa, raz herbata bez niczego, raz z intencją i całą otoczką? Bo to by chyba coś pokazało?
To jest właśnie mechanizm który bardzo trudno oddzielić - rytuał jako zmiana stanu przez samą procedurę. Nie musisz wierzyć że zioło 'działa magicznie', wystarczy że powolne parzenie, konkretna intencja i chwila ciszy robią coś z twoim układem nerwowym. I to jest jak najbardziej mierzalne, tylko nie przez pryzmat magii.
To jest stara debata i nie jest specyficzna dla ziół. Podobny zarzut stawia się modlitwie - działa, bo zmienia stan osoby modlącej się, nie dlatego że ktoś po drugiej stronie słucha. Można to zresztą sprawdzić metodologicznie i były takie badania, np. Benson i zespół z Harvard Medical School w latach 70. nad efektem relaksacyjnym modlitwy. Wyniki były... niejednoznaczne, ale samej odpowiedzi nikt chyba nie oczekiwał.
Wracając do Macierzanki i jej eksperymentu - mnie by bardziej interesowało nie 'czy efekt był inny', ale 'czy doświadczenie parzenia było inne'. Bo może w magii ziołowej nie chodzi o to co dzieje się po, ale co dzieje się podczas.
Mnie to przypomina rozróżnienie które robił Victor Turner w badaniach nad rytuałem - liminality, ten moment zawieszenia między stanami. Może magia ziołowa jest właśnie praktyką wchodzenia w ten stan, a zioło jest medium które ten próg wyznacza. Nie chodzi o substancję ani symbol, ale o przejście.
Nie znam Turnera, możesz rozwinąć? Bo brzmi jakby to mogło tłumaczyć dlaczego własnoręcznie zebrane zioło działa 'lepiej' - bo sam akt zbioru też jest częścią tego przejścia?
I to by zamykało pętlę do rozmowy Lady o własnych ziołach kontra kupnych. Skupienie jest inne nie bo zioło jest 'lepsze', ale bo cała ścieżka od krzaka do kubka jest jednym rytuałem.
Może i nie ma granicy ale jest różnica w tym co osiągasz. Tabletka działa nawet jak śpisz. Rytuał wymaga że jesteś obecna. Już samo to jest inne zastosowanie, nie?
To jest chyba najlepsza definicja tej granicy jaką do tej pory padła w tym wątku - nie 'co' działa, ale 'czy musisz być obecny żeby to działało'. Choć zakładam że ktoś zaraz podważy 🙂
No dobra ale chyba o to chodzi że tabletka nie wymaga skupienia żeby zadziałać biochemicznie, a rytuał - przynajmniej w moim odczuciu - tak. Jak raz robiłam coś mechanicznie, bez głowy, to czułam że to nic nie było. Nie wiem czy to znaczy że nie zadziałało, ale na pewno nie było tego samego.
