Kazia trafia w sedno. I to chyba jest odpowiedź na to co zadał Arek na początku tego kawałka rozmowy - że biochemia nie odbiera magii, tylko opisuje ją z innego końca. Mnie bardziej interesuje co w takim razie robi intencja. Bo jeśli zapach i tak wywoła kaskadę przez samo wąchanie, to po co intencja? Czy ona cokolwiek zmienia w tym co się dzieje?
to jest pytanie które mnie chodzi po głowie od jakiegoś czasu. Mam wrażenie że intencja zmienia przede wszystkim kierunek uwagi - a uwaga zmienia co z tej kaskady wyławiasz. Czyli nie zmienia substancji reakcji, ale zmienia na co reagujesz w tej reakcji. Czy to ma sens?
czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam jedno skojarzenie, nie wiem czy trafne. W niektórych tradycjach azjatyckich - na przykład przy japońskim kōdō, czyli drodze zapachu - nie mówi się że się "wącha" kadzidło, mówi się że się go "słucha". Cała praktyka jest nastawiona na to żeby wyjść poza skojarzenie i trafić w samo doświadczenie. Nie wiem czy to odpowiada na pytanie o intencję, ale jakoś do tego pasuje.
Kōdō to w ogóle bardzo stary system i tam jest pojęcie "ma" - czyli przerwy, ciszy między doznaniami. Praktykanci uczą się siedzieć z zapachem nie żeby go opisać, tylko żeby zauważyć co jest zanim nadejdzie słowo na jego temat. To jest bliskie temu co mówiłam wcześniej o runach - że etykieta przychodzi po, nie przed. Ale wymaga treningu żeby w ogóle to zauważyć.
mam pytanie trochę z innej strony. Mówimy dużo o zapachach używanych świadomie - kadzidła, żywice, rytuały. Ale co z zapachami które działają na nas bez żadnej intencji z naszej strony? Bo ja mam tak, że jak gdzieś poczuję specyficzny zapach starego drewna, to natychmiast wchodzę w jakiś stan który trudno mi nazwać - i żadna intencja temu nie towarzyszyła. Czy to jest ta sama kategoria?
Alchemik60 napisał coś co mnie zatrzymało - że magia zapachu zaczyna się zanim jeszcze mamy jakąkolwiek intencję. I to jest albo bardzo wyzwalające, albo trochę niepokojące, zależy z której strony patrzysz. Bo jeśli zapach działa na nas zanim zdążymy cokolwiek postanowić, to co tak naprawdę robi rytuał? Nakierowuje uwagę na coś co i tak się wydarzy?
ja tu siedzę i mysle o tej babci znowu. Bo ona żadnej trampoliny nie rozstawiała - po prostu gotowała i ten zapach robił swoją robote. Może właśnie dlatego że nie myslała o tym jako o rytualne, to działało inaczej niż cokolwiek co ja świadomie próbowałam robić przy kadzidłach. Nie wiem, może to jest głupie porownanie.
przepraszam, że wchodzę, ale trochę się gubię. Mówimy teraz o gotowaniu jako rytuale, a temat wątku to magia zapachów. Czy to jest to samo? Bo zapach jedzenia to jedna sprawa, a zapach kadzidła to chyba inna, albo ja czegoś nie łapię.
poczekajcie, bo to już jest twierdzenie że intencja zmienia skład chemiczny jedzenia, i tu tracę wątek. Bo zapach to są cząsteczki, konkretne molekuły, i one albo tam są albo ich nie ma. Troska nie dodaje nowych molekuł, prawda?
mam wrażenie że w tej rozmowie krążymy wokół czegoś co w tradycjach kulinarnych Azji Wschodniej jest dosyć jawnie powiedziane. W kuchni japońskiej jest coś co się nazywa "te no aji" - dosłownie "smak dłoni", czyli coś co jedzenie nabiera od osoby która je przyrządza. To nie jest metafora ani poetyckie określenie - to jest poważna kategoria, o której rozmawiają kucharze i o którą pytają w restauracjach. Nie wiem czy to magia, ale nie jest też czystą chemią.
wrócę do pytania które zostawiłem trochę zawieszone - jeśli zapach działa niezależnie od intencji, bo ciało migdałowate reaguje zanim kora cokolwiek zdąży przetworzyć, to co w ogóle daje nam intencja przed rytuałem? Heliotrop mówił wcześniej że zmienia filtr percepcji. Ale filtr to brzmi jak coś co ogranicza, a nie otwiera.
mam w swoich notatkach coś co do tego pasuje - porównywałam dwie sesje z tym samym kadzidłem olibanum, z odstępem kilku tygodni. Raz bez żadnego przygotowania, raz po krótkim skupieniu z konkretnym zamiarem. I reakcje były na tyle różne, że zaczęłam wątpić w same notatki. Ale Melania to co powiedziała pasuje - to nie był inny zapach, to był inny rodzaj słuchania.
zostając przy tym co opisała Judytka - ta cisza w klatce piersiowej przy olibanum jest dla mnie ważnym śladem. Olibanum to żywica której skład zawiera boswellinę i kwasy triterpenowe, i jest kilka badań sugerujących działanie na receptory TRPV3 i kanały jonowe w neuronach. Nie mówię że to tłumaczy wszystko. Mówię że samo ciało ma swoją odpowiedź na tę substancję, niezależnie od tego czy przyszłaś z intencją czy bez. A intencja być może decyduje tylko o tym, co z tą odpowiedzią robisz.
hej, to co Alchemik60 napisał o boswellinie i receptorach TRPV3 - to jest konkretne, ale mam pytanie. Bo TRPV3 to kanały jonowe w skórze głównie, nie? Jak olibanum wdychane ma docierać do tych receptorów w sposób który robi różnicę neurologiczną, a nie tylko sensoryczną?
TRPV3 nie tylko w skórze - te receptory są też w neuronach sensorycznych nosa i w nabłonku dróg oddechowych. I tutaj jest ciekawy mechanizm, bo część związków z olibanum przechodzi przez błonę śluzową bezpośrednio do krwiobiegu, a przez bliskość opuszki węchowej do układu limbicznego czas dotarcia jest krótszy niż przy większości innych dróg podania. To nie jest magia, ale jest szybkie.
ok, ale jeśli to jest mechanizm fizykochemiczny niezależny od intencji, to wracamy do pytania które kręci się w tym wątku od dawna - co my w ogóle dodajemy swoją uwagą? Bo chemia działa czy chcemy czy nie.
słucham tej rozmowy i myślę o jednej rzeczy. Mamy tutaj dwa poziomy - co substancja robi sama z siebie, i co robi kontekst w jakim ją używamy. Ale jest jeszcze trzeci poziom który jakoś umknął - czas. Jak długo siedzisz z tym zapachem, kiedy on się pojawia, w jakiej porze dnia czy roku.
właśnie o tym myslę - że w tej babcinej kuchni pora roku też miała znaczenie. Inne zapachy latem gdy okno otwarte, inne zimą gdy wszystko zamknięte i gęstsze. I ona nie planowała żadnej ceremonii, a efekt był ceremonialny. Czy to jest ta sama rzecz co kōdō?
przepraszam że znów wchodzę z podstawowym pytaniem, ale - ta codzienność z obecnością którą opisujecie, czy to nie jest po prostu uważność w sensie psychologicznym? Mindfulness? Bo jak tak to ujmujecie, to zastanawiam się czy magia zapachu i medytacja z zapachem to są różne rzeczy, czy to samo nazwane inaczej.
ta relacja o której mówi Melania nie zakłada że substancja jest podmiotem. Zakłada że substancja jest nośnikiem czegoś - właściwości, historii, konkretnego działania - i że ty wchodząc z nią w kontakt wchodzisz w pole tych właściwości. Jak słuchasz muzyki, nie jesteś w relacji z falami dźwiękowymi, jesteś w relacji z tym co fale dźwiękowe przenoszą.
i tutaj jest moment gdzie magia zapachów zaczyna być czymś więcej niż aromaterapia. Bo aromaterapia pyta: jakie związki chemiczne robią co w organizmie. Magia pyta: co ta konkretna substancja niesie w sobie - skąd pochodzi, jak była przygotowana, do czego była używana, jaki jest jej charakter. To są różne pytania.
niekoniecznie tak samo. Jest kilka badań - w tym jedno z 2023 z Journal of Ethnopharmacology - które pokazują że sposób pozyskania żywicy, pora zbioru i metoda suszenia istotnie wpływają na skład frakcji lotnych. Olibanum z Omanu ma inny profil niż z Etiopii nawet tego samego gatunku Boswellia sacra. Ktoś kto pytał o "charakter" substancji mógł intuicyjnie wyczuwać coś co chemia potwierdza dopiero teraz.
to jest dla mnie ważne - bo kiedy wybierałam olibanum do tej drugiej sesji, wybrałam konkretną partię którą miałam od lat, nie świeżą. I zastanawiałam się wtedy po co, skoro to ta sama żywica. A może właśnie dlatego że to nie jest ta sama żywica - starzenie też zmienia profil składników.
to rozróżnienie między kulturowym przekonaniem a czymś mierzalnym zakłada że jedno wyklucza drugie. Ale może właśnie tradycja przez wieki selekcjonowała to co działa - i dlatego Dhofar jest ceniony, bo generacje praktyków wybrały ten region nie arbitralnie, tylko na podstawie obserwacji która wyprzedzała analizę chemiczną o tysiąclecia.
to jest to samo co z gotowaniem - babcia wiedziała że z tej konkretnej odmiany jabłka wychodzi lepiej, nie dlatego że zmierzyła kwasowość, tylko dlatego że próbowała przez całe życie. Tradycja jest przechowywaniem doświadczeń których nie ma jak inaczej zakodować.
i to jest właśnie ta różnica między przepisem a wiedzą. Przepis mówi "jabłko", wiedza mówi "ta odmiana, z tego sadu, zebrana wtedy". I ta wiedza nie da się zapisać - da się tylko przekazać przez wspólne gotowanie, wspólne węszenie, wspólne próbowanie. Czy to nie jest dokładnie to samo co inicjacja w tradycjach zapachowych?
ale inicjacja zakłada przekazanie czegoś niefizycznego - nie samej umiejętności, tylko jakiegoś klucza do doświadczenia. Babcia Kazi przekazywała umiejętność. Mistrz kōdō przekazuje... co dokładnie? Bo jeśli tylko umiejętność rozróżniania zapachów, to jest to rzemiosło. Jeśli coś więcej, to co?
