Ciekawe, bo w praktyce chyba nikt nie wie, jak jego rytuał ochronny "technicznie działa". Robi intencję, ustawia kierunek, a co się potem dzieje w tej niewidzialnej warstwie, nie ma pojęcia. Więc ta odpowiedzialność za mechanizm jest trochę abstrakcyjna.
Może właśnie dlatego stare tradycje tak mocno stawiały na relację z konkretnym bytem, duchem, przodkiem, bóstwem, kto miał tę wiedzę mechanizmu. Ty stawiasz intencję i prawo, a on realizuje w sposób, do którego ma dostęp. Takie przekazanie ciężaru odpowiedzialności strukturalne, nie losowe.
I tu jest właśnie ten problem, o którym myślę od początku tej rozmowy. Niezależnie od tego, czy działasz sam, czy przez pośrednika, intencja wyszła od ciebie. A intencja skierowana na kogoś konkretnego to już praca na tę osobę, nawet jeśli mechanizm jest ci nieznany. Nie wydaje mi się, żeby "nie wiedziałam jak" znosiło odpowiedzialność za "chciałam żeby".
A jeśli ta intencja jest naprawde defensywna, chodzi tylko o siebie, to czy ona może "przypadkwoe" wpłynąć na kogoś drugiego? Tzn. jak robię coś żeby mi było lepiej, a efekt uboczny jest taki że tamta osoba odczuwa coś nieprzyjemnego, to czy to moja wina? Nie planowałam tego.
Ale kto w ogóle "wie o mechanizmie"? Serio pytam. Większość ludzi robi rytuały na podstawie tego, co przeczytała, bez żadnej pewności jak to działa. Czy ta nieświadomość ich od czegoś zwalnia, czy może wręcz przeciwnie, powinna skłaniać do większej ostrożności?
To jest pytanie, które mnie też nurtuje. W tarocie mam przynajmniej jakiś system, który jest relatywnie spójny, mogę śledzić logikę rozkładu. Przy rytuałach ta spójność jest o wiele trudniejsza do zbudowania, bo każda tradycja mówi co innego o tym, jak to "działa". Skąd masz w ogóle punkt odniesienia, żeby ocenić, czy twoja ochrona jest "czysta"?
To jest naprawdę trudne i bardzo ciekawy punkt, Natalie. Czyli właściwie jesteśmy wszyscy zdani na własne sumienie, bez względu na to czy pracujemy w tradycji czy solo? Trochę smutne, ale chyba prawdziwe. Dziękuję, że to powiedziałaś 🙂
Wróćmy może do konkretniejszego przypadku, bo mi to pomaga myśleć. Wyobraźcie sobie: ktoś robi rytuał żeby zablokować działania osoby, która ją nęka. Nie żeby jej zaszkodzić, tylko żeby tamta straciła zainteresowanie, odpuściła. To jest typowy przypadek, gdzie intencja wydaje się defensywna, a mechanizm już niekoniecznie. Jak wy to kwalifikujecie?
Dla mnie to jest praca na tę osobę, koniec. Intencja może być defensywna, ale działanie skierowane jest bezpośrednio na zmianę zachowania kogoś bez jego wiedzy i zgody. Nie ma tu żadnej tarczy, jest ingerencja w wolę.
To jest naprawdę mocny argument i trochę mnie on zatrzymuje. Ale różnica jest chyba taka, że działania fizyczne i prawne operują w przestrzeni, gdzie ta osoba ma możliwość reakcji, odwołania, obrony. Magia działa w warstwie, do której ona nie ma dostępu i nawet nie wie, że coś się dzieje. Asymetria jest fundamentalna.
To argument, który rozumiem, ale mam wrażenie, że trochę zmienia temat. Pytanie nie brzmi "czy musisz ją informować", tylko "czy masz prawo ingerować w jej wolę". To są dwie różne kwestie. Można robić coś bez wiedzy kogoś i nadal nie ingerować w jego wolę, a można też robić coś bez jego wiedzy i tę wolę mocno naruszyć.
Czekajcie, to rozróżnienie jest kluczowe. Czy "blokowanie dostępu do siebie" to ingerencja w wolę tej osoby, czy tylko uniemożliwienie wykonania tej woli? Bo to brzmi podobnie, ale chyba nie jest tym samym.
Upraszczając: tarcza, która nie przepuszcza czegoś do ciebie, nie zmienia tej drugiej osoby. Ona nadal może chcieć, co chce, działać, jak chce - po prostu nie dociera do ciebie. Natomiast rytuał, który sprawia, że tamta osoba traci chęci, zapomina o tobie albo zmienia nastawienie, to już jest zmiana w niej. I właśnie tutaj dla mnie leży granica.
Teoretycznie tak i podoba mi się to rozróżnienie, ale w praktyce jak odróżnisz jeden od drugiego? Robisz rytuał, tamta osoba przestaje cię nękać. Skąd wiesz, czy twoja tarcza zadziałała, czy jej wola została zmieniona? Efekt zewnętrzny jest identyczny.
No właśnie, i to mnie najbardziej niepokoi w tej całej dyskusji. Budujemy coraz bardziej wyrafinowane rozróżnienia - tarcza kontra ingerencja, intencja defensywna kontra ofensywna - ale to wszystko istnieje tylko w głowie praktykującego. Nie ma żadnego zewnętrznego kryterium weryfikacji.
Ale przecież w etyce świeckiej też tak jest. Nie możesz zajrzeć do głowy człowieka i sprawdzić, czy naprawdę działał w dobrej wierze. Mamy intencję i skutki, i oceniamy na tej podstawie. Dlaczego przy magii mielibyśmy wymagać czegoś więcej?
O, to jest dobre pytanie, bo ja sama nigdy nie byłam pewna czy cokolwiek zadziałałao czy nie. Jak w ogóle ludzie to oceniają? Po czasie? Po jakimś znaku?
To jest osobny temat, ale powiązany - kwestia atrybucji. Jak przypisujesz skutek magii. I tu wchodzi problem, który ma wpływ na całą tę etyczną dyskusję: jeśli nie wiesz, czy twój rytuał cokolwiek zrobił, to cała odpowiedzialność za skutki jest jakby zawieszona. Nie możesz ponosić odpowiedzialności za coś, co może w ogóle nie wynikło z twoich działań.
Natalie ma rację. To samo można powiedzieć o kimś, kto życzy komuś źle, wysyła negatywne myśli, a potem mówi "no ale nie wiem, czy myśli działają, więc nie jestem odpowiedzialny". W pewnym momencie intencja jest już samym czynem, niezależnie od skutku.
To jest ciekawe przejście - że intencja może być czynem samym w sobie. W niektórych tradycjach magicznych to jest wręcz punkt wyjścia: akt woli jest czynem. Ale wtedy wracamy do pytania, czy każde życzenie komuś czegoś złego jest już magicznym atakiem. Bo jeśli tak, to chyba każdy z nas jest winny.
No i tu się pojawia coś, o czym jeszcze nie mówiliśmy - różnica między impulses a działaniem intencjonalnym. Mam na myśli, że każdy czasem pomyśli "żeby mu noga złamana" w złości, ale to nie jest to samo, co siadasz, planujesz rytuał, zbierasz materiały, przeprowadzasz go z wyraźną intencją. Jedno jest odruchem, drugie jest decyzją.
Myślę, że kryterium, które pojawia się w wielu tradycjach, to właśnie formalizacja. Nie chodzi o czas, ale o to, czy świadomie i celowo wykonujesz czynność z zamiarem wywołania skutku. Gniewna myśl to gniewna myśl. Zapalenie świecy z konkretną wizualizacją konkretnej osoby i konkretnego skutku - to już co innego, nawet jeśli trwa trzy minuty.
To jest pytanie, na które różne tradycje odpowiadają różnie. W niektórych systemach sam obiekt wizualizacji wyznacza cel rytuału, niezależnie od deklarowanej intencji. W innych liczy się tylko to, co wprost sformułujesz. Nie ma jednej odpowiedzi i szczerze - sam nie jestem pewien, które podejście jest bliższe temu, jak to działa.
To mnie zastanawia, bo z praktyki wiem, że trudno jest całkowicie oczyścić głowę z konkretnych osób kiedy robisz coś w reakcji na konflikt z nimi. Jak masz zrobić rytuał ochronny po tym, jak ktoś cię skrzywdził, i nie myśleć o tej osobie? To prawie niemożliwe.
No i to jest chyba jeden z tych momentów, gdzie teoria rozchodzi się z praktyką. W teorii mówisz "robię to dla siebie, nie na tamtą osobę". W praktyce twój umysł jest pełen tej osoby przez cały rytuał. I nie wiem, czy da się to rozdzielić.
Może właśnie dlatego część tradycji zaleca odczekanie - nie robić niczego w gorącej głowie, dać sobie czas, aż ta konkretna twarz przestanie ci się kręcić po głowie. Nie wiem, czy to możliwe przy nękaniu, ale rozumiem logikę.
Myślę, że Galia mówi o czymś innym niż rezygnacja z etyki. Chodzi o to, że pewne ramy etyczne zostały skonstruowane z pozycji komfortu i bezpieczeństwa, i nie uwzględniają sytuacji ekstremalnych. To nie jest "etyka nie obowiązuje", tylko "ta konkretna wersja etyki nie przystaje do tej konkretnej sytuacji".
