Ostatnio wróciłem do pewnego tematu, który od dawna mnie zastanawia i nigdy jakoś nie widziałem żeby porządnie to omówiono. Chodzi o światło podczas pracy z zaklęciami - konkretnie o to, czy robi różnicę, czy pracujesz przy świecy, przy lampie naftowej, przy żarówce, czy może w pełnym świetle słonecznym albo księżycowym. Nie mówię tu tylko o klimacie czy nastroju, ale o tym, czy samo źródło światła faktycznie wpływa na to, co robisz energetycznie. Bo w starszych tekstach niemal zawsze mowa o ogniu, płomieniu, świetle naturalnym. Ale czy to dlatego, że wtedy nic innego nie było, czy dlatego, że naprawdę ma to znaczenie?
To jest akurat temat, nad którym myślałam przez długi czas zanim zaczęłam wyciągać jakiekolwiek wnioski. W starszych tradycjach, czy to w magii ceremonialnej, czy w folklorze słowiańskim, ogień jako źródło światła miał konkretną rolę rytualną - nie tylko oświetlał przestrzeń, ale sam był aktywnym elementem rytuału. Płomień świecy był medium, przez które intencja niejako przechodziła. Pytanie więc brzmi: czy przy żarówce LED ta intencja w ogóle ma się przez co przefiltrować?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do obu stron: czy ktoś z was faktycznie przeprowadzał ten sam rytuał raz przy świecy, raz przy elektrycznym świetle i porównywał efekty? Bo na razie rozmawiamy dużo o teorii, a chciałbym wiedzieć, czy ktoś ma jakieś konkretne obserwacje z praktyki.
Światło elektryczne całkowicie zaburza wibracje podczas rytuału, to wiadomo od dawna. Fale elektromagnetyczne z sieci elektrycznej działają na poziomie 50 Hz i zakłócają naturalną rezonancję ciała, więc efekty pracy magicznej są po prostu słabsze. Każdy kto pracuje poważnie wie, że bez ognia nie ma prawdziwej magii.
Wracając do tego co mówił Hellan - ten przykład z formularzem w biurze jest naprawdę trafny. W magii ceremonialne środowisko ma znaczenie nie dlatego, że oszukujemy sami siebie, ale dlatego, że przestrzeń rytualnie przygotowana działa na całe nasze nastawienie i percepcję. To nie jest autosugestia w pejoratywnym sensie - to świadome zarządzanie stanem świadomości. I tu światło elektryczne przegrywa nie dlatego, że jest złe samo w sobie, ale dlatego, że kojarzy nam się ze zwykłym życiem.
Ale zaraz - czy to nie znaczy, że to jednak jest kwestia psychologii, a nie samego źródła światła? Bo jeśli ktoś dorastał praktykując przy lampie naftowej i naftowe światło jest dla niego "rytualne", to naftowe będzie dla niego działać lepiej. A ktoś inny, kto zawsze pracował przy zwykłym świetle, może nie czuć tej różnicy wcale.
Pracuję z tym od lat i mam pewne obserwacje, które są może mniej teoretyczne. W magii ludowej, przynajmniej w tym nurcie, który ja znam, ogień świecy miał konkretną funkcję - był pośrednikiem między sferami. Nie chodziło tylko o oświetlenie. Dym, ciepło, ruch płomienia - to były znaki, wskazówki. Widziałaś jak płomień skacze, gaśnie, płonie spokojnie - to był odczyt w trakcie rytuału. Przy żarówce nie masz tego wymiaru. Żarówka nic nie mówi.
Mam pytanie może trochę z boku, ale: co z moonlight i sunlight? Bo rozumiem dyskusję o elektrycznym kontra ogień, ale naturalne światło słoneczne i księżycowe to też nie jest ogień. A w wielu tradycjach traktowane jest jako jedno z ważniejszych źródeł energii do ładowania amuletów czy kryształów. Jak to się ma do całej tej dyskusji?
Właśnie, bo moim zdaniem ta rozmowa miesza trochę dwie rzeczy. Jedno to pytanie o nośnik intencji - ogień kontra elektryczność. Drugie to pytanie o źródło energii zewnętrznej do pracy - słońce, księżyc, gwiazdy. To są różne pytania. Przy rytuale przy świecy używasz ognia jako elementu i pośrednika. Przy ładowaniu czegoś w świetle księżyca korzystasz z rytmu kosmicznego. Można to oczywiście łączyć, ale warto je rozróżniać w dyskusji.
czytam to i mam pytanko - jeśli mieszkam w bloku i ni moge zapalić swiecy bo czujka dymu, to znaczy ze moje rytuały sa bez sensu? bo zawsze korzystam z lampki i zastanawiam sie czy rbie to dobrze
To co mówi Melania70 trafia w coś, nad czym się nie zastanawiałem wchodząc w ten temat - płomień jako element interaktywny, nie tylko dekoracyjny. Przy świetle elektrycznym cały rytuał jest niejako zamknięty w sobie, wykonujesz go w statycznym środowisku. Przy ogniu środowisko aktywnie uczestniczy. Może to jest właśnie ta kluczowa różnica, niekoniecznie "energetyczna" w sensie metafizycznym, ale dynamiczna.
To co powiedział Hellan o statycznym środowisku vs interaktywnym to chyba najlepsze sformułowanie w tej całej dyskusji. Przy świecy środowisko coś robi - reaguje, zmienia się, odpowiada. Przy LED-zie ty robisz wszystko, a otoczenie milczy. Zastanawiam się tylko, czy to nie jest przypadkiem argument za tym, że ogień służy jako rodzaj lustra, a nie jako źródło czegoś zewnętrznego. Innymi słowy - czy płomień pomaga ci zobaczyć co dzieje się z energią, którą sam wprowadzasz, czy jednak wnosi coś od siebie?
Wracając chwilę do pytania Barniego - w tradycjach, z których czerpię, rozróżnienie jest dość wyraźne. Ogień nie jest tylko medium, przez które patrzysz na siebie. On uczestniczy. Słowiańskie praktyki, w których się obracam, traktują ogień jako byt z własną wolą - nie metaforycznie, ale dosłownie. Prosisz go o współpracę, dziękujesz mu. Elektryczność w tym kontekście w ogóle nie wchodzi w grę, bo nie ma do kogo mówić.
No właśnie, o tym cały czas mówię, że ogień ma inny wymiar niż żarówka. Melania to potwierdza. Elektryczność jest martwa energetycznie, a ogień żyje.
Nie każdy. Znam praktyków, którzy celowo pracują przy sztucznym świetle i twierdzą, że mają lepszą koncentrację, bo płomień ich rozprasza. Więc "każdy to poczuje" to trochę za mocne stwierdzenie.
To jest akurat argument, który rozumiem. W magii ceremonialnej, szczególnie tej mocno hermetycznej, każdy element ma swoje ustalone miejsce i znaczenie. Płomień, który skacze albo gaśnie w nieodpowiednim momencie, może faktycznie wybić z rytmu. Ale to znowu wraca do pytania - czy chodzi o jakość energii źródła, czy o jakość pracy praktykującego?
Słuchając tego co mówi Wiciol o hermetyce - to jest coś, o czym nie myślałem otwierając temat. Że rodzaj praktyki narzuca swoje wymagania wobec środowiska. Może pytanie nie powinno brzmieć "elektryczne czy naturalne", ale "które źródło światła służy tej konkretnej pracy". I odpowiedź może być różna w zależności od tradycji.
ale to znaczy ze nie ma jednej odpowiedzi? bo troche liczyłam ze się dowieim co jest "lepsze" ogólnie 🙂
To co mówi Melania70 przypomina mi podobne rozróżnienie w tradycji wedyjskiej - agni jako zasada kosmiczna a agni jako konkretny ogień ofiarny w rytuale. Kapłan nie przywołuje abstrakcyjnego ognia, on pracuje z tym konkretnym, który rozpalił zgodnie z zasadami. I ten konkretny ogień ma swoją historię w danym rytuale - kiedy płonie, od jak dawna, czy był podtrzymywany ciągle. To przekłada się bezpośrednio na wartość rytualną.
To co mówi Arbogi o nierozerwalności tych warstw - to jest dokładnie to, czego brakuje mi w dyskusji "elektryczne kontra ogień". Jakbyśmy rozmawiali o tym, czy lepiej pisać długopisem czy piórem, zanim zapytaliśmy co w ogóle chcemy napisać i dla kogo.
No ale Melania, to porównanie trochę za bardzo spłaszcza problem. Długopis i pióro to obydwa narzędzia do tego samego zadania, tylko z innym oporem mechanicznym. Natomiast jeśli ogień ma własną wolę i uczestniczy w rytuale - co sama mówiłaś wcześniej - to elektryczność już nie jest tym samym zadaniem, tylko inną czynnością. Nie?
Melania trafia w sedno. Jak otwierałem ten temat, myślałem bardziej o praktycznym wymiarze - przy czym mi lepiej wychodzi. Ale ta rozmowa pokazuje, że to pytanie pociąga za sobą całą architekturę tego, co rozumiemy przez "działanie" rytuału. Trochę nie spodziewałem się, że zajdziemy tak daleko.
przepraszam ze wracam do swojego pytania ale dalej troche nie wiem co z tym zrobic praktycznie 🙂 Lawendowa mówiła że przy ziołach i kryształach źródło światła ma mniejsze znaczenie - ale co jeśli robię rytuał wieczorem i nie mam świecy? Czy zwykła lampka biurkowa jest ok?
To jest akurat kierunek, który uważam za konstruktywny. W tradycji hermetycznej dużo uwagi poświęca się temu, żeby rozumieć mechanizm działania elementów rytuału, nie tylko stosować je przez przyzwyczajenie. Agryppa w De Occulta Philosophia bardzo konkretnie opisuje właściwości różnych świateł i ich wpływ na stan operatora. To nie jest mistyczne, to jest klasyfikacja.
I to jest sedno problemu z całym tym pytaniem. Elektryczność to wynalazek za młody, żeby jakakolwiek tradycja magiczna zdążyła wypracować wobec niej spójne stanowisko. Wszystkie tradycje, o których rozmawiamy - wedyjska, słowiańska, hermetyczna - ukształtowały swoje podejście do ognia przez setki lat praktyki. Elektryczne oświetlenie ma może sto pięćdziesiąt lat i nikt tego czasu nie spędził na systematycznym badaniu co z nim zrobić rytualne.
Albo adaptują coś istniejącego. Część magów chaosu świadomie pracuje z elektrycznością jako żywiołem - traktuje ją jako energię sama w sobie, nie jako substytut ognia. To jest inne podejście niż "żarówka zamiast świecy". Tylko nie wiem na ile to jest szerokie, bo to raczej specyficzna nisza.
Dobra ale czy ktoś próbował po prostu zapalić różne źródła światła i po sobie sprawdzić co działa? Bez teorii. Ja mam swoje zdanie, wiem co czuję. Elektryczność mnie ogranicza, płomień otwiera. Tyle.
