Siedzę od jakiegoś czasu z pytaniem, które trochę mnie gryzie i nie wiem, czy dobrze je formułuję. Chodzi o pracę magiczną w sytuacji konfliktu z drugą osobą. Nie mówię o rytuałach miłosnych, tylko o takich przypadkach, gdzie ktoś ci realnie szkodzi, np. w pracy, w rodzinie, w sądzie. Czy praca na siebie, np. ochrona, wzmocnienie, przyciąganie sprawiedliwości, jest etycznie czymś innym niż praca skierowana bezpośrednio na tę drugą osobę? Intuicyjnie czuję, że tak, ale nie umiem tego do końca rozpisać. Gdzie przebiega ta granica? Czy w ogóle jest ostra?
To jest jedno z tych pytań, które wraca w kółko i za każdym razem wychodzi coś innego, bo kontekst zawsze jest inny. Z mojego doświadczenia z pracą rytualną ta granica między ochroną a działaniem na kogoś jest dużo mniej ostra niż ludzie chcieliby wierzyć. Nawet klasyczny shield, jeśli jest aktywny, a nie pasywny, może odbijać i kierować energię z powrotem. Więc technicznie jest to już "praca na kogoś". Pytanie, które mnie bardziej interesuje: czy intencja wystarczy, żeby to odróżnić, czy liczy się tylko mechanika rytuału?
Z tym odbijaniem to trafiłeś w coś, co mnie samego zastanawia od dawna. Bo jak robisz ochronę runiczną, np. układ z Algizem i Thurisazem razem, to Thurisaz jest z natury ofensywny. Starsze źródła, np. Galdrbok, traktują go jako siłę destrukcyjną. Czy układając taki układ robię ochronę czy atak? Chyba oboje naraz i nie wiem, czy to problem.
Thurisaz w układzie ochronnym działa inaczej niż solo, bo kontekst run wokół niego moduluje działanie. Sam w sobie nie jest atakiem, jest siłą graniczną. Myślę, że to rozróżnienie jest kluczowe dla całej tej dyskusji, bo jeśli patrzymy na każdy element z osobna, wszystko wygląda podejrzanie ofensywnie.
Miałam coś takiego. Ktoś mi regularnie podkładał świnie w robocie, klasyka. Zrobiłam najpierw tylko ochronę, potem dodałam coś w stylu "niech każdy ponosi konsekwencje swoich czynów". I tu zaczęłam się zastanawiać, czy to jest jeszcze neutralne życzenie sprawiedliwości, czy już kieruję energię na konkretną osobę. Bo miałam w głowie tę osobę, robiąc to.
Wchodzę, bo czytam i mam inny kąt widzenia. W tarota, jak rozkładam karty w konflikcie dla kogoś, to bardzo często wychodzi, że osoba pytająca też jest stroną konfliktu, nie tylko ofiarą. I to samo chyba działa w magii, nie? Praca na siebie i praca na kogoś rzadko są naprawdę rozłączne, bo jesteś w relacji z tą osobą. Zmiana energii po swojej stronie zawsze coś robi po drugiej. Możesz to nazwać ochroną, ale efekty są po obu stronach.
A ja mam głupie pytanie pewnie, ale co z klątwami? Bo to brzmi mega poważnie, ale czy np. powiedzenie "żebyś tego pożałował" na głos to już klątwa? Gdzie zaczyna się świadome rzucanie czegoś na kogoś, a gdzie kończy się zwykłe złorzeczenie z emocji?
Ojej, taka dyskusja, to jest naprawdę niesamowite jak dużo tu wiecie 🙂 Ja mam pytanko może trochę z boku, ale czy jeśli ktoś robi coś złego np. w pracy jak pisała Natalie09, to ochrona nas przed nim to jest to samo co prośba do jakiejś siły wyższej, np. do Boga albo do aniołów, żeby ta osoba dostała co jej się należy? Bo modlitwa o sprawiedliwość to chyba nie jest magia, nie?
Psalmy w hoodoo to świetny przykład, bo rozbija mit o ostrej granicy między "magią" a "religią". Ale wracając do sedna, bo mi umyka, czy ktoś tutaj ma doświadczenie z sytuacją, gdzie zrobił coś w konflikcie i potem żałował? Nie dlatego, że nie zadziałało, tylko dlatego, że zadziałało i poczuł się z tym źle?
To co mówi RycerzMieczy ma sens, ale mam z tym pewien problem praktyczny. Jak jesteś w realnym konflikcie, np. sądowym albo zawodowym, to musisz myśleć o tej drugiej osobie, bo inaczej nie możesz się bronić. Nie możesz po prostu "przenieść uwagi na siebie" i udawać, że tamtej strony nie ma. Więc czy etyka magiczna jest w ogóle praktycznie możliwa do zachowania w poważnym konflikcie, czy to teoria, która działa tylko gdy konflikt jest mały?
Myślę, że da się to pogodzić, trzeba po prostu robić oba kierunki rozdzielnie. Ochrona i wzmocnienie dla siebie to jeden rytuał, a cokolwiek skierowanego na kogoś to drugi, i trzeba mieć świadomość, który robi się w danym momencie. Mieszanie w jednym rytuale to jest właśnie ten moment, gdzie granica się rozmywa i potem człowiek sam nie wie, co zrobił.
Ale to znaczy, że każda magia na sukces w sytuacji rywalizacji jest jednocześnie magią przeciwko rywalowi? Bo to jakby wynikało z samej logiki. Jak ktoś robi zaklęcie przed rozmową kwalifikacyjną, to robi je też przeciwko innym kandydatom?
To co Galia mówi, to jest naprawdę ważna kwestia. Myślę, że większość ludzi w ogóle o tym nie myśli przy typowych zaklęciach na szczęście czy sukces. Ale jak to jest konkretna sytuacja, praca, sprawa, konkretna osoba po drugiej stronie, to ta logika zaczyna działać inaczej. Przy ogólnym "niech mi się powodzi" nie ma konkretnego przegranego. Przy "niech wygram tę sprawę z Kowalskim" już jest.
Ale czy to nie jest trochę paraliżujące? Bo jak zaczniemy analizować każde zaklęcie pod kątem tego, kto jest po drugiej stronie i czy na niego nie wpłynie, to w końcu nie da się nic zrobić. Ja np. w tej swojej sytuacji w pracy byłam stroną poszkodowaną, ta osoba mi aktywnie szkodziła. I mam sobie odpuścić jakąkolwiek pracę magiczną, bo może ona poczuje skutki?
Świadomość zmienia to, czego możesz oczekiwać i jak interpretujesz wynik. Jeśli wiesz, że twój rytuał na wygraną operuje w przestrzeni, gdzie jest też ktoś po drugiej stronie, to nie jesteś potem zaskoczony, że ta osoba coś straciła. I możesz się do tego etycznie odnieść, zamiast udawać, że tego nie było.
Czytam tę dyskusję od początku i bardzo mi dużo dała, tyle nowych myśli 🙂 Mam takie pytanko, czy jeśli ktoś zrobił nam krzywdę i robimy rytuał żeby to wyszło na jaw, żeby ta osoba była "odkryta", to też jest praca na kogoś? Bo nie chcemy jej zaszkodzić, tylko żeby prawda wyszła na wierzch.
Mam z tym problem, bo to brzmi jak ładny sposób na umycie rąk. Jeśli wiemy, że "ujawnienie prawdy" w konkretnej sytuacji oznacza, że ktoś straci pracę albo rodzina się rozpadnie, to mówienie "ja tylko puściłam prawdę, reszta to nie moja sprawa" jest trochę... naciągane.
To jest chyba sedno całej tej rozmowy. W magii, tak jak w prawie, jest pytanie o przewidywalne konsekwencje. Jak strzelasz w tłum i mówisz, że nie chciałeś nikogo trafić, to prawo się tym nie interesuje. Czy etyka magiczna działa podobnie, czy inaczej?
No właśnie, "harm none" jest piękne na papierze, ale w realnym konflikcie jest czysto fikcyjne. Nawet ochrona kogoś bliskiego przed kimś złym jest jednocześnie działaniem przeciwko tej złej osobie. Chyba że ta zasada dotyczy tylko intencji, a nie skutków, ale wtedy jest raczej normą psychologiczną niż magiczną.
Większość badaczy tej zasady, np. Hutton w swojej pracy o historii wicca, wskazuje, że "harm none" jest stosunkowo nową i głównie zachodnioezoteryczną konstrukcją, nieobecną w starszych tradycjach folklorystycznych. W hoodoo, w tradycyjnej magii ludowej słowiańskiej, greckiej, nie ma tej zasady w ogóle. Jest za to silne przekonanie o odpłacie, ale to nie to samo co zakaz krzywdzenia.
I to "czy masz prawo" jest chyba lepszym pytaniem niż "czy to jest defensywne czy ofensywne". Bo prawo wynika z kontekstu, z relacji, z tego co się stało. Nie z geometrii zaklęcia. Zastanawiam się, czy nie tędy powinniśmy iść w tej dyskusji, bo techniczny podział na obronę i atak chyba nie oddaje tego, o co naprawdę tu pytamy.
Ale czy to jest aż tak różne od jakiejkolwiek innej decyzji moralnej? Też nie mamy żadnego zewnętrznego sędziego, który zatwierdza nasze wybory na co dzień. I jakoś funkcjonujemy.
To jest chyba centralny paradoks tej rozmowy. Etyczna powaga rytuałów zakłada, że działają. Jeśli zakładamy, że mogą nie działać, to cała dyskusja o odpowiedzialności trochę się zawiesza. Ale z drugiej strony, jeśli zakładamy, że działają, to tej odpowiedzialności nie możemy unikać.
Ale zaraz, czy nie można przyjąć jakiegoś środkowego stanowiska? Że rytuały mogą działać, ale nie zawsze i nie na wszystkich tak samo? Wtedy odpowiedzialność byłaby jakby... skalowalna? W zależności od siły intencji, kontekstu, doświadczenia?
Wracając do tego, co powiedziała Hortensja o weryfikacji skutków. W tarocie to wychodzi inaczej, bo tam nie działasz, tylko patrzysz. Ale i tak ludzie często mylą rozkład diagnostyczny z rozkładem sprawczym, co jest zupełnie innym błędem, ale pokazuje, że granica między obserwowaniem a wpływaniem jest płynna.
Ta granica jest płynna też w innym sensie. Jak robisz rytuał na ochronę siebie, to czysto defensywne, okej. Ale jak ta ochrona działa poprzez osłabienie kogoś, kto ci zagraża, to nagle masz skutek ofensywny przy intencji defensywnej. I co wtedy?
Przepraszam, że wchodzę, ale chcę sie upewnić że dobrze rozumiem. Czyli jak ktoś robi rytuał na ochrune siebie, ale ta ochrna działa tak że tamta osoba "odskakuje" i np przestaje mu przeszkadzać, to jest to już praca na tę osobę tak? nawet jak nie o to chodziło?
