Chcę tu wejść z czymś, co może trochę rozdrażnić, ale wydaje mi się ważne. To co opisujecie jako 'sprawdzanie czy forma jest pusta' - to jest w istocie metoda eliminacji, którą stosuje każda rzetelna obserwacja. Tylko że żeby to działało, musicie kontrolować zmienne. A w grupie jest dużo zmiennych - skład, nastrój, pora, relacje między ludźmi. Jak to robicie w praktyce?
Mieliśmy coś takiego raz. Rytuał, który robiliśmy kilka razy i był żywy, nagle zaczął być jak odgrywanie sztuki. Myślałyśmy długo, co się zmieniło w formie. A w końcu wyszło, że zmieniła się jedna osoba - ktoś nowy wszedł do grupy i kompletnie zmienił dynamikę, nie dlatego że był sceptyczny, ale dlatego że był zbyt entuzjastyczny i zaczął przejmować przestrzeń. Forma była ta sama, ale coś się rozsypało.
To jest smutna historia, ale bardzo prawdziwa. Zastanawiam się, czy to specyfika grup kobiecych czy po prostu tego środowiska, że rzeczy nie są mówione wprost. Bo w tarocie, kiedy coś nie gra w rozkładzie, to mówisz 'ta karta tu nie pasuje'. A w grupie - zamiatasz pod dywan i czekasz aż samo przejdzie.
Wracając do tego, co Wolchw mówił wcześniej - o mówieniu 'robię tak, bo mi działa, ale nie wiem skąd to pochodzi'. Zastanawiam się, czy w praktyce samotnej to jest łatwiejsze do powiedzenia niż w grupie. W grupie masz poczucie, że musisz mieć legitymizację, żeby prowadzić. Sama ze sobą - kogo prosisz o pozwolenie?
To ciekawe zestawienie - w grupie łatwiej o legitymizację, ale trudniej o szczerość. Samotnie łatwiej o szczerość, ale brakuje zewnętrznego lustra. Chyba nie ma opcji doskonałej, co nie jest odkryciem, ale warto to powiedzieć głośno, bo często rozmowy o magii grupowej kontra samotna brzmią jak porównanie, co jest 'lepsze'. A to chyba nie jest właściwe pytanie.
To co Ewunia70 napisała o braku 'opcji doskonałej' - chcę dopytać, bo to mnie zatrzymało. Mówicie o grupie jako o miejscu, gdzie jest legitymizacja, ale brakuje szczerości. Ale co z sytuacją, kiedy dopiero zaczynasz i nie masz jeszcze żadnego własnego punktu odniesienia? Samotna praktyka to wtedy trochę chodzenie po ciemku, nie?
To jest uczciwe pytanie i nie ma na nie prostej odpowiedzi. Ale chcę się upewnić, że dobrze rozumiem - mówisz o braku punktu odniesienia jako o problemie, tak? Bo można to też odwrócić. Brak gotowego schematu to też brak cudzych nawyków, które musisz potem z siebie wypychać.
To jest pytanie, które ja sobie zadawałem bardzo długo. I szczera odpowiedź jest taka, że nie wiesz. Przynajmniej na początku. Ale jest różnica między 'nie wiem czy to działa' a 'nie wiem co robię' - i myślę, że drugiego można uniknąć, nawet bez grupy. Czytasz, notujesz, sprawdzasz co się zmienia. Powoli zaczyna się układać obraz.
Wolchw, ale ty miałeś wcześniej tę grupę, więc miałeś z czym porównywać. Zastanawiam się, jak to wygląda u kogoś, kto nigdy w grupie nie był. Czy samotna praktyka bez żadnego punktu wyjścia to jest coś, co w ogóle ma szansę się rozwinąć w kierunku czegoś spójnego?
Fraida, ale to co opisujesz działa chyba w dwie strony. Masz coś swojego, ale możesz nie wiedzieć, że twoje 'odkrycie' jest mocno zawężone przez to, co przypadkowo trafiło w twoje ręce. Czytasz określone książki, masz określone skojarzenia kulturowe - i budujesz na tym, myśląc, że budujesz od zera. Czy naprawdę samotna praktyka jest aż tak wolna od zewnętrznych wpływów?
No właśnie. To jest moim zdaniem jedno z bardziej naiwnych założeń w dyskusjach o samotnej praktyce - że jest 'czysta' i 'autentyczna', bo nie masz grupy, która cię kształtuje. Ale masz internet, masz książki, masz filmy, masz medium, przez które ten temat do ciebie w ogóle dotarł. Nigdy nie zaczynasz od zera.
Chcę tu wejść z czymś, bo ta rozmowa kręci się wokół dychotomii, która może być trochę fałszywa. Mówimy o 'grupie' i 'samotnej praktyce' jak o dwóch odrębnych trybach. Ale spora część historycznych praktyk magicznych funkcjonowała w modelu mistrz-uczeń - czyli ani tłum, ani samotność. Ktoś przekazywał konkretnej osobie, z korektą, ale bez dynamiki grupowej. To się rzadko pojawia w tych rozmowach.
U mnie tak wyglądała spora część tego, czego się nauczyłam. Była jedna osoba, od której brałam dużo, bez żadnych formalności. To nie była ani grupa, ani samotna praca. I z perspektywy czasu myślę, że to był najlepszy tryb nauki, bo miałam kogoś, kto wiedział, kiedy milczeć, a kiedy powiedzieć 'tu się mylisz'. W grupie tego nie ma, bo nikt nie chce być tym, który mówi komuś, że się myli.
Paprotka, mam pytanie do tego - ta osoba, od której brałaś dużo, jak ona traktowała elementy, które sama przejęła z tradycji? Czy wiedziała, skąd je ma, czy też była w tej samej sytuacji co wielu z nas - robiła, bo 'tak się robi'?
to jest dobre pytanie i musiałam się zatrzymać, żeby uczciwie odpowiedzieć. Ona wiedziała skąd część rzeczy pochodzi - ale nie wszystko. Była na tyle uczciwa, żeby mówić 'nie wiem skąd to mam, ale wiem co robi w praktyce'. I to był dla mnie model, który przyjęłam. Nie udawać wiedzy, której się nie ma.
To 'nie wiem skąd, ale wiem co robi' - to jest zdanie, które brzmią prosto, ale w praktyce bardzo trudno jest wiedzieć, czy naprawdę wiesz 'co to robi', czy po prostu wierzysz, że wiesz. Jak ona to odróżniała?
To co Paprotka opisuje z tym gotowaniem - to jest model, który spotykam w bardzo różnych tradycjach. W Hoodoo na przykład, gdzie spora część wiedzy była przekazywana właśnie w ten sposób, przez obserwację i robienie, bez pisemnych źródeł. I tam to też nie był problem filozoficzny, tylko praktyczny: albo coś działało wystarczająco często, żeby to powtarzać, albo się odpadało. Tyle że tam był kontekst wspólnoty - ktoś widział efekty, potwierdzał, że tak, to ma sens. Bez tego jesteś sam z własną oceną.
Ale czy chcesz feedbacku na poziomie 'technicznym' - że np. robisz gest prawidłowo, że sekwencja jest właściwa - czy chodzi ci o coś głębszego, że w ogóle ma sens to robić? Bo to są dwa zupełnie różne pytania i różne odpowiedzi na nie.
Trochę wracam do wątku z Wolchwem i Paprotką, bo coś mi tu zgrzyta. Rozmawiamy o tym, jak wiedza jest przekazywana i czy rozumiemy skąd ją mamy - ale temat wątku jest o grupie kontra samotna praktyka. I mam wrażenie, że właśnie tutaj te dwie rzeczy się łączą: w grupie masz kogoś, kto pyta 'a po co to robisz' i to pytanie zmusza cię do artykułowania tego, co inaczej zostałoby milczącą rutyną. Samotnie tego pytania nikt ci nie zadaje.
Kometka, to jest bardzo celna obserwacja i ona trochę zmienia mi perspektywę na to, czym jest wartość grupy. Nie chodzi o efekt synergii ani o 'więcej energii' - tylko o to, że musisz tłumaczyć. I w tym tłumaczeniu sprawdzasz, czy sam to rozumiesz. Pamiętam, że w grupie, w której byłem, najbardziej uczyłem się wtedy, gdy ktoś pytał mnie, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. Nie na odpowiedzi, które słyszałem, tylko na pytania, które musiałem sobie zadać.
Ale jest też odwrotna strona tego. W grupie możesz wpaść w pułapkę tłumaczenia w sposób, który grupa akceptuje, a nie w sposób, który jest prawdziwy dla ciebie. Znam to z własnego doświadczenia - kiedy przez długi czas opisywałam swoje rytuały językiem, który był zrozumiały dla konkretnych osób, a potem zorientowałam się, że ten opis minął się z tym, co faktycznie robiłam. Jakby etykieta przykryła zawartość.
To co Fraida mówi o etykiecie, która przykrywa zawartość - to mi przypomina coś, co słyszałam o tym, jak działa przekaz w rodzinnych praktykach. Moja babcia robiła pewne rzeczy regularnie, ale jak pytałam dlaczego, to odpowiedź była zawsze 'bo tak trzeba' albo 'bo zawsze tak robiłyśmy'. I nigdy nie wiedziałam, czy to jest rodzaj sacrum, do którego nie ma słów, czy po prostu nie było refleksji nad tym, skąd to pochodzi.
Wracając do Darka i jej babci - to jest szerszy problem w tradycjach dziedziczonych. Etnografowie, którzy zbierali materiały o słowiańskich praktykach jeszcze w XIX i na początku XX wieku, regularnie napotykali na ten sam mur. Praktykujący wiedzieli co robić, kiedy i z czym, ale uzasadnienie albo było bardzo ogólne, albo zupełnie nie istniało. Moszyński to opisywał, Kolberg zbierał przykłady. I z tych zapisków wynika, że 'bo tak się robi' nie było traktowane jako wstyd - to był po prostu inny stosunek do wiedzy. Ona nie musiała być werbalna, żeby była prawdziwa.
I tu wracamy do sedna tego, o czym zaczęliśmy rozmawiać. Czy robiąc coś w grupie, z tradycji, 'bo zawsze tak się robiło' - jesteś bliżej tej oryginalnej ciągłości, czy dalej? Bo może właśnie nieciągłość jest teraz uczciwa, i udawanie, że tej ciągłości nie ma przerwy, jest rodzajem fikcji, którą robimy dla komfortu.
Wolchw, to co napisałeś na końcu - że nieciągłość może być uczciwa - to brzmi przekonująco, ale mam z tym problem. Bo w tradycjach runicznych, które znam, ta nieciągłość jest naprawdę głęboka i nikt jej nie udaje. Wikingowie nie zostawili instrukcji 'jak używać run'. Zostawili kamienie, ale nie komentarze. I mimo to rekonstrukcja jest robiona i jakoś działa. Więc czy udawanie ciągłości jest na pewno gorsze od przyznania, że jesteśmy tylko interpreterami?
Darka, a dlaczego te dwie opcje są jedyne? Bo ja myślę, że jest środek - działasz z tym co masz, ale jednocześnie szukasz, co z tego jest powtarzalne w innych tradycjach. Jeśli twoja babcia robiła coś, co pojawia się też w zachowanych praktykach z innych regionów, to jest jakiś argument, że to nie był jej wymysł. Nie że to 'oryginał', ale że przynajmniej nie jest izolowane.
Tylko że szukanie powtórzeń między tradycjami też ma swoje pułapki. Możesz znaleźć powierzchowne podobieństwa, które w obu tradycjach znaczą coś zupełnie innego. Dwie kultury palą świece na grobach, ale kontekst, intencja, adresat tego działania może być diametralnie różny. Podobieństwo formy nic jeszcze nie mówi o podobieństwie treści.
