Mam wrażenie, że temat grupowej magii jest trochę pomijany na rzecz solowej praktyki, a to błąd. Od jakiegoś czasu ćwiczę razem z dwójką znajomych i wychodzi nam coś zupełnie innego niż kiedy robię coś sam. Ale mam też problem - moja ciotka przekazała mi kilka rytuałów, które robimy w pewien konkretny sposób 'bo tak się zawsze robiło'. Nie wiem, co z tym zrobić. Mam ochotę coś zmienić, ale czuję, że to trochę jakbym naruszał coś, co nie należy tylko do mnie. Ktoś był w podobnej sytuacji?
To akurat jest jedno z trudniejszych pytań, bo dotyka granicy między tradycją a własnym rozumieniem. Mnie zawsze bardziej interesuje, skąd dana forma pochodzi - czy ktoś w rodzinie wiedział, dlaczego robi się coś akurat tak, czy to się po prostu przeniosło z pokolenia na pokolenie bez refleksji. Bo jedno i drugie to zupełnie inne sytuacje.
Mam podobnie z kilkoma praktykami, które przejęłam po babci. Ona sama nie umiała mi wytłumaczyć, czemu np. zawsze okrążała stół trzy razy przed pewnym rytuałem. Mówiła: 'bo mama tak robiła'. I co z tym robić? Zmienić? Zostawić? Zapytam inaczej - czy zmieniając formę rytuału, zmieniamy jego sens?
W tradycjach nordyckich jest na to osobny termin - 'orlog', coś w rodzaju warstwy wzorców, które nagromadziły się przez pokolenia. Nie chodzi o ślepe powtarzanie, ale o to, że sama forma może nieść w sobie pewien ładunek, bo była używana wielokrotnie przez kolejne osoby z tej samej linii. To nie jest mistycyzm dla mistycyzmu - są tradycje, które traktują to bardzo konkretnie. Ale żeby zmienić taki rytuał mądrze, trzeba rozumieć, co zmieniasz i po co.
A co z grupą w tym wszystkim? Bo tu jest osobny problem - kiedy robisz coś z ludźmi, to każdy wnosi swój własny bagaż. Jedna osoba jest skupiona, druga myśli o zakupach. Jak to w ogóle działa, że grupowe rytuały mają niby działać lepiej?
Synchronizacja to jedno, ale jest jeszcze kwestia hierarchii w grupie. Kto prowadzi, kto jest odpowiedzialny za energię, jak rozdzielić role. W małej grupie to bywa trudne, zwłaszcza jeśli wszyscy czują się równorzędni. Czy u was, Wolchw, jest jakaś wyznaczona osoba, która prowadzi?
Gospodarz to zresztą ważna rola, historycznie rzecz biorąc. W wielu tradycjach to właśnie osoba odpowiedzialna za przestrzeń, nie za poprowadzenie każdego kroku. Ale to wymaga, żeby inni rozumieli, że mają swoje zadania - inaczej zostaje się z całym ciężarem na głowie.
Słuchajcie, a jak wracamy do tego wątku z dziedziczonymi rytuałami - mam pytanie do Fraidy albo Filomeny. Czy w magii grupowej ma znaczenie, że te praktyki zostały przekazane tylko jednej osobie w grupie? Tzn. jeśli Wolchw robił coś z ciotką w określony sposób, a reszta grupy tego nie zna - to nie ma konfliktu?
To mnie prowadzi do pytania, które mnie od dawna gryzie - czy w ogóle można przekazać coś z praktyki rodzinnej osobom spoza rodziny? Mam na myśli dosłownie: czy coś się traci, czy coś zostaje? Czy to tylko kwestia zamiaru?
No i właśnie - skąd to wiedzieć? Moja babcia nigdy nie mówiła, że coś jest 'tylko dla nas'. Ale może dlatego, że nie przyszło jej do głowy, że ktoś z zewnątrz mógłby chcieć to robić.
Jest w psychologii pojęcie 'ucieleśnionej tradycji' - praktyki, które są tak głęboko zakorzenione w kontekście kulturowym i rodzinnym, że wyrwane z tego kontekstu dosłownie zmieniają funkcję. Anthropolodzy piszą o tym od lat, szczególnie w odniesieniu do rdzennych tradycji. Nie mówię, że każdy rytuał z babcinej kuchni jest nietykalny, ale warto mieć świadomość, że pewne formy mogą działać inaczej poza swoim 'ekosystemem'. To nie jest magiczna bariera - to kwestia tego, że forma i kontekst razem robią znaczenie.
Może naiwne pytanie, ale czy macie wrażenie, że magia w grupie wymaga od wszystkich podobnego podejścia? Bo jak słyszę tę rozmowę, to zastanawiam się, czy nie jest tak, że jedna sceptyczna osoba w grupie może coś rozsadzić. Albo czy to w ogóle ma znaczenie.
Elfin, to wcale nie jest naiwne pytanie. Właściwie chyba najważniejsze w tej rozmowie. Zastanawiam się nad tym od dawna i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Z doświadczenia powiem tyle - mieliśmy raz sytuację, gdzie jedna z osób była wyraźnie sceptyczna wobec konkretnego rytuału, który robimy regularnie. Nie powiedziała nic, siedziała, uczestniczyła, ale coś było inne. Nie wiem, czy to była ona, czy mój własny dyskomfort spowodowany tym, że wiedziałem, że jest sceptyczna.
Jest tu pewna pułapka myślowa, o której warto powiedzieć. Skupianie się na tym, czy ktoś jest sceptyczny, bardzo łatwo wchodzi w mechanizm potwierdzania przekonań - coś poszło nie tak, to winna ta jedna sceptyczna osoba. Tymczasem w badaniach nad synchronizacją grupową (są takie z obszaru psychofizjologii, m.in. HeartMath Institute) chodzi o mierzalne parametry jak koherencja rytmu serca, nie o 'wiarę'. To co nazywamy skupieniem może mieć fizjologiczne korelaty niezależne od przekonań.
Ten wątek z sceptycyzmem jest ważny, ale mam wrażenie, że odpływamy od czegoś, co Karinka.x poruszyła wcześniej. Dziedziczone praktyki w grupie mieszanej - to mi nie daje spokoju. Wyobraź sobie, że masz rytuał, który przejęłaś od kogoś z rodziny, i próbujesz go robić z ludźmi, którzy nie mają żadnego kontekstu tego pochodzenia. Nie chodzi tylko o synchronizację - chodzi o to, że ci ludzie nie wiedzą, co właściwie niosą.
Ale Fraida, to by oznaczało, że spora część tego, co ludzie robią samodzielnie z książek i internetu, to tylko procedury. I że bez osobistego przekazu od kogoś, kto sam go dostał w tej formie, zaczynasz od zera za każdym razem. To trochę zamknięty krąg, nie? Albo skończy się wiedza w tej linii i już koniec.
To mnie uderza, bo dokładnie tak opisałbym siebie kilka lat temu. Myślałem, że kontynuuję coś po ciotce, a w rzeczywistości robiłem własną wersję z jej elementami. Długo mi zajęło, żeby to rozróżnić. I nie wiem, czy to dobrze czy źle - może ważniejsze jest, że cokolwiek robię, robię świadomie, a nie że mam 'legalny' przekaz.
Legalność przekazu to zresztą osobny temat. W tarota przez długi czas krążył mit, że talia musi być podarowana, nie kupiona. W runach podobnie - runy 'powinny' być wyrzeźbione własnoręcznie, własną krwią, i tak dalej. W praktyce większość tych wymogów to późne nawarstwianie, nie historyczny rdzeń. Nie mówię, że forma nie ma znaczenia - mówię, że granica między 'właściwą tradycją' a 'wymysłem sprzed stu lat' jest dużo rozmytsze niż się wydaje.
Czarek ma rację, choć dodam, że Flowers jest kontrowersyjną postacią ze względu na jego związki z organizacjami, które mają ciemniejszą historię. To nie znaczy, że się myli w kwestiach historycznych, ale warto wiedzieć, kogo się czyta. Są też inne źródła - Mindy MacLeod i Bernard Mees w 'Runic Amulets and Magic Objects' podchodzą bardziej archeologicznie.
Zatrzymajmy się chwilę, bo zaczęliśmy od dziedziczonych praktyk w grupie, a skończyliśmy na bibliografii run 🙂 To trochę klasyka tego forum. Wolchw, wracam do ciebie - powiedziałeś, że długo ci zajęło rozróżnienie, że robisz własną wersję, nie kontynuację. Jak to w praktyce wpłynęło na to, co robisz z tą dwójką znajomych? Czy zmieniłeś coś w sposobie, w jaki im tłumaczysz elementy z praktyki ciotki?
To jest właściwie przepis na zdrową grupę, jak mi się wydaje. Nie 'ja wiem, wy słuchacie', ale wspólne pytanie o sens. Tylko że to wymaga, żeby prowadzący miał odwagę powiedzieć 'nie wiem'. I żeby reszta nie odebrała tego jako braku kompetencji.
Dokładnie ta sytuacja - zaprosiłam kogoś, kto przyszedł z nastawieniem 'no to pokażcie mi, jak to działa', i kiedy powiedziałam, że nie jestem pewna, skąd pochodzi jeden z elementów, który zawsze stosowałyśmy, to zobaczyłam na jej twarzy coś w stylu 'po co tu w ogóle przyszłam'. Więc tak, część ludzi szuka eksperta, nie towarzysza szukania. I nie wiem, co z tym zrobić.
Trochę mnie to śmieszy, bo sam byłem tym człowiekiem z nastawieniem 'pokażcie mi jak'. I co dostałem? Dużo symboli, dużo atmosfery, zero wyjaśnienia dlaczego. Nauczyłem się formy bez treści, i przez długi czas byłem pewien, że to właśnie tak powinno wyglądać. Dopiero kiedy zacząłem sam pytać 'ale po co ten element?', okazało się, że nikt w grupie nie wiedział. Wszyscy robili, bo tak się robiło.
i co wtedy zrobiłeś? Zostałeś w tej grupie, czy to był moment, w którym zacząłeś coś rozkładać na części?
To jest chyba jeden z tych momentów, gdzie praktyka grupowa zaczyna działać przeciwko sobie. Zamiast wzmacniać - blokuje. Wszyscy udają, że wiedzą, więc nikt nic nie pyta, i koło się zamyka. Zastanawiam się, czy to jest specyfika magii, czy po prostu każdej grupy, gdzie jest jakaś 'powaga' tematu.
Jest tu jeszcze coś, co mnie zatrzymuje w całej tej rozmowie o grupach i dziedziczeniu. Mówimy dużo o tym, że ludzie nie wiedzą 'skąd' pochodzi element, który wykonują. Ale jest różnica między 'nie wiem skąd to pochodzi' a 'nie wiem po co to robię'. Można nie znać etymologii gestu i jednocześnie doskonale rozumieć jego funkcję w rytuale. Czy to nie jest ważniejsze rozróżnienie niż kwestia autentyczności przekazu?
Ale jak sprawdzasz, czy forma jest pusta? Serio pytam. Bo jeśli wszyscy w grupie czują, że 'coś działa', to skąd wiadomo, czy to efekt tej konkretnej formy, czy po prostu efekt bycia razem z intencją?
