Ale tu wracamy do pytania, które Olgierd zadał wcześniej, choć z innego kąta. Jeśli ani przekaz rodzinny nie jest gwarancją ciągłości, ani porównanie z innymi tradycjami, ani teksty - to co w ogóle daje nam jakikolwiek grunt? I czy to pytanie w ogóle ma sens w kontekście samotnej praktyki versus grupy?
Właśnie tego szukam w tej rozmowie. Bo wydawało mi się, że grupą daje ten grunt - że jak kilka osób robi to samo i nikt nie ma wątpliwości, to znaczy że jest ok. Ale słuchając tego wszystkiego zaczynam myśleć, że grupa może dawać tylko poczucie gruntu, nie sam grunt.
I to jest może najuczciwsza pozycja do praktyki w grupie - kiedy wszyscy w tej grupie wiedzą, że budujecie coś razem, a nie odtwarzacie coś co zawsze było. Bo wtedy decyzje są wspólne, odpowiedzialność jest wspólna, i nikt nie ukrywa się za 'zawsze tak robiliśmy'.
To brzmi pięknie w teorii, ale jak to wygląda w praktyce? Mieliście może taką grupę, gdzie naprawdę wszyscy mieli tę samą świadomość? Bo ja miałam różne grupy i zawsze był ktoś, kto był bardziej przywiązany do formy niż do rozumienia. I to nie jest zarzut - po prostu tak ludzie funkcjonują.
To jest coś, co mi osobiście zajęło długo zrozumieć. Forma bez treści jest pusta, ale treść bez formy jest chaotyczna. I może właśnie te 'zawsze tak robiłyśmy' służą temu - żeby nie zaczynać każdego rytuału od fundamentów. Nie dlatego że są święte, tylko dlatego że są wspólnym językiem, który grupie pozwala w ogóle zacząć.
A co jeśli ta forma jest po prostu zła? Jak masz konwencję, która jest niespójna albo pochodzi z jakiegoś nieporozumienia, i wszyscy ją trzymają, bo 'zawsze tak robiliśmy' - to czy ten szkielet nie jest gorszy niż brak szkieletu?
Czyli wychodzi na to, że w grupie ważniejsza jest spójność rozumienia niż poprawność formy? To trochę zmienia mi myślenie o tym po co w ogóle chodzić do kogokolwiek - nie żeby się nauczyć jak 'prawidłowo' robić, tylko żeby znaleźć ludzi, którzy rozumieją to co robią tak samo jak ty?
To co napisał Czarek trochę wywróciło mi myślenie. Bo jak szedłem na pierwsze spotkania grupowe, to właśnie szukałem kogoś kto powie 'robimy to tak, bo tak się robi'. A teraz słyszę, że to nie o to chodzi. Ale jak mam znaleźć ludzi, którzy rozumieją po co to robimy, skoro sam jeszcze nie do końca to rozumiem? To trochę błędne koło.
To jest bardzo charakterystyczne dla grup zbudowanych wokół jednej osoby 'wiodącej'. Pytanie 'dlaczego' odbierane jest jako podważanie autorytetu, nie jako ciekawość. I to jest dokładnie ten scenariusz, który opisałem wcześniej - forma bez wspólnego rozumienia, tylko z hierarchią.
Hierarchia w rytuale to nie jest coś wyjątkowego dla praktyk ezoterycznych - w każdej wspólnocie liturgicznej masz kogoś, kto prowadzi, i kogoś, kto uczestniczy. Problem zaczyna się, kiedy prowadzący traci możliwość bycia rozliczanym z tego co robi. W tradycjach, które mają długą historię instytucjonalną, zazwyczaj jest jakiś mechanizm korekty. W małych grupach tego nie ma i wszystko zależy od charakteru jednej osoby.
Ale z drugiej strony - w dużych, instytucjonalnych tradycjach ten mechanizm korekty często polega na tym, że nikt nic nie zmienia i wszyscy siedzą cicho. Więc czy mała grupa bez hierarchii, gdzie każde pytanie jest ok, nie jest jednak lepsza? Nawet jeśli bardziej wyczerpująca, jak mówiła Fraida.
I to mnie zastanawia w całej tej rozmowie - czy my porównujemy grupę z samotną praktyką jako alternatywy, czy jako coś, co może się uzupełniać? Bo ja przez jakiś czas robiłem jedno i drugie i to były zupełnie różne rzeczy, nie konkurencja dla siebie.
To ciekawe rozróżnienie. Bo ja traktuję samotną praktykę jako coś prywatnego, prawie intymnego - tam nie muszę niczego tłumaczyć, nie muszę uzgadniać. A grupę jako coś zewnętrznego, gdzie uczę się jak moje rozumienie ma się do innych. Tylko że przez to nigdy nie wniosłam do grupy tego, co robiłam sama. I teraz się zastanawiam czy to nie był błąd.
Ten wątek z 'moim' i 'grupowym' jest ważny, bo wraca do tematu dziedziczenia. Kiedy bierzesz praktykę od babci, od grupy, z książki - to kiedy ona staje się twoja? Czy w ogóle musi? Może wystarczy, że jest użyteczna, nawet jeśli czujesz się raczej jej użytkowniczką niż właścicielką. Mam wrażenie, że to pytanie o własność praktyki jest bardzo nowoczesne - jakbyśmy potrzebowali autorstwa do wszystkiego.
