Trochę wracam do wątku temperatury barwowej, bo Simma i Barni dotknęli czegoś, co mnie zastanawia. Jeśli płomień świecy to okolice 1800K, a nasze oczy przez tysiące lat ewoluowały przy ogniu jako głównym źródle sztucznego światła po zmroku - to może chodzi o coś głębiej osadzonego biologicznie niż tylko "nastrój". Coś w rodzaju sygnału środowiskowego, który mózg odczytuje jako czas ciszy i skupienia.
przepraszam ze wchodzę w środek ale - kilka Hz? to znaczy że płomień świecy może w dosłownym sensie wciągać w stan medytacyjny? nie wiedziałam że to ma jakieś fizyczne wyjasnienie
A to są te same Hz czy to tylko zbieżność? Bo jedno to rytm dźwięku a drugie to migotanie światła.
To jest chyba najkonkretniejszy wątek w całej tej rozmowie. Mam pytanie do Barni i Simmy - jeśli chodzi o ten stan theta i migotanie, to czy robiliście kiedyś rytuał przy świecach z celowym skupieniem wzroku na płomieniu kontra przy ogólnym oświetleniu elektrycznym, bez skupiania się na źródle światła? Bo mi się wydaje, że moje doświadczenia z elektrycznym mogą wynikać z tego, że po prostu nie traktuję żarówki jako punktu skupienia.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś, czego wprost nie mówimy. Czy pytanie brzmi: czy elektryczne światło może działać tak samo jak ogień - czy może: czy elektryczne światło może działać w ogóle? Bo to są dwa różne pytania i odpowiedzi na nie będą zupełnie inne.
A jak w ogóle oceniacie, że rytuał był "wyraźny"? Bo nie rozumiem - co to znaczy w praktyce? Coś czujecie, coś się dzieje zewnętrznie, a może po prostu wiecie?
No ale właśnie to jest problem z całą tą rozmową. Każdy mówi inaczej bo każdy inaczej czuje i nie ma żadnej miary. Więc jak możemy twierdzić że jedno działa lepiej od drugiego?
Feliks73 ma rację w tym sensie, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które w ogóle ma ten problem do rozwiązania. Ale to nie znaczy, że nie możemy budować własnych wniosków. Mam wrażenie, że Simma wcześniej powiedziała coś ważnego - różne drogi do podobnego stanu. Pytanie, czy cel usprawiedliwia drogę, czy droga jest częścią celu.
I tu wracamy do czegoś, co w tej rozmowie pojawia się co jakiś czas i ciągle nam ucieka. Światło w rytuałach nie jest tylko tłem. W wielu tradycjach jest aktywnym uczestnikiem - nie tylko oświetla, ale oznacza. Ogień jako element ma swoją rolę symboliczną, a nie tylko fizyczną. Lampa elektryczna nie jest ogniem. Czy może pełnić tę samą rolę symboliczną?
to znaczy że wiatr podczas rytuału to nie problem tylko sygnał? bo mi się zdarzyło że płomień gasł i myslałam że coś zrobiłam nie tak
A przy elektrycznym nie masz takich sygnałów bo żarówka po prostu świeci. Chyba że sie przepali akurat w trakcie to dopiero byłby znak haha
To jest coś, o czym mało się mówi - że rytuał to nie jest jednostronne działanie. Jest w nim coś w rodzaju dialogu z otoczeniem. I ogień do tego dialogu wchodzi naturalnie, bo jest zmienny. Elektryczne jest niemą ścianą.
I właśnie to jest chyba najczystsze zdanie w tej całej dyskusji. Intencja nadaje funkcję. Ale powiem też szczerze - sam wróciłem do ognia po eksperymentach z LED-ami i imitacjami płomienia. Nie dlatego, że udowodniłem sobie że nie działa. Po prostu coś mi brakowało i nie byłem w stanie tego zastąpić.
przewidywalność - to jest słowo klucz. Rytuał ma pewną strukturę, która daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala wejść głębiej. Ale jeśli absolutnie wszystko jest przewidywalne, to może nie ma wystarczającego napięcia, żeby cokolwiek poruszyć. Ogień jest strukturalny i jednocześnie nieprzewidywalny w szczegółach. To jest rzadkie połączenie.
No dobra ale to co Barni powiedział o napięciu - to mnie trochę zatrzymało. Bo napięcie w rytuale to nie jest coś o czym dużo słyszałem. Zwykle się mówi o skupieniu, o spokoju, o wejściu w stan. A tu nagle napięcie jako warunek że coś się poruszy?
To co Barni opisuje brzmi trochę jak mechanizm, który znam z pracy z transem. Kiedy otoczenie jest zbyt stabilne i przewidywalne, umysł zaczyna się nudzić i albo wypada z koncentracji albo myśli krążą po wierzchu. Mały element nieprzewidywalności - właśnie taki płomień - potrafi utrzymać uwagę zakotwiczoną bez wysiłku. Pytanie czy to efekt psychologiczny, czy naprawdę coś więcej.
To pytanie mnie trochę kręci w kółko od dawna, bo z jednej strony rozumiem Feliksa, że efekt wystarczy. Ale z drugiej - jeśli ogień działa tylko dlatego że angażuje uwagę, to teoretycznie można go zastąpić czymkolwiek nieprzewidywalnym. Może szumem wodnym, może świerszczykiem w słoiku. I to jakoś nie gra, bo tradycje nie sięgały po byle co zmienne.
właśnie. Jest coś w tym, że niemal we wszystkich tradycjach, które znam, ogień ma rolę - no nie tylko nieprzewidywalnego elementu, ale czegoś co jest medium. W hermetyzmie ogień to zasada aktywna, transmutująca. W praktykach słowiańskich Perun i ogień to nie są oddzielne rzeczy. W Zoroastrianizmie ogień to dosłownie obecność bóstwa. To nie jest przypadkowe że tak wiele tradycji niezależnie od siebie doszło do podobnego miejsca.
OK ale to wszystko brzmi jak argument za tym, że elektryczne nie ma sensu w ogóle. A jednak ludzie używają i mówią że działa. Czy to znaczy że sami sobie to sugerują?
a czy jest jakas różnica między rodzajami ognia? bo słyszałam że świeczka to co innego niż ognisko co innego niż zapalniczka, ale nie wiem czy to prawda czy wymysł
Nawiązując do Dziewanki - zauważyłam że praca przy dużej świecy pachnej daje mi inny stan niż przy małym podgrzewaczu bez zapachu. I zastanawiam się ile w tym jest zapach a ile sam ogień. Bo może część tego co przypisujemy płomieniowi to tak naprawdę zmysłowe tło jako całość.
To mnie zastanawia od dłuższej chwili w tej rozmowie - czy ktokolwiek próbował dosłownie izolować zmienne? Znaczy: ten sam rytuał, to samo miejsce, ta sama godzina, ale raz ze świecą a raz z elektrykiem bez zapachu. I notować co czuć, jak długo trwa wejście w stan, czy coś się różni. Bo ta dyskusja kręci się trochę na poziomie odczuć bez żadnej struktury porównania.
I to chyba tłumaczy dlaczego w tradycjach ceremonialnych jest tyle zasad wokół świec - odpowiednia wysokość, osłona przed wiatrem, rozmieszczenie. Nie po to, żeby wszystko było estetyczne, ale żeby ta zmienność mieściła się w pewnym zakresie. Zbyt spokojny płomień jest martwy, zbyt szalony - jest rozpraszający.
I wracamy do punktu wyjścia z nowej strony - elektryczne jest neutralne i stabilne, ogień jest żywy ale wymaga oswojenia. Może pytanie nie brzmi "które jest lepsze" tylko "do jakiej pracy które lepiej pasuje". Może są rodzaje rytuałów gdzie stabilność elektrycznego jest zaletą, a nie kompromisem.
No i co to by były za rytuały? Bo jak myślę o pracy wymagającej stabilności to od razu myślę o medytacji i tam świeczka miga i to nie przeszkadza. Więc kiedy elektryczne byłoby naprawdę lepszym wyborem a nie tylko zastępczym?
To co Melania pisze o pracy grupowej w miejscach bez możliwości otwartego ognia - to mnie uderzyło. Bo to jest właśnie sytuacja, w której elektryczne wchodzi nie z wyboru tylko z konieczności. I teraz pytanie - czy to w ogóle ten sam rytuał czy tylko podobny?
To zależy co rozumiesz przez "ten sam rytuał". Jeśli chodzi o sekwencję kroków i intencję - może być identyczny. Jeśli chodzi o jakość środowiska, w którym pracuje ciało i umysł - to jest inny. Oba mogą być kompletne, tylko inaczej.
