Wracam do wątku z formą przejętą od miejsca, bo mi chodzi po głowie coś innego. Ballen powiedział, że formalność się opłaca, kiedy sam musisz formę wytworzyć. Ale co, jeśli chodzisz do tego samego miejsca regularnie - czy z czasem ono też oczekuje jakiejś formy od ciebie? Jakby między twoją praktyką a miejscem wytwarza się coś w rodzaju umowy?
To jest interesujące, bo ja pomyślałam o czymś zupełnie innym słuchając tej rozmowy. Czy przypadkiem nie omawiamy sytuacji, gdzie spontaniczność jest po prostu nieuniknionym rytuałem - tzn. robisz to samo, tylko nie zdajesz sobie z tego sprawy? I może właśnie dlatego działa?
I to jest chyba najciekawszy wątek z tej całej rozmowy. Może podział na rytuał i spontaniczność jest mniej ostry niż myślimy - i to nie dlatego, że pojęcia są mętne, ale dlatego, że praktyka z czasem tworzy wzorce, które potem działają nawet bez świadomego uruchomienia. Pytanie, czy lepiej je wtedy uświadomić, czy zostawić jak są.
Bo właśnie - jeśli wzorzec tworzy się sam, to w którym momencie masz prawo powiedzieć, że to jest 'twój rytuał'? Czy wystarczy, że go zauważasz? Czy trzeba go jeszcze świadomie przyjąć?
Dodaje powtarzalność na żądanie. Nawyk uruchamia się sam, ale nie zawsze wtedy, kiedy chcesz. Rytuał - przynajmniej w założeniu - możesz uruchomić, kiedy potrzebujesz, niezależnie od kontekstu. To jest właśnie ta różnica, o której mówię, gdy pytam, kiedy formalność się opłaca.
Tylko że to zakłada, że masz tę kontrolę. A co, jeśli nawet nazwany rytuał nie odpala tak samo dwa razy? Mnie się zdarzało, że robiłem coś identycznie jak poprzednio i nic. Więc skąd wiadomo, że formalność faktycznie daje powtarzalność?
Ale to 'uspokajanie siebie' też ma jakąś wartość, nie? Chodzi mi o to, że jeśli forma pozwala ci wejść w odpowiedni stan, to niekoniecznie jest to tylko placebo. Może po prostu taki jest mechanizm - forma jako klucz do stanu, a nie samo działanie.
To trochę jak sygnał startowy w biegu. Nie sam dźwięk sprawia, że biegniesz szybciej, ale bez niego startowałbyś nie w tym momencie, co trzeba. Forma synchronizuje, nie tworzy.
To jest pytanie, które pojawia się w każdej tradycji od zawsze. W ujęciu ceremonialnym mówi się, że intencja nie wyrównana z formą rozkłada rytuał od środka. Możesz mieć idealne gesty i złe nastawienie. Ale kto to ocenia - ty w trakcie, czy efekt po fakcie?
Trochę od innej strony - byłam ostatnio w miejscu, które znam od lat i czegoś próbowałam z przygotowaną strukturą. I ta struktura kompletnie nie pasowała. Jakby miejsce było w innym trybie niż zwykle. Wróciłam bez formy i to miało więcej sensu. Więc może formalność ma datę ważności w konkretnym kontekście?
To prawda. Bez niej pewnie bym nie wiedziała, że coś jest 'inaczej'. Ale to rodzi inne pytanie - czy lepiej mieć strukturę i wiedzieć, że nie pasuje, czy nie mieć i po prostu być otwartą od początku?
Odpowiedź na to zależy od tego, ile masz doświadczenia z tym konkretnym miejscem i z pracą w ogóle. Ktoś, kto rzadko tam chodzi, może nie mieć punktu odniesienia, żeby ocenić 'inny tryb'. Ktoś, kto zna to miejsce dobrze - owszem. I ta różnica nie jest bez znaczenia.
Czyli znowu wychodzi na to, że żeby umieć działać elastycznie, trzeba najpierw przez długi czas działać formalnie. A co z tymi, co zaczynają od spontaniczności i nigdy nie czuli potrzeby formy?
Poczucie kontroli to nie jest błahe. Wielu praktyków mówi, że kontrola nad formą daje im spokój, który sam w sobie zmienia jakość pracy. Bez tego spokoju - hałas w głowie, rozproszenie. Ale to znowu wraca do Janeczki - forma jako klucz do stanu.
To nie są dwie różne rzeczy w tym kontekście. Forma wywołuje stan, stan umożliwia pracę. Nie musisz wybierać - to jest ciąg. Problem zaczyna się, gdy forma staje się celem samym w sobie i zamiast otwierać, zamyka. I to jest chyba najkrótsza odpowiedź na pytanie tytułowe - formalność opłaca się, póki jest bramą, a nie klatką.
Właśnie o tym myślę po tej wymianie - czy to znaczy, że ktoś, kto nigdy nie przechodził przez formę, jest w jakimś sensie na gorszej pozycji? Bo jeśli forma to klucz do stanu, a ja ten stan jakoś osiągam bez klucza, to czy po prostu mam inne drzwi, czy mam uchylone okno i nie wiem o tym?
Ale skąd wiadomo, że osoba bez formy naprawdę nie wie, jak wchodzi? Może po prostu robi to inaczej niż przez rytuał i równie świadomie, tylko nie w tym języku opisuje.
To jest ciekawe rozróżnienie, ale mam pytanie praktyczne. Co w sytuacji, gdy coś idzie nie tak? Jeśli nie masz struktury, to nie wiesz, który element zawodzi. Trudno naprawić coś, co nie ma części.
A może właśnie tak działa? Poważnie pytam. Bo jak mam robić coś poprawnie, jeśli nie wiem, z jakich kroków to się składa i który ma znaczenie?
To zależy, co rozumiesz przez 'poprawnie'. Jeśli chodzi ci o powtarzalność i przewidywalność, to forma jest rozsądna. Jeśli chodzi ci o jednorazowy efekt, to możesz czasem trafić bez niej. Problem polega na tym, że z trafień bez struktury ciężko wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Ale czy mniejsza liczba wątpliwości to nie jest po prostu większy komfort psychiczny? I czy to cokolwiek zmienia w efekcie, jeśli i tak nie możemy zmierzyć, czy zadziałało z powodu formy, czy pomimo niej?
Ale source ma znaczenie, jeśli chcesz to powtórzyć bez tych samych warunków zewnętrznych. Jeśli działało, bo byłaś spokojnie u siebie w domu, a potem spróbujesz to samo w obcym miejscu pod presją, to bez struktury nie masz punktu zaczepienia.
Właśnie to mi się przydarzyło, o czym mówiłam wcześniej. Tylko w odwrotnej kolejności. Miałam strukturę, ale miejsce było inne niż zwykle i struktura nie pomagała. Wyszło na to, że spontaniczne działanie pasowało bardziej do tamtego konkretnego kontekstu. Więc może chodzi o to, żeby mieć obie opcje dostępne.
Czyli mówisz, że te błędy, kiedy ignorowałaś ten sygnał, były właściwie użyteczne. To trochę zmienia perspektywę na uczenie się przez form i brak formy. Może błąd popełniony w ramach struktury uczy czego innego niż błąd bez niej?
To jest trafne rozróżnienie. W tradycji hermetycznej jest coś takiego jak distinkcja między błędem w egzekucji a błędem w koncepcji. Pierwszy naprawia się przez powtórzenie z korektą, drugi wymaga zmiany całego podejścia. Bez formy trudniej odróżnić jedno od drugiego.
Dobra, to zaczynam rozumieć, dlaczego forma pomaga w uczeniu się. Ale nadal nie rozumiem, kiedy forma przestaje być pomocna i zaczyna przeszkadzać. Ballen mówił coś o tym, że forma może zamykać zamiast otwierać. Jak rozpoznać, że już jesteś po tej granicy?
To, co Ballen opisał, brzmi jak klasyczna pułapka perfekcjonizmu rytualnego. Widziałam to u kilku osób, które przechodziły przez intensywną naukę ceremonialną - im więcej wiedzy o formie, tym więcej uwagi szło w jej sprawdzanie, a coraz mniej w samą pracę. Ale mam pytanie do tego, co powiedział: czy możliwe, że ten nadmiar uwagi na krokach to jest faza przejściowa, a nie symptom, że forma nie pasuje? Że po prostu forma jeszcze nie weszła na tyle głęboko, żeby działać automatycznie?
