Słucham tej rozmowy i mam nieodparte wrażenie, że wszyscy zakładamy, że forma i spontaniczność to dwie rzeczy, między którymi trzeba wybrać albo znaleźć balans. Ale może to nie jest continuum? Może to są różne tryby działania, które nie dają się porównać na jednej osi?
Mam na myśli to, że rytuał i spontaniczność mogą robić fundamentalnie różne rzeczy - i nie dlatego, że jeden jest 'lepszą wersją' drugiego, ale dlatego, że odpowiadają na różne sytuacje. Rytuał - przynajmniej u mnie - działa najlepiej, kiedy wiem, czego chcę i chcę to zakotwiczyć, powtórzyć, utrwalić. Spontaniczność - kiedy jestem w kontakcie z czymś, czego jeszcze nie rozumiem i rytuał by to zamknął za wcześnie.
To jest chyba najbardziej sensowne ujęcie w całej tej rozmowie. Rytuał jako zamknięcie, spontaniczność jako otwarcie. Przy czym - żeby otwarcie miało sens, musisz wiedzieć, że jesteś otwarty, a nie po prostu zdezorientowany. I tu wraca pytanie Prokopa o to, jak to rozpoznać.
Czytam od początku i chcę zapytać o coś konkretnego - bo te rozważania są trochę abstrakcyjne dla mnie. Czy któraś z osób tutaj miała sytuację, gdzie zrobiła coś spontanicznie i potem zaczęła się zastanawiać, czy to był błąd, że nie przygotowała rytuału? Tzn. czy brak formy kiedyś 'zaszkodził'?
Zamknięcie jako sygnał dla umysłu - to ma sens. Ale zastanawiam się, czy to jest właśnie ta granica, gdzie forma staje się niezbędna nawet w spontanicznej pracy. Tzn. można pracować spontanicznie, ale zamknięcie i tak wymaga jakiegoś gestu, słowa, działania. Nie można go 'poczuć' bez zakotwiczenia.
Dokładnie to samo obserwuję. Otwarcie może być spontaniczne, ale zamknięcie wymaga formy - choćby minimalnej. I to chyba dlatego, że zamknięcie jest komunikatem dla systemu nerwowego, a system nerwowy potrzebuje czegoś konkretnego, żeby zmienić tryb. Nie wystarczy samo postanowienie.
Dobra, to teraz mam bardziej konkretne pytanie. Skoro zamknięcie wymaga formy - to jak wy to robicie w praktyce, kiedy jesteście w terenie albo w sytuacji, gdzie nie ma żadnych warunków? Bo jedno to mówić 'mam minimum', a drugie to mieć coś na tyle elastycznego, żeby działało np. w tramwaju albo w tłumie.
I tu znowu wracamy do początku - zinternalizowana forma wygląda jak brak formy dla obserwatora z zewnątrz, ale dla osoby, która ją stosuje, jest tak samo konkretna jak rytuał z kadzidłem i świecami. Więc może pytanie z tytułu wątku - kiedy formalność się opłaca - powinno brzmieć: opłaca się zawsze, tylko nie zawsze wygląda tak samo.
Fela73 trafia w sedno, ale chcę to jednak trochę skomplikować. Bo pytanie z tytułu nie brzmi 'czy formalność istnieje w ogóle' - brzmi 'kiedy się opłaca'. I to 'kiedy' jest dla mnie kluczowe. Bo są sytuacje, w których zinternalizowana forma naprawdę wystarczy - i są takie, gdzie moim zdaniem jest za słaba. Szczególnie jeśli chodzi o intencję, która jest złożona, wielowarstwowa albo dotyczy czegoś, czego jeszcze dokładnie nie rozumiesz. Spontaniczność przy złożonej intencji to jak strzelanie bez celu.
Ale jak odróżnić złożoną intencję od tej, która jest na tyle prosta, żeby spontaniczność zadziałała? Bo mam wrażenie, że to nie jest zawsze oczywiste przed rozpoczęciem pracy, tylko czasem wychodzi w trakcie.
To jest bardzo dobre pytanie i chyba nikt tutaj jeszcze nie podjął go wprost. Mam swój sposób sprawdzania - zadaję sobie pytanie, czy potrafię tę intencję powiedzieć jednym zdaniem bez 'ale', 'chociaż' i 'z wyjątkiem'. Jeśli nie potrafię, to znaczy, że coś jeszcze się nie ułożyło i lepiej nie działać spontanicznie, bo nie wiem, w co celuję.
Słucham tej rozmowy i mam takie przeczucie, że część z nas mówi o przygotowaniu jako o planowaniu, a część mówi o przygotowaniu jako o byciu gotowym. To nie jest to samo. Można spędzić godzinę na układaniu ołtarza i nie być gotowym. I można być gotowym od razu bez nic. Może warto by najpierw ustalić, co rozumiemy przez 'przygotowanie'.
Dla mnie to trochę zbyt abstrakcyjne. Wciąż szukam jakiegoś konkretnego znaku, że coś wymaga rytuału, a nie spontanicznego działania. Czy ktoś ma jakiś swój sprawdzian, który stosuje zanim zacznie? Nie teorie, tylko praktyka.
Mam trochę inne podejście niż Halny77. Dla mnie sprawdzianem jest stan ciała przed działaniem. Jeśli jest napięcie, niecierpliwość, coś jakby pośpiech - to jest sygnał, żeby zwolnić i zrobić rytuał, nawet skrócony. Spontaniczność z napięcia wychodzi zupełnie inaczej niż spontaniczność ze spokoju.
Wracając do pytania Prokopa sprzed kilku postów - jak sprawdzić, czy nie oszukujesz siebie przy uproszczaniu intencji. Uczciwa odpowiedź jest taka, że często nie możesz tego sprawdzić przed działaniem. Ale możesz sprawdzić po. Jeśli działanie dało efekt inny niż chciałeś i ten efekt jest dokładnie tym, o czym wiesz, że myślałeś, ale nie chciałeś myśleć - to właśnie tam była prawdziwa intencja.
Jest jeden, ale wymaga chwili. Zanim zaczniesz, zatrzymaj się i zapytaj siebie, czego się boisz w tej pracy. Nie co chcesz osiągnąć, tylko czego się boisz. Jeśli pojawia się konkretna odpowiedź, to znaczy, że masz drugie dno w intencji i lepiej je przepracować przed rytuałem niż odkryć w trakcie.
Czytałam tę rozmowę od środka i chcę się wtrącić z czymś z zupełnie innej strony. Czy ktoś z was miał doświadczenie, gdzie miejsce samo narzucało formę? Tzn. przychodziłaś bez planu, a potem robiłaś coś, co nie było twoje, ale pasowało idealnie? Pytam, bo mi się to zdarzyło przy starych ruinach i nie wiem, jak to klasyfikować.
Jeśli kilka tygodni po tym nie miałaś nic nieoczekiwanego - sny, dziwne odczucia w tym samym miejscu przy kolejnej wizycie, cokolwiek - to pewnie wystarczyło. Zamknięcie nie musi być skomplikowane, żeby być skuteczne. Wystarczy, że jest wyraźne i świadome.
Dzidka81 porusza wątek, który jest wart osobnej rozmowy, ale tutaj powiązany z tytułem. Bo jeśli miejsce narzuca formę - to czy to jest spontaniczność czy coś innego? Technicznie nie przygotowałaś się, ale forma istniała, tylko nie była twoja. To trochę zmienia równanie między spontanicznością a rytuałem, bo jest trzecia opcja - forma przejęta.
Forma przejęta - to naprawdę dobra nazwa dla tego. I to jest chyba odpowiedź na pytanie z tytułu, której jeszcze nie było: formalność się opłaca, kiedy ty sam musisz ją wytworzyć. Kiedy forma jest już obecna w sytuacji, możesz się na nią zdać. Kiedy nie ma żadnej - wtedy właśnie potrzebujesz swojej, bo inaczej działasz w próżni.
Ale jak rozpoznasz, że forma pochodzi z sytuacji, a nie że ty ją tam projektujesz? To brzmi jak coś, co bardzo łatwo sobie wmówić.
To jest jedno z tych pytań, na które uczciwa odpowiedź brzmi: nie możesz tego sprawdzić z pełną pewnością. Możesz zmniejszyć ryzyko projekcji przez praktykę uważności przed działaniem, ale nigdy nie będziesz mieć stuprocentowej pewności. I chyba o to właśnie chodzi - ta niepewność jest wbudowana w spontaniczne działanie.
Halny77 ma rację, ale to jest też jego cena. Rytuał daje pewność co do formy, ale może zamknąć cię na coś, co w danym momencie byłoby lepsze. Piszę 'może', bo nie zawsze tak jest - dobre przygotowanie często zawiera miejsce na modyfikacje. Zależy jak jest zbudowany.
Mam pytanie do Ballena - kiedy budujesz rytuał z miejscem na modyfikacje, to jak wygląda ta granica? Co jest zmienne, a co nie? Bo to jest coś, z czym się zmagam - nie wiem, co można zmieniać w trakcie bez rozsypywania całości.
To trochę jak różnica między szkieletem a ciałem. Szkielet jest stały, daje kształt. Mięśnie i skóra mogą się ruszać, dostosowywać. Bez szkieletu nie ma kształtu, ale sam szkielet też nie działa.
A jeśli dopiero zaczynasz i nie masz jeszcze własnego szkieletu, to co? Tylko kopiowanie? Pytam serio, bo to jest moja sytuacja i nie wiem, jak się do tego odnieść.
A jeśli coś działa, ale nie wiesz dlaczego? Czy to w ogóle ma znaczenie?
