Ale jak ten dystans w ogóle uzyskać? Mam wrażenie, że wciąż słyszę 'musisz obserwować siebie', ale nie bardzo wiem, jak to robić, kiedy się jest w środku czegoś. To trochę jak powiedzieć komuś, żeby obserwował, czy śni, podczas snu.
Ja robię podobnie, tylko przy snach. Zapis zaraz po przebudzeniu, zanim zdążysz zracjonalizować. I faktycznie - po czasie widać rzeczy, których w danym momencie nie byłaś świadoma. Ciekawe, że ta metoda działa podobnie przy pracy rytualnej. Nigdy tak tego nie zestawiałam.
To znowu ta sama pętla co wcześniej - nie wiemy, co powoduje efekt, ale efekt jest. Przy rytuale formalnym przynajmniej masz kroki do opisania. Przy śnie nie masz nic poza obrazami. Jak w ogóle wyciągasz z tego jakieś wnioski operacyjne, Sennaria?
To co mówisz o powtarzalności - u mnie działa podobnie przy miejscach. Jedno dziwne odczucie w jakimś miejscu to może być cokolwiek. Ale jak wracam do tego samego miejsca w różnych okolicznościach i za każdym razem jest to samo, to już nie ignoruję. Nie wiem, czy to 'metoda', ale jakoś tak to u mnie funkcjonuje.
Powtarzalność jako kryterium wiarygodności - to rozumiem. Ale wracając do wątku Ballena o formie: czy powtarzalność rytuału nie jest właśnie tym, co forma próbuje zapewnić? Nie chodzi o to, że każdy krok jest magiczny, ale o to, żeby dało się powtórzyć warunki i sprawdzić, co się dzieje.
Mam pytanie do Wiciola i Ballena, bo obaj mówią o formie od strony funkcjonalnej, ale pominęliście coś, co mnie interesuje. Czy w tradycjach, które znacie, jest jakaś wskazówka, kiedy w ogóle sięgać po spontaniczność, a kiedy nie - czy to jest zostawione praktykującemu do oceny, czy jest jakaś reguła?
Mnie zawsze trochę drażniło to ujęcie, że spontaniczność jest 'nagrodą' za opanowanie formy. Jakby nie można było pracować intuicyjnie od początku i uczyć się z tego. Znam osoby, które zaczęły od czystej intuicji i po jakimś czasie same zaczęły szukać struktury, bo poczuły, że czegoś brakuje. To jest odwrotna droga, ale chyba nie gorsza.
To jest coś, o czym w ogóle nie myślałam. Że forma może być potrzebna, żeby skończyć, a nie zacząć. U mnie właśnie z tym jest problem - coś zaczynam, potem to po prostu... urywa się. Nie mam poczucia zamknięcia. Czy to jest coś, co formalny rytuał naprawia automatycznie, czy to też trzeba jakoś wypracować?
Czyli forma może być potrzebna z dwóch różnych powodów naraz - żeby wiedzieć, kiedy zaczynasz, i żeby wiedzieć, kiedy kończysz. A spontaniczność bez żadnej struktury może zostawiać otwarte ends po obu stronach. To przynajmniej rozumiem bardziej konkretnie niż wszystko, o czym rozmawialiśmy do tej pory.
To, co powiedział Prokop, brzmi prosto, ale jak się nad tym zastanowię, to właściwie opisuje coś dość fundamentalnego dla całej tej dyskusji. Spontaniczność bez granic po obu stronach to nie jest wolność - to jest po prostu brak kształtu. I tu chyba leży odpowiedź na pytanie Ballena z początku wątku, tylko że doszliśmy do niej okrężną drogą.
To ciekawe ujęcie, Fela. Tylko że praca w stanie przejściowym to nadal nie to samo co brak struktury - to jest świadomy wybór określonej jakości, nie przypadkowe dryfowanie. Wiesz, kiedy wchodzisz w ten stan i dlaczego. Spontaniczność, o której rozmawiamy, ma sens wtedy, kiedy jest intencjonalna, a nie wtedy, kiedy po prostu nic nie przygotowałeś.
Ale czekaj - intencjonalna spontaniczność to nie jest sprzeczność? Jakbyś powiedział 'planowaną improwizację'. Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale to zdanie mnie zatrzymało.
Ten fragment Crowleya jest cytowany na każdym kroku i za każdym razem bez kontekstu. On pisał to w odniesieniu do very specific praktyki - do identyfikacji z HGA, nie do magii w ogóle. Nie mówię, że analogia jest zła, ale trochę mnie to drażni, kiedy się to uogólnia na 'no to znaczy że jak długo ćwiczysz, to możesz robić co chcesz'. Czy w tych materiałach jest cokolwiek, co mówi o tym, jak rozpoznać, że ten próg zostaje przekroczony?
To trochę mnie przygnębia, szczerze. Czyli uczysz się latami, a i tak nie wiesz, czy jesteś tam, gdzie powinieneś być? Nie chodzi mi o szybkie efekty, tylko o to, że kompletnie brakuje mi jakiegokolwiek punktu odniesienia w tym, co robię.
Mam wrażenie, że ta rozmowa trochę rozjechała się w stronę 'jak ocenić własny postęp', a nie 'kiedy forma jest potrzebna, a kiedy nie'. Nie mówię, że to nieważne, ale może wróćmy do konkretnego pytania? Bo mnie ciekawi coś innego - czy ktoś z was miał doświadczenie, że formalny rytuał kompletnie nie zadziałał, a coś spontanicznego dało wyraźniejszy efekt? Albo odwrotnie?
Ja miałam jedno i drugie. Raz robiłam coś bardzo spontanicznie w miejscu, które od dawna czuję jako aktywne - właściwie to był impuls, zatrzymałam się, kilka słów, nic więcej. I to zostało w pamięci mocniej niż niejeden przygotowany rytuał. Ale zupełnie nie wiem, czemu. Może to było miejsce, może moment, może ja sama byłam wtedy w jakimś innym stanie.
Mnie to skojarzenie z miejscem jest bliskie, ale od innej strony. Przy snach mam tak, że pewne miejsca w snach wracają i zawsze coś się tam dzieje. Nie mam na to formy ani protokołu - po prostu je rozpoznaję i wiem, że to ważne. Nie wiem, czy to się przekłada na rytuały, ale może spontaniczność czasem wynika z tego, że coś wewnętrznie już wiedziało, zanim ty zdążyłaś zaplanować?
Dokładnie to chciałam powiedzieć. Jest różnica między spontanicznością z braku przygotowania a spontanicznością jako odpowiedzią na coś, co już w tobie pracuje. Ta druga nie jest przypadkowa - ona ma swój korzeń, tylko nie jest zewnętrznie zorganizowana. I myślę, że wiele osób myli te dwie rzeczy.
Ten opis napięcia jest ciekawy, bo pojawia się w zupełnie innych kontekstach - na przykład w niektórych opisach praktyki zen mówi się o 'mushin', stanie bez umysłu, który jest między innymi charakteryzowany właśnie przez brak tego rodzaju wewnętrznego komentarza. Ale to wymaga lat pracy, żeby do tego dojść, i nikt rozsądny nie powie, że można to pominąć. Wiciol - czy w tradycji zachodniej jest coś analogicznego do tego stanu, coś, co jest opisane jako cel, a nie tylko efekt uboczny?
Wróćmy na chwilę do tego, co powiedział Wiciol o vacuity - bo to jest właśnie punkt, w którym myślę, że sprawa robi się naprawdę interesująca. Pusta świadomość jako warunek pracy to nie to samo co brak przygotowania. To jest cel przygotowania, nie jego nieobecność. Rytuał może być formą dojścia do tego stanu, a nie przeszkodą w nim. Spontaniczność, którą opisywała Energetyczka - ten brak nerwowości, brak komentarza wewnętrznego - to brzmi właśnie jak vacuity osiągnięta bez formy. Ale pytanie, które mnie trapi: czy można do tego dojść minując etap formy, czy forma jest zawsze gdzieś w tle, tylko zinternalizowana?
Myślę, że to zależy od tradycji i od osoby. W niektórych podejściach - na przykład w pewnych nurtach chaos magick - mówi się wprost, że forma jest rusztowaniem, które usuwa się, kiedy jest niepotrzebne. Ale żeby usunąć rusztowanie, musisz wcześniej wiedzieć, że istniało. Ktoś, kto nigdy nie pracował z żadną formą, a działa 'spontanicznie', może osiągać coś autentycznego - albo może po prostu nic nie osiągać i nie mieć sposobu, żeby to zweryfikować. To nie jest zarzut, to jest problem epistemiczny.
I tu jest chyba sedno tego, co kręci się w tej rozmowie od dłuższego czasu. Forma zewnętrzna jako droga do stanu wewnętrznego - to jest w zasadzie opis większości rytualistyki, niezależnie od tradycji. Różnica jest w tym, czy zakładasz, że forma działa sama przez się, czy tylko jako środek do wewnętrznej zmiany. Drugie podejście jest o wiele starsze i o wiele mniej popularne w dyskusjach internetowych.
Wracając do pytania Dzidki o doświadczenia - miałam kilka razy sytuacje, gdzie forma była zachowana niemal mechanicznie, bo nie byłam w dobrym stanie, a coś i tak się wydarzyło. Ale nigdy nie wiem, co 'się wydarzyło' znaczy w praktyce. Czy to efekt rytuału, czy coś, co i tak by nastąpiło, czy coś zupełnie niezwiązanego. Może to jest fundamentalny problem z oceną własnych doświadczeń w tym obszarze.
Słyszę się 🙂 Z tej perspektywy - sen jako odpowiedź na intencję rytuału to jest coś, co zdarza mi się stosunkowo często i co prowadzę w notatkach. Ale obserwuję to też przy zupełnie niezaplanowanych momentach - kiedy coś we mnie pracuje bez żadnej formy zewnętrznej i tej samej nocy pojawia się obraz, który jest wyraźną kontynuacją. Nie wiem, czy to dowód na cokolwiek, ale wzorzec jest powtarzalny na tyle, żebym przestała to traktować jako zbieżność.
To jest teza, z którą w pewnym sensie się zgadzam, ale mam co do niej jedno zastrzeżenie. Forma nie tylko podtrzymuje intencję - ona też ją precyzuje. Kiedy wchodzisz w rytuał z luźnym 'chcę żeby było lepiej', forma zmusza cię do sprecyzowania: co, jak, w jakim kierunku. Spontaniczna praca może być bardzo czysta energetycznie, ale rozmyta jeśli chodzi o cel. I to rozmycie może być powodem, dla którego efekty są trudne do przypisania lub niejasne.
To znaczy, że jeśli ktoś działa spontanicznie, ale ma bardzo konkretną, jasną intencję, to forma zewnętrzna jest już mniej potrzebna? Czy wciąż coś wnosi nawet wtedy?
A czy ktoś próbował to porównywać - tę samą intencję raz z formą, raz bez? Serio pytam, bo to brzmi jak coś, co dałoby się sprawdzić na własnym przykładzie, przynajmniej w jakimś przybliżeniu.
