Próbowałam czegoś podobnego, nie systemowo, ale przez jakiś czas zapisywałam, kiedy działałam z formą a kiedy bez i co potem obserwowałam. Trudność jest taka, jaką opisał Halny - za każdym razem coś jest inne. Ale jeden wzorzec mi wyszedł: przy pracy z formą rzadziej miewałam poczucie, że 'nic się nie dzieje', nawet jeśli efekty zewnętrzne były podobne. Nie wiem, co z tym zrobić, ale wydaje mi się, że to ma znaczenie.
I chyba na tym polega różnica między 'kiedy forma jest opłacalna' a 'kiedy jest niezbędna'. Opłacalna - prawie zawsze, bo ten marker psychologiczny ma realną wartość. Niezbędna - może nie zawsze, jeśli stan wewnętrzny jest wystarczająco silny i precyzyjny. To chyba jest odpowiedź na pytanie Ballena z początku wątku, przynajmniej robocza.
To jest właśnie ta pułapka - oceniasz stan wewnętrzny tym samym aparatem, który jest częścią tego stanu. Dlatego forma zewnętrzna ma wartość diagnostyczną, nie tylko operacyjną. Kiedy przychodzisz do rytuału i coś cię blokuje albo coś nie chce się ułożyć, to jest informacja. Bez formy tej informacji nie masz, bo wszystko dzieje się płynnie w głowie i trudno cokolwiek uchwycić.
Mam podobne obserwacje z pracy z kartami - moment, kiedy coś nie chce wyjść, kiedy ręka zatrzymuje się na tasowaniu albo intencja rozmywa się przy formułowaniu pytania, to jest sygnał, który trudno byłoby wychwycić bez tej zewnętrznej struktury. Ale zastanawiam się, czy to jest specyfika formy rytualnej, czy po prostu każda ustrukturyzowana praktyka robi to samo?
Widzę to u siebie w pracy ze snami - kiedy robię jakikolwiek prosty gest przed snem, nawet bardzo minimalny, sen jest inaczej zabarwiony niż kiedy po prostu idę spać z intencją. Nie wiem, czy to forma działa, czy to moje oczekiwanie wobec formy. Ale ta różnica istnieje i jest dosyć stała w moich notatkach. Nigdy nie pomyślałam o tym w kategoriach wielokanałowości, którą opisała Kabalistka, ale to coś wyjaśnia.
