Chciałabym wrócić do wątku przestrzeni, bo myślę, że jeszcze go nie domknęłyśmy. Mamy ustalony jakiś konsensus w kwestii stanu skupienia, ale nie rozmawiałyśmy o tym, co z rytuałami, które wymagają konkretnego miejsca. Jak ktoś ma ołtarz albo wyznaczone miejsce do pracy, a choroba przykuwa go do łóżka, to co wtedy?
To jest bardzo praktyczne pytanie i nie ma jednej odpowiedzi. Znam osoby, które noszą symboliczny element ze swojego ołtarza, jak kamień albo jedną świeczkę, do miejsca gdzie leżą. I pracują z tym elementem jakby był reprezentacją całości. Nie wiem, czy to jest dla każdego, bo wymaga zaufania, że część zastępuje całość. Ale w praktykach, gdzie ołtarz jest więcej niż estetycznym dodatkiem, taka przenośna wersja ma sens.
Tu sie z Pogodnicą zgadzam. Sam kiedyś miałem przez kilka tygodni sytuacje że nie mogłem wstać z lóżka i jedyne co miałem przy sobie to był jeden kamień i notes. I robiłem takie minimum, zapisywałem intencje zamiast wypowiadać, bo mówienie było za dużym wysiłkiem. Nie wiem czy to byłao magia czy nie, ale coś tam dzialało, bo stan rzeczy potem sie zmienił w kierunku który chciałem. Mogło być zbieżność, nie twierdzę że na pewno.
To co mówi Oskar o zapisywaniu jest warte rozwinięcia, bo w wielu tradycjach pisanie intencji to nie jest uproszczona wersja pracy, tylko pełnoprawna forma. Grimoiry, zapisy zaklęć, papier z intencją palony albo zakopywany, to nie jest substytut. Przy chorobie zatem pisanie nie musi być kompromisem, może być po prostu innym sposobem działania.
Wracając do tego co napisała Paradoxa, ten element kontroli przy pisaniu jest ważny, ale ja mam jedno zastrzeżenie. Przy pisaniu możesz wrócić i sprawdzić zdanie, ale samo pisanie też bywa niespójne gdy jesteś chora. Pisałam kiedyś dziennik podczas ciężkiego przeziębienia i jak później czytałam, to nie wszystkie fragmenty były takie, jak myślałam że je napisałam. Zdanie wyglądało skończone, ale sens był urwany w połowie myśli. Więc pytanie, czy sam fakt zapisu wystarczy, czy jednak musisz mieć jeszcze tę chwilę refleksji po, żeby to zamknąć?
To jest spostrzeżenie, które zmienia trochę perspektywę tej dyskusji. Bo jeśli zapis sam w sobie nie gwarantuje spójności, to wracamy do tego samego miejsca co z myślą, czyli potrzebna jest jakaś forma weryfikacji. Pytanie, co miałoby tę weryfikację stanowić. Ponowne czytanie na głos? Podpisanie? Jakaś forma zamknięcia zapisu?
a czy w takim razie jak ktoś jest chory i śpi dużo, to sny w czasie choroby też mogą być częścią jakiejś pracy? bo ja ostatnio jak leżałam z gorączką to miałam bardzo dziwne sny, bardziej wyraźne niż normalnie i pamiętałam je po przebudzeniu
To co paulinka opisuje z tymi snami, to jakby osobna ścieżka pracy podczas choroby, nie rytuał, nie zapis, tylko to co przychodzi samo. Zastanawiam się, czy nie warto byłoby do tego wrócić. Pytanie jest też takie, czy notowanie takich snów bezpośrednio po przebudzeniu, jeszcze w stanie choroby, ma sens jako praktyka, skoro wiemy, że percepcja jest wtedy zmieniona.
Wracając do kwestii przestrzeni, bo myślę że trochę odpłynęliśmy. Rozmawiamy o snach i zapisach, ale pierwotne pytanie Dziedzilii było o rytuały wymagające konkretnego miejsca. Ja byłem w sytuacji, że mój ołtarz był w zupełnie innym pokoju niż łóżko i fizycznie nie mogłem do niego podejść. I wtedy właśnie ten jeden kamień, który opisywałem wcześniej, stał się takim łącznikiem. Ale zastanawiam się, czy to działa tylko dla mnie bo mam z tym kamieniem historię, czy dla kogoś kto nie ma takiego przedmiotu byłoby to bez sensu.
To co Oskar opisuje z noszeniem przedmiotu na co dzień, to jest właściwie argument przeciwko bardzo silnemu przywiązaniu przestrzeni do miejsca. Jeśli praca może podążać za praktykującym, to może choroba nie jest takim przerwaniem rytmu jak myślimy, tylko po prostu zmianą kontekstu. Nie mam na to gotowej odpowiedzi, ale to zmienia trochę to, jak patrzę na pytanie Dziedzilii z początku wątku.
Ta różnica między obecnością a działaniem jest w tej rozmowie kluczowa i myślę, że nieprzypadkowo wróciła. W starszych praktykach słowiańskich był taki koncept, że choroba to czas kiedy człowiek był w świecie, ale nie do końca. Taka zawieszenie. I zadaniem otoczenia, nie chorego, było dbanie o przestrzeń. Chory był chroniony, nie praktykujący. To zupełnie inne podejście niż pytanie, czy chory może pracować.
To jest ciekawe, bo jeśli w tamtym modelu choroba była z założenia czasem wycofania, to pytanie o 'pracę podczas choroby' nie miałoby sensu. A jednak coś tam się działo, tylko inaczej rozłożone. Otoczenie pracowało za chorego, nie odwrotnie. Mam pytanie do Perun80, bo zna to lepiej ode mnie, czy to wycofanie chorego było opisywane gdzieś konkretniej? Czy to jest moja własna interpretacja tego co powiedział?
To co mówi Perun80 uderzyło mnie w tym kontekście. Dziś jesteśmy sami ze swoją praktyką, nie ma kogoś kto by za nas tę robotę wziął. Więc albo choroba naprawdę przerywa, albo musimy znaleźć coś co odpowiada tamtemu 'bytaniu w przejściu' bez aktywnej pracy. Paradoxa wcześniej rozróżniała obecność od działania, i może właśnie to jest ta zastępcza forma.
Ja to rozumiem tak, że nie chodzi o to żeby legitymizować lenistwo przez ezoterykę, tylko o to że choroba naprawdę zmienia jak siedzisz w swoim ciele i co czujesz. To nie jest neutralny stan. Czy to 'przejście' w metafizycznym sensie czy nie, to jest stan fizycznie zmieniony i pytanie jest czy ta zmiana ma znaczenie dla praktyki. Dla mnie ma, bo inaczej siedzę z kamieniem kiedy mi jest źle niż kiedy jest mi dobrze.
a ja wróciłam do tego wątku bo cały czas myślę o tych swoich snach. napisałam je po przebudzeniu, tak jak Dziedzilia mówiła. i teraz czytam to co napisałam i faktycznie to jest inne niż moje normalne zapiski. bardziej chaotyczne ale też jakby... nie wiem jak to ująć. jakby mniej filtrowane?
Wracam do pytania które zostawiliśmy trochę z boku. Czy miniaturowy rytuał to nadal rytuał, czy to już tylko gest? Bo rozmawiamy o obecności, o snach, o przedmiotach przy sobie, ale właściwie nie rozstrzygnęliśmy kwestii która była w tytule. Co robić kiedy jesteś w łóżku, masz ograniczoną przestrzeń i siłę, i chcesz coś zrobić, nie tylko być?
Właśnie to skupienie jest dla mnie problemem podczas choroby. Nie tyle przestrzeń, bo racja, można zredukować do minimum. Ale kiedy mam gorączkę albo jestem po prostu bardzo słaba, to zdanie które mam powiedzieć rozsypuje się w połowie. Zaczynam i gdzieś w trakcie odchodzę myślami. Nie wiem czy to jest gorsze niż nierobienie niczego.
To jest właśnie jeden z powodów, dla których część tradycji wprost mówi, żeby w takim stanie nie zaczynać. Nie dlatego, że to 'niebezpieczne' w sensie dramatycznym, ale dlatego, że niedokończone intencje mają inne właściwości niż dokończone. Nie chodzi o to, że coś złego się stanie, tylko o to, że budujesz nawyk niekończenia. To wraca.
To co Jarek mówi o niedokończonych intencjach ma zresztą swoje odpowiedniki w tym co wiemy o słowiańskim podejściu do zaklęć i mówień. Zaklęcie przerwane w połowie nie było neutralne, miało swój osobny status. Ale to był też kontekst, gdzie słowo miało bardzo konkretną wagę rytualną. Nie wiem, czy ta analogia w pełni przekłada się na współczesne praktyki, które często mają inną filozofię języka.
To jest pytanie które mam do Kunia. Mówiłaś o strukturze jako kryterium, otwarcie, intencja, zamknięcie. Ale co z rytuałami, które nie mają tak wyraźnej struktury, albo gdzie ta struktura jest bardziej płynna? Czy choroba to kontekst gdzie ta trójdzielna struktura jest bardziej krytyczna niż normalnie, właśnie dlatego o czym mówi Jarek?
Ta rozmowa zaczęła od Dziedzilii i pytania o pracę podczas choroby, a doszliśmy do czegoś, co chyba jest bardziej ogólne. Że choroba jako stan wymaga innego rodzaju dyscypliny niż zdrowie, i że pytanie czy 'można pracować' jest może mniej istotne niż pytanie 'co z tej pracy wyjdzie'. Nie wiem, czy to jest konkluzja, bo nie chcę zamykać rozmowy, ale wydaje mi się że to jest sedno.
To co Boruta podsumował brzmi prawdziwie, ale zostaje mi jedno pytanie, które kręci mi się w głowie od początku tej rozmowy. Mówimy o dyscyplinie, o strukturze, o obecności. Ale czy ktoś miał moment, gdzie choroba dosłownie wymusiła zmianę tego jak pracuje i ta zmiana okazała się czymś, czego by sam z siebie nie wprowadził? Bo ja mam takie podejrzenie, że moje gorączkowe polegiwanie i te półprzytomne stany coś mi pokazały o tym jak pracuję na co dzień. Nie wiem jeszcze co dokładnie.
To jest chyba pytanie, które powinno być w centrum tej rozmowy od początku. Czy choroba ujawnia coś o twojej praktyce, czy po prostu ją przerywa. I mam wrażenie, że większość z nas odpowiada na to pytanie inaczej, bo nasze praktyki są różne.
Miałem dokładnie taki moment. Kilka lat temu, dość długa infekcja, i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że przez ten cały czas robiłem pewien gest, który robiłem od lat automatycznie przy każdym zaśnięciu. Nie myśląc o nim, po prostu gest. I dopiero kiedy byłem za słaby żeby go zrobić i go pominąłem, zauważyłem że go w ogóle robię. To był moment, gdzie coś co stało się nawykiem okazało się mieć swoją wagę, właśnie przez nieobecność.
Dziedzilia, to co mówisz o podejrzeniu, że choroba coś pokazała, jest bliskie temu co obserwuję kiedy ktoś opowiada mi o swoich stanach podczas choroby. Często jest taka informacja dostępna, ale nie zawsze ją widać w trakcie, widać dopiero po. Pytanie, które mam do ciebie, to czy ten moment gdzie byłaś za słaba żeby zdanie dokończyć, to był moment przed konkretnym rytuałem, czy w trakcie codziennej pracy, czy może coś innego?
To zamknięte drzwi to jest ciekawy obraz. Bo drzwi można potraktować jako sygnał, że nie teraz, albo jako zaproszenie do zastanowienia się dlaczego są zamknięte. Mam wrażenie, że większość z nas, przynajmniej na początku, reaguje na ten sygnał frustracją, a dopiero po czasie zaczyna go czytać inaczej.
ja mam do Dziedzilii pytanie. mówiłaś wcześniej żeby zapisywać sny, zrobiłam to i teraz czytam swoje zapiski i czuję że jest tam coś konkretnego. ale co z tym robić dalej? czy to jest praca którą można zrobić podczas choroby, czytanie i analizowanie, czy to też wymaga jakiegoś stanu?
