Ostatnio mocno zwaliło mnie z nóg, coś wirusowego, tydzień w łóżku z gorączką. I zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle sensowne jest wtedy cokolwiek robić. Nie mówię o wielkich rytuałach, ale nawet o zwykłej pracy z intencją, z oddechem, z jakimkolwiek skupieniem. Ciało totalnie odmawia współpracy, głowa jak z waty, a z drugiej strony czuć jakiś wewnętrzny przymus, żeby nie przerywać. Czy wy w ogóle pracujecie podczas choroby? Czy raczej odpuszczacie do momentu, aż organizm wróci do siebie?
To jest dobre pytanie, bo dużo osób zakłada, że choroba to automatyczna przerwa i koniec tematu. Ja mam inne podejście, ale nie w sensie 'wal rytuały na siłę'. Chodzi raczej o to, że kiedy ciało jest osłabione, energia psychiczna często jest wtedy gdzieś indziej, jakby bardziej odsłonięta. Niektóre tradycje wręcz traktowały stany gorączkowe jako momenty wzmożonej percepcji. To nie znaczy, że masz wstawać o północy i palić świece, ale całkowite odcinanie się też nie zawsze ma sens. Pytanie raczej co konkretnie próbowałaś robić i przy jakim nasileniu objawów.
Dziedzilia, a jak to wyglądało u ciebie praktycznie? Bo 'czuć przymus, żeby nie przerywać' to brzmi trochę jak nawyk, który trudno wyłączyć, a nie jak realna potrzeba energetyczna. Sama miałam podobnie i doszłam do wniosku, że ten przymus to bardziej lęk przed przerwą niż faktyczna potrzeba praktyki. Nie zawsze jedno i drugie. Co konkretnie próbowałaś robić będąc chorą?
Z mojego doświadczenia: choroba to jeden z najgorszych momentów na jakąkolwiek intencjonalną pracę energetyczną. I mówię to zupełnie serio, bez owijania w bawełnę. Ciało skupia wszystkie zasoby na regeneracji i próba przekierowania czegokolwiek na praktykę magiczną jest jak grzanie dwóch pieców jedną garścią węgla. Jeden z nich będzie kiepsko działał. Zazwyczaj ten magiczny. Widziałem dużo rozczarowań u ludzi, którzy nie odpuszczali i potem mówili, że 'coś przestało działać'. No bo nie ma czym działać.
Zgadzam się z Barnim, ale z zastrzeżeniem. Nie wszystko wymaga tyle energii. Mam na myśli że jak ktoś leży chory i chce mieć przy sobie jakiś kamień czy amulet, który normalnie używa, to nie widzę problemu. To nie jest aktywna praca, to jest pasywna obecność. Kamień leży, człowiek leży, nikomu nie przeszkadza. Ale siadać do skomplikowanego rytuału z wizualizacją, intencją, skupieniem, to inna bajka.
A co z sytuacją, kiedy choroba jest długotrwała? Bo to jedno to tydzień grypy, a co z kimś, kto jest chory przewlekle albo przez kilka tygodni? Czy wtedy całkowita przerwa oznacza, że ta osoba po prostu wypada z praktyki na dobre? Coś tu nie gra.
Przewlekła choroba to zupełnie inne zagadnienie. Wtedy trzeba przebudować praktykę pod możliwości, nie czekać aż ciało wróci do dawnego stanu, bo może nie wróci. Znam osoby, które pracują z łóżka, w pełni świadomie, skróconymi formami. Nie chodzi o obcięcie praktyki do minimum ze smutkiem, ale o realne dostosowanie. Jeden oddech z intencją jest pełnoprawną praktyką, jeśli za nim stoi skupienie.
Zazwyczaj zostaje intencja i oddech. Reszta to oprawa. Jeśli jesteś zbyt słaba na to żeby siedzieć, intencja wyartykułowana w myśli zanim zaśniesz to nie jest mniej wartościowa niż ta sama intencja wypowiedziana przy pełnym ołtarzu. Oprawa pomaga w skupieniu, ale skupienie może być bez oprawy. Trudniej, ale możliwe.
ja mam pytanie bo może trochę nie na temat ale jednak, jak długo choroba musi trwać żeby w ogóle sens miało robić cokolwiek? bo ja jak mam zwykłe przeziębienie to mi w głowie nie ma żeby przerywać, tydzień to już inna sprawa ale jeden dzień złego samopoczucia to chyba nie powód?
Słuchajcie, ja bym do tego dołożyła jeszcze kwestię czakry splotu słonecznego, bo przy chorobie, szczególnie przy gorączce albo osłabieniu trawienia, ona jest często wyraźnie zaburzona. Próba prowadzenia rytuału kiedy ta czakra jest mocno zdestabilizowana to trochę jak próba gotowania na rozchwianej kuchni. Sama technicznie możesz coś ugotować, ale efekty są nieprzewidywalne. Miałam przypadki, gdzie ktoś nie odpuścił podczas choroby i potem potrzebował kilku tygodni żeby wyrównać to co zrobił na siłę.
Z perspektywy słowiańskich praktyk, choroba historycznie była stanem kiedy człowiek był traktowany jako przejściowo 'otwarty', czyli podatny zarówno na wpływy pomocne jak i na te złe. Stąd zresztą tyle dawnych zakazów wobec chorych, np. nie odwiedzać pewnych miejsc, nie brać udziału w obrzędach, bo chory mógł zakłócić energię zbiorową albo sam wziąć na siebie coś, czego nie powinien. To nie był strach przed zarażeniem w sensie medycznym, tylko przed tym właśnie brakiem naturalnych granic.
Dziedzilia, zakazy dotyczyły głównie aktywności rytualnej na zewnątrz, wychodzenia na rozstaje, kontaktu z wodą źródlaną czy ogniem obrzędowym. Codzienne ochronne gesty, zawiązanie nitki, trzymanie ziela pod poduszką, coś co dziś nazwalibyśmy pasywną magią ochronną, nie były zakazane. Ale to też nie były rytuały wymagające skupienia. To była bardziej higiena energetyczna wpisana w codzienność.
To co mówi Perun80 jest bardzo zbieżne z tym, jak ja na to patrzę, tylko bez historycznego oparcia. Choroba to czas kiedy system nerwowy jest już przeciążony. Dodawanie do tego czegokolwiek co wymaga skupienia to nie jest praca magiczna, to jest wymuszanie od ciała czegoś, czego nie ma. Intencja wyartykułowana w myśli przed snem to zupełnie inna skala obciążenia niż siedzenie przy ołtarzu przez godzinę.
Mnie to pytanie Karrota trochę kręci w kółko, bo on ma rację, że to brzmi jak kwestia koncentracji, ale z drugiej strony choroba fizycznie obniża zdolność koncentracji. Więc to jednak wychodzi na to samo. Stan ciała przekłada się bezpośrednio na jakość skupienia.
a czy ktoś próbował robić coś bardzo krótkiego jak naprawdę miał słaby dzień? np nie pełny rytuał tylko dosłownie jedna świeczka i jedna myśl? pytam bo sama nie wiem czy to ma jakikolwiek sens w takiej formie
No i tu bym się sprzeczał z Otylką. Bo jeśli robimy coś 'żeby utrzymać kontakt z praktyką', to jest to dla mnie bardziej rytuał psychologiczny niż magiczny. Co samo w sobie nie jest złe, ale nie udawajmy, że to jest równoważne z pełną pracą. To jak powiedzieć, że machanie ręką w kierunku siłowni to trening.
Barni ma rację w tym sensie, że rozgraniczenie jest ważne, ale też nie każda praktyka musi mieć 'efekty magiczne' jako jedyny cel. W pracy z runami na przykład jest sporo elementów kontemplacyjnych, które są wartościowe nawet bez żadnego kierowania energią. Leżenie z runą w dłoni i obserwowanie, co przychodzi do głowy to nie jest rytuał, ale nie jest też bezwartościowe.
Wracając do tego co mówił Jarek o minimalnej ciągłości, mam pytanie do wszystkich, jak długo ta ciągłość musi trwać, żeby cokolwiek z tego wyszło? Bo rozumiem intencję przed snem jako coś krótkiego, ale ile to realnie, sekunda skupienia? Trzy minuty? Pytam bo sama kiedy próbowałam czegokolwiek w złym stanie, gubiłam myśl dosłownie w połowie zdania.
Nie ma liczby sekund. Kryterium jest to, czy intencja jest kompletna, czyli czy zdążyłaś dotrzeć do jej końca bez urwania. Jedno krótkie zdanie w myśli, które faktycznie przemyślałaś od początku do końca, bez rozproszenia, to więcej niż długi rytuał z głową gdzie indziej.
I to jest chyba najbardziej praktyczna rzecz powiedziana w tym wątku. Kompletność, nie długość. Można to przenieść też poza chorobę, ale tutaj ma szczególne znaczenie, bo choroba skraca ten czas bardzo radykalnie.
To brzmi logicznie, ale mam wrażenie, że przy takim podejściu każdy może sobie powiedzieć, że 'zdążył' i tyle. Jak weryfikujesz, że intencja była kompletna a nie tylko tak ci się wydaje?
To się weryfikuje po czasie, nie w trakcie. Jeśli intencja była kompletna, to po kilku dniach albo tygodniach możesz ocenić, czy coś się ruszyło w kierunku, który określiłeś. Jeśli nie, to albo warunki nie były spełnione, albo cel był źle sformułowany. W trakcie samego działania nie masz pewności. To jest właśnie część pracy, umieć powiedzieć sobie 'nie wiem jeszcze' i nie szukać natychmiastowego potwierdzenia.
To co mówi Paradoxa o 'ciężarze' mnie trafia. Miałam to parę razy, kiedy wiedziałam, że coś się domknęło, i parę razy, kiedy zostałam z takim zawieszonym odczuciem. Pytanie Karrota jest jednak słuszne w jednym, bo kiedy jesteś naprawdę chora, to możesz nawet nie wiedzieć, że odpływasz. Gorączka to nie jest neutralny stan obserwatora.
Dokładnie o to mi chodziło kilka postów wcześniej. Przy gorączce mózg dosłownie pracuje inaczej, percepcja czasu się zmienia, można mieć poczucie pełnej przytomności przy jednoczesnej dezorientacji. Dlatego moje zdanie jest takie, że gorączka powyżej pewnego poziomu to twarda granica, nie umowna.
A co z innymi chorobami, nie z gorączką? Bo mam wrażenie, że całą rozmowę prowadzimy jakby choroba zawsze równała się gorączce. Miałem kiedyś kilka tygodni na antybiotykach bez gorączki, po prostu osłabiony, zmęczony, bez grypy jako takiej. I wtedy to była inna sytuacja zupełnie.
Ja bym rozszerzył to co Boruta poruszył, bo rzeczywiście choroba to szeroki termin. W podejściu słowiańskim rozróżniano choroby 'z zewnątrz', od zimna, od złego powietrza, od kontaktu, i 'z wewnątrz', czyli takie, które wychodziły z samego człowieka. Ta druga kategoria była traktowana zupełnie inaczej, bo w niej choroba mogła być elementem procesu, nie tylko przeszkodą. Nie twierdzę, że to gotowy przepis, ale to rozróżnienie jest ciekawe przy pytaniu o pracę magiczną.
to jest ciekawe co mówi Perun80 bo ja miałam kiedyś coś takiego, że chorowałam za każdym razem kiedy miałam zacząć coś nowego, pracy albo kursu. i zawsze byłam wtedy tak osłabiona że nic nie mogłam. czy to mogło być właśnie to 'z wewnątrz'?
