Wracając do tego co Dziedzilia opisała, te zamknięte drzwi i stanie przed nimi. Myślę że jest coś ważnego w tym, że choroba zmusiła ją do zatrzymania się przed wejściem. W normalnym stanie można wejść przez złe drzwi i nie zauważyć tego przez chwilę. Choroba po prostu zamyka wszystkie drzwi i zostawia cię z pytaniem, za którymi naprawdę chcesz wejść.
Ja to widzę trochę inaczej. Mam takie doświadczenie że jak byłem porządnie przeziębiony i zrobiłem coś prostego, zapalenie świeczki, nic więcej, to czułem sie potem inaczej niż gdybym nie zrobił nic. Nie przesadzam z interpretacją tego uczucia, ale też nie ignoruję. Może to było placebo, może nie, ale wyniki dla mnie były pozytywne. Jarek mówi o niebezpieczeństwie otwierania, ale co z działaniam zamykającymi albo ochronnymi? To jest chyba inny przypadek.
Ale czy nie ma tu sprzeczności? Jeśli jesteś za słaba żeby intencję utrzymać, tak jak Dziedzilia mówiła, to jak możesz skutecznie zrobić cokolwiek ochronnego? Moc rytuału ochronnego też wymaga skupienia, nie?
Kunia trafia w coś co rozumiem z własnego doświadczenia. Jak jestem zdrowa i pracuję regularnie, to mam pewne rzeczy które są tak osadzone, że mogę je zrobić bez pełnego skupienia i coś tam nadal jest. Ale jak próbuję robić coś nowego albo coś co wymaga budowania od zera, to choroba to rozkłada natychmiast. Więc może odpowiedź na tytuł tego wątku jest taka: podczas choroby możesz pracować tym co masz naprawdę swoje, a nie tym co dopiero budujesz.
To co Dziedzilia mówi o rzeczach osadzonych versus nowych, to jest właściwie sedno całej tej rozmowy. Bo kiedy ktoś pyta czy można pracować podczas choroby, to tak naprawdę pyta o dwie różne rzeczy naraz i nie zdaje sobie z tego sprawy.
Jest jeszcze jeden aspekt który pominęliśmy. Choroba ma swój własny rytm i czasem ten rytm dosłownie nie pasuje do żadnej pracy. Mam na myśli to, że gorączka na przykład, szczególnie wyższa, zmienia percepcję w sposób który może wyglądać jak otwarcie, ale jest po prostu zmianą biochemiczną. I można to pomylić.
Znam to zjawisko z opisów w różnych tradycjach. W kilku systemach szamańskich choroba, szczególnie z gorączką, była traktowana jako rodzaj próby i momentu przejścia, ale nie jako czas pracy. Jako czas przez który się przechodzi, nie czas w którym się coś robi. To rozróżnienie jest dość stare i myślę że nie bez powodu.
Otylka, chyba tak to widzę teraz, po czasie. W trakcie byłam sfrustrowana, bo miałam poczucie że coś mnie omija. Że codzienna praktyka się urywa i będę musiała zaczynać od nowa. Ale to się nie potwierdziło. Jak wróciłam, wróciłam w inne miejsce niż to w którym byłam przed, niekoniecznie gorsze.
Mam pytanie do Dziedzilii, bo to jest coś co chciałbym lepiej rozumieć. Jak wróciłaś 'w inne miejsce', to co konkretnie się zmieniło? Chodzi mi o praktykę, nie o samopoczucie ogólnie.
Czytam tę rozmowę od początku i zastanawiam się nad jedną rzeczą. Czy ktoś z was próbował podczas choroby czegoś bardzo prostego, na przykład tylko zapalenie kadzidła bez żadnej intencji, po prostu jako rytuał otoczenia? Ciekawi mnie czy to w ogóle jest praca czy bardziej nawyk.
Jedno co chcę dodać, bo nie padło: jest różnica między osłabieniem fizycznym a wyczerpaniem po dłuższej pracy magicznej. To drugie daje podobne objawy, podobne zamknięte drzwi, ale z innej przyczyny i potrzebuje innego podejścia. Przy zwykłej chorobie ciało walczy z czymś i odciąga zasoby. Przy przepracowaniu struktura jest po prostu pusta. To nie to samo i nie leczy się tak samo.
I jeszcze to, że przy wyczerpaniu po pracy często jest rozkojarzenie w sensie trudności z formułowaniem zdań, a nie taka senność jak przy grypie. To delikatna różnica, ale ją czuć jak się zna swoje stany.
To jest chyba trudne do odpowiedzenia ogólnie, bo każdy ma inny baseline. Ale pytam poważnie, czy naprawdę nie ma żadnego wskaźnika który nie wymaga znajomości własnych stanów? Bo to jest trochę takie odpowiedź 'naucz się siebie najpierw' i wiadomo że to prawda, ale co w momencie kiedy człowiek dopiero to robi?
Jeden wskaźnik który nie wymaga długiego stażu: sprawdź czy jesteś w stanie przeczytać ze zrozumieniem jeden akapit normalnego tekstu. Nie ezoterycznego, po prostu artykuł, opis, cokolwiek. Przy grypie masz problem z koncentracją ale to jest przerwana przez kaszel, ból głowy, dyskomfort fizyczny. Przy wyczerpaniu po pracy jest inne, bardziej takie... słowa są ale jakby nie chcą się złożyć w sens. Nie wiem czy to pomaga ale to jest różnica którą można sprawdzić bez odniesienia do historii.
Wracając do tego co zaczęła Perun80 wcześniej, to mnie zastanawia czy to rozróżnienie między chorobą a wyczerpaniem po pracy jest w ogóle tak ważne w kontekście tego co robimy, czy raczej nie. Bo oba stany mówią jedno: nie pracuj. Więc czy diagnostyka jest konieczna poza sytuacją kiedy chcesz wiedzieć skąd się to wzięło?
Słucham tej rozmowy o wyczerpaniu i zastanawiam się, czy ktoś z was miał kiedyś sytuację kiedy jedno weszło w drugie. Choroba fizyczna w trakcie intensywnego okresu pracy. Bo to chyba jest najtrudniejszy przypadek i nigdy nie słyszałam żeby ktoś to porządnie opisał.
Miałam coś takiego i powiem szczerze, że to był chaos. Nie wiedziałam co jest czym, ciało bolało, głowa nie działała, a do tego miałam poczucie że zostawiam coś w połowie. To co wyszło z tego jest dokładnie to co opisałam wcześniej, że po powrocie weszłam w inne miejsce. Ale w trakcie? Totalny mętlik. Nie byłam w stanie się zatrzymać i pozwolić żeby jedno i drugie po prostu trwało.
A czy coś konkretnego pomogło ci wtedy wyjść z tego mętliku? Czy to po prostu fizyczna poprawa zrobiła resztę?
Chyba głównie fizyczna. Był moment kiedy gorączka spadła i nagle miałam w głowie dużo więcej miejsca. Ale wcześniej, kiedy wszystko się nakładało, jedyną rzeczą która miała sens było to zaznaczanie o którym mówił Oskar. Nie praca, tylko zaznaczenie. Że jestem. Że coś jest ciągłe. To nie wymagało niczego poza chwilą uwagi.
to zaznaczenie brzmi dla mnie bardzo po ludzku, po prostu. że nie trzeba robić czegoś wielkiego żeby utrzymać kontakt. ja teraz mam takie okresy kiedy nic mi nie wychodzi bo się gorzej czuję i trochę mi ulżyło że można po prostu... być?
Mam takie pytanie do całej grupy bo to wyszło kilka razy w różnych kontekstach. Czy wy rozróżniacie między 'nie mogę pracować' a 'nie powinienem pracować'? Bo to są dwie różne rzeczy i mam wrażenie że ta rozmowa trochę je miesza.
Jest jeszcze jeden aspekt który mi przyszedł do głowy przy tej rozmowie o 'nie mogę' i 'nie powinienem'. Choroba bywa sytuacją kiedy po raz pierwszy naprawdę sprawdzasz co jest automatyczne w twojej praktyce, a co wymaga wysiłku. Bo to co odpada pierwsze, to jest to co nie zdążyło jeszcze wejść w nawyk. To jest brutalnie uczciwa informacja, nawet jeśli niezbyt przyjemna.
To co powiedział Jarek83 o audycie mnie nie przekonuje do końca, ale rozumiem skąd się bierze. Mam inne pytanie, które z tego wynika. Czy wy macie jakieś rzeczy w praktyce, które robicie nawet kiedy jesteście rozbici, nie dlatego że musicie, tylko dlatego że są tak wbudowane że po prostu wychodzą? Bez decyzji, bez myślenia czy powinienem czy nie.
Słucham tej rozmowy o automatyzmach i myślę sobie, że w starszych tradycjach właśnie o to chodziło w powtarzaniu pewnych rzeczy przez lata. Żeby stały się ciałem, nie ćwiczeniem. Choroba albo zmęczenie są wtedy testem w dokładnie tym sensie jaki opisuje Jarek83, tylko to nie jest test który ocenia, bardziej taki który pokazuje stan.
Ten wątek z automatyzmami mnie zastanawia pod kątem czakr, bo jest tam coś podobnego. Pewne blokady i przepływy w ciele zmieniają się podczas choroby, i to co normalnie jest otwarte może być zamknięte i odwrotnie. Więc jeśli twoja praktyka opiera się na pewnym stanie ciała, to zmiana tego stanu przez chorobę może dawać zupełnie inne efekty niż się spodziewasz. Nie złe, tylko inne.
Ja miałam coś co by pasowało do tego co opisuje Otylka. Kiedy byłam w tym najgorszym momencie, który wcześniej opisywałam, miałam jeden moment bardzo wyraźnego spokoju. Nie wiem jak inaczej to opisać. Nie pracowałam, nie robiłam nic, leżałam, ale coś wtedy było bardzo klarowne. Nie wiem czy to była praktyka, nie wiem czy to w ogóle ma znaczenie jak to nazwiemy.
