Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że temat języka zaklęć jest trochę zamiatany pod dywan, bo wszyscy z góry zakładają, że łacina albo hebrajski są "właściwe", a polski to jakiś gorszy zamiennik dla leniwych. Zaczęłam od łaciny, bo tak trafiłam na pierwsze teksty, ale po pewnym czasie przestałam rozumieć, co właściwie robię - recytowałam coś, co brzmiało ładnie, ale nie miałam z tym żadnego kontaktu. Zmieniłam podejście na polski i coś się wyraźnie przesunęło. Nie twierdzę, że to dla każdego zadziała tak samo, ale zastanawiam się, skąd w ogóle wzięło się to przekonanie, że obcy język ma jakieś przewagi. Czy ktoś świadomie pracuje w kilku językach i czuje różnicę?
To jest stary spór i, szczerze, nie ma jednej odpowiedzi. Łacina i hebrajski mają za sobą setki lat konkretnej tradycji - przy łacinie masz całą zachodnią magię ceremonialną, Grimorium Verum, klucze Salomona w łacińskich przekładach, przy hebrajskim całą Kabałę i imiona boskie, które przez wieki były traktowane jako same w sobie aktywne, nie tylko symbolicznie. Ale - i to jest istotne - ta "aktywność" zakładała, że adept rozumie strukturę, nie tylko wymawia dźwięki. Więc argument, że obcy język jest mocniejszy, bo ma historię, traci sens jeśli ktoś nie zna tej historii.
Przy runach mam podobny problem, bo staro-nordyjski albo proto-germański brzmią "autentycznie", ale jeśli ktoś literalnie nie rozumie, co wymawia, to nie robi zaklęcia, tylko recytację. Galdr, czyli śpiewne zaklęcia runiczne, działały, bo adept znał znaczenie każdego dźwięku i prowadził intencję przez każdą sylabę. Pytanie do Hania_W: czy kiedy przeszłaś na polski, to chodziło tylko o rozumienie słów, czy też sam rytm języka był inny?
Hebrajski to osobna kategoria, bo tam chodzi nie tylko o znaczenie słów, ale o wartości liczbowe liter i ich powiązania. Gematria, notarikon, temurah - to systemy, gdzie samo słowo jest nośnikiem struktury, której nie możesz przenieść na inny język bez utraty tej struktury. Pytanie jest więc inne: czy chcesz korzystać z gotowego systemu kabalistycznego, czy budować coś własnego? Bo jeśli używasz hebrajskiego wyrwanego z kontekstu kabalistycznego, to masz tyle samo sensu co łacina recytowana fonetycznie.
Mam w notatkach porównanie kilku własnych prac robionych w różnych językach, bo przez jakiś czas testowałam to celowo. Moje odczucia były dość konsekwentne - przy łacinie bardziej ceremonialna atmosfera, jakbym "wchodziła w rolę", przy polskim większa bezpośredniość, mniejszy dystans do tego, co robię. Ale nie wiem, ile z tego to realny efekt, a ile po prostu różnica w tym, jak podchodzę do rytuału psychicznie. Celestyna.ka, czy patrząc na to od strony astrologicznej - czy są jakieś wskazania, które język może być dla kogoś "naturalniejszy"?
Wchodzę w to, bo przy runach też to przerabiałam. Zaczęłam od angielskich formuł, bo większość materiałów jest po angielsku, potem próbowałam staroniemieckiego, a teraz pracuję po polsku i trochę po norwesku przy konkretnych runach, których nazwy mają dla mnie znaczenie w oryginale - Uruz, Thurisaz, Algiz. Nie tłumaczę ich na polski, bo polskie odpowiedniki brzmią dla mnie pusto. Ale frazy łączące - po polsku. Czy ktoś tu robi coś podobnego, taki miks?
Mam pytanie, bo jestem trochę zagubiony. Czy w ogóle mówicie o zaklęciach rozumianych jako wypowiadane słowa, czy też o całych formułach w pismach - bo to chyba inna sprawa. Przy tarocie mam karty z napisami po angielsku i łacinie, i nie wymawiam ich podczas czytania. Ale jeśli ktoś robi np. rytuał ze świecą i mówi coś na głos - tu rozumiem, że język jest ważny. Przy zapisanych formularzach, talizmanach - tam też chodzi o to samo?
Dodam do tego wątek, który mi się tu nasuwa. W tradycji sufickiej i w pewnych nurtach hinduskich uważano, że niektóre dźwięki - np. w mantach sanskrytu - mają działanie niezależne od tego, czy je rozumiesz. To tzw. bija mantry, nasienne dźwięki. Ale tam ta koncepcja była osadzona w bardzo konkretnej teorii fonologii i kosmologii. Problem pojawia się, gdy ktoś wyjmuje ten pomysł z kontekstu i stosuje go do łaciny czy hebrajskiego, bo tamte języki nie mają tej samej teorii stojącej za brzmieniem. Łacina to nie jest tradycja mantyczna.
To jest strasznie skomplikowane na wejście. A co z prostym pytaniem - czy ktoś zauważył konkretną różnicę w efektach? Nie w odczuciach podczas rytuału, nie w teorii, ale w tym, co się potem wydarzyło? Bo może to w ogóle nie ma znaczenia i gadamy o estetyce?
Szeptun porusza coś, o czym myślę od jakiegoś czasu. Zapisuję efekty prac w notatkach właśnie po to, żeby mieć jakiś ślad, nie tylko wrażenia. Ale po kilku latach widzę, że i tak jest za dużo zmiennych. Jedyne, co mogę powiedzieć - prace, przy których czułam się autentycznie zaangażowana, miały lepsze wyniki niż te, przy których działałam mechanicznie. I te "mechaniczne" bardzo często korelowały z pracą w języku, którego nie czułam. Ale czy to język, czy zaangażowanie - nie wiem.
Ten wątek o mechaniczności jest chyba najcenniejszy w tej rozmowie. Bo to nie jest kwestia języka samego w sobie, ale tego, że każdy system - czy to łaciński, hebrajski, runiczny, czy po polsku - może stać się pusty przez powtarzanie bez obecności. I wtedy zmiana języka jest tylko objawem, że coś głębiej wymaga uwagi. Pytanie, które mi się nasuwa, to: jak odróżnić moment, gdy naprawdę trzeba zmienić język albo formułę, od momentu, gdy po prostu potrzeba przerwy i powrotu do tego samego?
Po czym to rozpoznałaś? Bo "pustość" brzmi dla mnie jak coś trudnego do uchwycenia. Ja czasem mam gorsze dni i nie wiem, czy to kwestia rytuału, czy po prostu jestem zmęczony.
Przy galdr mam jeden konkretny sygnał - jak przestaję słyszeć siebie w środku podczas wymawiania, to znaczy, że nie ma kontaktu. Trudno to inaczej opisać. Słyszę dźwięk, ale to jak echo w pustym pokoju. Nie wiem, czy to kwestia języka czy obecności, ale zawsze się zbiega.
Wracając do samego języka - sprawdziłam moje notatki z testów, o których wspominałam. Przy pracach w łacinie miałam więcej opisów "zewnętrzności" - jakbym patrzyła z boku na siebie. Przy polskim pisałam o bezpośredniości. Ale co ciekawe, przy hebrajskim - a robiłam to rzadko i ostrożnie - notatki były krótsze i bardziej konkretne. Jakby mniej było do opisania, bo mniej przetwarzałam werbalnie.
Mam pytanie do Leopolda i właściwie do wszystkich - czy ktoś sprawdzał, co się dzieje, gdy używasz hebrajskich liter bez żadnej kabalistycznej tradycji za sobą? Tzn. bierzesz słowo, wypisujesz po hebrajsku, ale nie znasz gematrii, nie pracujesz w żadnym systemie. Czy wtedy ta "siatka" cokolwiek znaczy, czy to jest po prostu pismo?
To pytanie Ostroiki jest dla mnie ciekawe, bo w astrologii mamy podobny dylemat. Można rysować chart bez żadnej znajomości systemu i cyferki będą na swoich miejscach. Ale czy coś z tego wynika? Struktura istnieje, ale żeby ją aktywować, potrzeba kogoś, kto ją czyta. Nie wiem, czy z hebrajskim jest inaczej.
Mnie ciekawi coś innego - czy ktoś miał sytuację, że zmienił język nie dlatego, że poprzedni "przestał działać", ale dlatego że coś zewnętrznego sprawiło, że poczuł się głupio? Mam na myśli jakiś komentarz, czy moment, gdzie się zastanowiłaś "po co ja w ogóle po łacinie mówię, skoro jej nie znam"?
Freja_R, to jest ważna różnica - wstyd zewnętrzny kontra własny sygnał wewnętrzny. Jeden jest informacją o tobie, drugi jest informacją o rozmówcy. Chociaż... powiem uczciwie, że czasem zewnętrzna krytyka potrafi wyciągnąć coś, czego sam nie chciałeś zobaczyć. Nie zawsze jest do odrzucenia.
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, bo sama jestem na etapie eksperymentowania - skąd wiecie, że to nie jest po prostu kwestia nastroju danego dnia? Mówicie o sygnałach, o pustości, ale ja mam wrażenie, że jednego dnia polska formuła może mi "milczeć", a drugiego dnia ta sama formuła działa. I nie zmieniłam nic.
I w tym miejscu wracamy właściwie do sedna tematu, który Hania_W postawiła na początku - czy język jest warstwą, którą możemy świadomie zmieniać i dostrajać, czy jest czymś, co się po prostu "ma" albo "nie ma". Bo jak słucham tej rozmowy, to wychodzi mi, że wszyscy tu trochę eksperymentujemy, trochę obserwujemy, i że nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.
Ale właśnie - czy to jest kwestia języka, czy kwestia całego rytuału? Bo ja miałem taki moment z tarotem, że rozkłady zaczęły mi się wydawać puste, ale to nie był problem z żadnym językiem, bo ja i tak myślę po polsku. Problem był gdzie indziej, tylko długo nie chciałem tego zobaczyć.
Chyba się przekłada. Jeśli rytuał stał się nawykiem, to język w nim też staje się nawykiem. I wtedy łacina czy hebrajski mogą działać jak - nie wiem - jak wyrecytowanie wiersza, który znasz na pamięć od dziecka. Słowa wychodzą, ale ty jesteś gdzie indziej.
Mnie tu interesuje jedno - czy to znaczy, że nowość języka działa jak rodzaj wymuszanej obecności? Że jak uczysz się hebrajskich liter i musisz się skupić na wymowie, to jesteś siłą rzeczy "tu", bo nie możesz odpłynąć? I czy to z czasem po prostu zanika, jak przestaje być nowe?
A co, jeśli ten efekt gaszenia nie był związany z nowością jako taką, tylko z tym, że nie zdążyłaś osadzić żadnego z tych języków w prawdziwej strukturze? Bo w astrologii jest podobnie - można ślizgać się po systemach i zawsze mieć to "pierwsze wrażenie", ale nigdy nie mieć głębi. To nie kwestia języka, raczej zakorzenienia.
Czytam to i mam pytanie, bo sama przeszłam przez coś podobnego - jak w ogóle rozróżnić te dwa stany? Że coś gaśnie bo za długo jesteś przy jednym, albo gaśnie bo nigdy się tak naprawdę nie zapaliło? Dla mnie z zewnątrz to brzmi tak samo.
Zastanawiam się, czy nie wchodzimy tu w teren, który jest trochę poza językiem. Język zaklęcia to jedna warstwa, ale pod tym jest pytanie - do czego w ogóle się zwracasz? I czy zmiana języka zmienia adresata, czy tylko opakowanie? Bo jeśli zmiana języka naprawdę coś przebudowuje, to jest to ciekawsze niż kwestia nastroju i nowości.
Wchodzę tu, bo przy tarocie mam podobny dylemat. Przez długi czas czytałam karty w oparciu o tłumaczenia angielskich nazw arkana, a potem zaczęłam używać polskich odpowiedników albo własnych określeń. I coś się zmieniło - nie wiem czy na lepsze, ale inaczej. "Wisielec" działa na mnie inaczej niż "Hanged Man", choć znaczenie to samo. Czy to nie jest dowód, że język zmienia dostęp, nie tylko opakowanie?
