Ja się zastanawiam nad czymś innym. Wszyscy mówimy o dyskomforcie po, o wątpliwościach, o etyce. A czy ktoś z was miał sytuację, gdzie nie miał żadnych wątpliwości i w pełni czuł, że to co robi jest słuszne? I jak to wyglądało w porównaniu do tych przypadków z wątpliwościami? Pytam, bo może to by nam coś powiedziało o tym, gdzie leży ta granica.
Słucham tej rozmowy i ciągle mam z tyłu głowy pytanie, do którego nikt chyba wprost nie podszedł. Czy zaklęcie ochronne w ogóle może być "życzliwe" wobec osoby, którą odpycha? Czyli - czy można kogoś odpychać dla jego dobra? To brzmi dziwnie, ale myślę, że są sytuacje, gdzie tak.
Dobra, ale ja chcę się cofnąć o krok, bo zaczęłam się trochę gubić. Radomir mówił wcześniej o selektywności tych słowiańskich granic - że słowa i gesty decydowały, kto może wejść. Czy to znaczy, że w tej tradycji zakładano, że rytuał sam w sobie jest neutralny, a intencja jest oddzielna? Bo to by zmieniało całą tę dyskusję o etyce.
Feliks dotknął czegoś ważnego. Mam wrażenie, że jednym z problemów w dzisiejszym podejściu do magii ochronnej jest właśnie to rozdzielenie - ludzie biorą formę z jednej tradycji, intencję z własnej głowy, i potem się dziwią, że coś nie gra. Albo że mają wątpliwości etyczne, których w oryginalnym kontekście by nie było, bo struktura rytuału sama je rozwiązywała.
Lurisk wspomniał o "odwracaniu losu" i to mi siedzi w głowie. Czy to jest opisywane gdzieś konkretnie, czy bardziej zbiorcza nazwa na różne praktyki? Bo jeśli takie coś istnieje jako kategoria, to ciekawi mnie, jak w tamtych tradycjach uzasadniano prawo do robienia tego za kogoś.
No i tutaj jest właśnie różnica między tradycją a praktyką solową. W tradycji masz zewnętrzny punkt odniesienia - bóstwo, przodków, wspólnotę. Działasz jako ktoś, kto przekazuje coś dalej, nie jako jedyny autor decyzji. Jak pracujesz sam, bez tej struktury, to jesteś i sędzią, i katem, i obrońcą jednocześnie. I chyba dlatego te wątpliwości są tak częste właśnie u praktykujących samodzielnie.
To "wraca do ciebie" jest obecne w tylu różnych tradycjach, że chyba jest czymś głębiej zakorzenionym niż konkretna metafizyka. W Wicca jest zasada trojga, w niektórych liniach grimoirycznych mówi się o "bound working" - że nieumocowane rytuały wracają do pracującego. Zastanawiam się, czy to jest przekonanie magiczne, czy może po prostu obserwacja psychologiczna ubrana w język magii.
Mam pytanie do Ewunii, bo to co mówi jest logiczne, ale czy nie upraszcza za bardzo? Są sytuacje, gdzie wyrzuty sumienia masz albo nie masz w zależności od tego, jak się czujesz danego dnia, a nie od tego, czy zrobiłeś coś faktycznie problematycznego. Psychologia i etyka to nie to samo.
Ale wracając do pytania Brzozki - czy można kogoś odpychać dla jego dobra - to chyba nikt nie odpowiedział bezpośrednio. Lurisk powiedział, że tak, ale że potrzebujesz zewnętrznego autorytetu. Ewunia mówiła o pracy z tradycją. A co jeśli ktoś nie ma żadnej tradycji i uważa, że działa słusznie? Gdzie wtedy jest granica?
To jest może najuczciwsze pytanie w tym wątku, ale też nie ma na nie czystej odpowiedzi. Myślę, że jedynym sprawdzianem, jaki masz bez tradycji i bez zewnętrznego autorytetu, jest to, czy byłbyś w stanie wytłumaczyć swoje działanie tej osobie, którą odpychasz. Nie czy ona by się zgodziła - tylko czy twoje uzasadnienie przeżyłoby konfrontację z jej perspektywą. Jeśli nie - to może jeszcze nie jesteś gotowy, żeby to robić.
To kryterium Stefci - czy byłbyś w stanie wytłumaczyć działanie tej osobie - jest może najbliższe temu, co w filozofii analitycznej nazywa się testem publicznej uzasadnialności. Nie chodzi o to, żeby faktycznie tłumaczyć, tylko o to, czy jesteś w stanie sformułować uzasadnienie, które brzmiałoby sensownie dla kogoś postronnego. Problem w tym, że przy magii ochronnej często nie możesz tego zrobić, bo ujawniłbyś intencję i naruszyłbyś samą strukturę ochrony. Więc może ten test działa tylko w teorii?
Tu jest jeszcze jeden problem, który jakoś umknął w tej rozmowie. Mówimy o magii odmawiania i ochronnej jakby chodziło zawsze o jedną osobę odpychającą jedną osobę. Ale w tradycjach, które znam z lektur, ochrona często była zbiorowa - chroniło się dom, wieś, rodzinę. I wtedy pytanie o zgodę nie miało w ogóle sensu, bo nie pytasz złego o pozwolenie na obronę przed nim.
Wracając do tego, co mówił Radomir o ochronie zbiorowej - to faktycznie zmienia optykę. Etyczne pytania o zgodę i intencję są bardziej złożone, kiedy bronisz przestrzeni, a nie reagujesz na konkretną osobę. W takim przypadku granica między ochroną a wykluczeniem robi się bardzo cienka. Chronisz "swoje" - ale kto należy do "swoich" i kto decyduje?
Lurisk opisuje coś, co jest bardzo nieobecne we współczesnej praktyce solowej. Dziś jeśli ktoś poczuje, że twoja ochrona go dotyka, to nie ma gdzie pójść z tym problemem. Nie ma cunning folk, nie ma mediacji rytualnej. Jest co najwyżej rozmowa albo cisza. I może dlatego etyka tej magii jest trudniejsza teraz niż była wtedy - nie dlatego że ludzie są mniej myślący, ale dlatego że brakuje infrastruktury.
To jest dla mnie nowe spojrzenie na całą sprawę. Myślałam, że etyczność magii to kwestia intencji konkretnej osoby, a tu wychodzi, że to była kwestia struktury społecznej. Czy to znaczy, że cokolwiek robimy dziś indywidualnie, zawsze będzie niepełne w tym sensie?
Chyba trochę idealizujemy ten historyczny model. Cunning folk też mogli się mylić, mogli mieć własne interesy, mogli sprzyjać jednej stronie konfliktu. Zewnętrzny autorytet nie jest sam w sobie gwarancją etyczności - to wciąż człowiek z ludzką stronniczością.
Słuchajcie, mam pytanie trochę z boku tej dyskusji. Czy magia odmawiania - w sensie tej defensywnej, ochronnej - może działać bez wiedzy osoby, która jest chroniona? Np. chroniąc kogoś bliskiego, kto sam by nie chciał żadnych rytuałów? Bo to chyba też jest problem etyczny, który tu nie wybrzmiał.
Stefcia dobrze, że to nazwała osobnym zagadnieniem, bo inaczej byśmy się tu bardzo zagmatwali. Zostając przy tym, co omawialiliśmy - brak infrastruktury mediacyjnej to jeden problem. Drugi, który mi się nasuwa, to że we współczesnej praktyce solowej często nawet nie ma tradycji przekazu. Uczysz się z książek, z internetu, i nikt ci nie mówi, że jakieś zaklęcie ochronne ma też wbudowaną granicę działania. Że np. chroni do pewnego dystansu, a dalej to już nie twoja odpowiedzialność.
...bo jeśli nie ma nawet wewnętrznego odniesienia do jakiegoś systemu, to skąd w ogóle wiadomo, że to co robisz to ochrona, a nie po prostu działanie z lęku? Mam wrażenie, że dużo osób zaczyna od "chcę się chronić", a potem granica między ochroną a zamknięciem się na świat rozmywa się stopniowo i niezauważalnie.
Ale czy to jest problem magii, czy problem psychologiczny, który akurat przybrał formę magiczną? Bo to samo zjawisko można zobaczyć u kogoś, kto nie robi żadnych rytuałów, a mimo to stopniowo zawęża swój świat z powodu lęku. Forma jest inna, mechanizm ten sam.
To jest jeden z tych momentów, gdzie tradycja i współczesna praktyka solowa naprawdę idą w różnych kierunkach. W tradycyjnych systemach ochrona miała konkretny cel i koniec - chroniłeś dom podczas pewnego okresu, chroniłeś się przed konkretnym zagrożeniem. Nie było czegoś takiego jak permanentna tarcza, którą się nosi przez całe życie.
A kiedy wymieniało się te wianki - w konkretne dni, w związku z jakimś świętem, czy po prostu kiedy się zniszczyły?
To co Wandzia opisuje brzmi jakby rytm był częścią samej ochrony - nie tylko treść rytuału, ale też czas i powtarzalność. Czy to ma jakieś znaczenie w szerszym sensie, czy to czysto praktyczne, żeby nie zapomnieć?
Feliks ma rację, choć powiedziałabym to trochę inaczej. Cykl wymusza też refleksję. Przy każdym odnowieniu siłą rzeczy pytasz siebie, czy ta ochrona jest nadal potrzebna, czy coś się zmieniło. Jednorazowe zaklęcie, które ma działać "na zawsze", tej refleksji nie wymaga.
Ale w takim razie co z ludźmi, którzy nie żyją rytmem kalendarza, nie czują się związani z żadną tradycją, a mimo to chcą praktykować ochronę? Czy da się zbudować coś funkcjonalnego bez tego osadzenia?
Problem z tym podejściem jest taki, że wybierając własny rytm i własne punkty odniesienia, sam decydujesz, kiedy "przeliczyć" intencję. A decyzja "dziś sprawdzam" może łatwo zamienić się w "dziś nie sprawdzam, bo wygodnie mi z tym, jak jest". Zewnętrzny rytm - święto, zmiana pór roku - jest właśnie zewnętrzny, nie zależy od tego, czy masz ochotę się konfrontować.
Lurisk dotknął tu czegoś, co mnie też niepokoi w całej tej dyskusji. Budujemy sobie coraz bardziej spójny argument za tym, że solowa współczesna praktyka ma fundamentalne ograniczenia strukturalne. I to jest uczciwe, ale mam wrażenie, że nie powiedzieliśmy jeszcze, co z tym zrobić. Albo chociaż, czy to problem, z którym da się żyć.
