Ostatnio wróciłam do tematu, który siedzi mi w głowie od jakiegoś czasu - zaklęcia ochronne, banishing, odpychanie energii i tak dalej. Praktykuję to regularnie, ale coraz częściej łapię się na tym, że czuję pewien wewnętrzny opór. Nie chodzi o skuteczność, bo to osobna rozmowa. Chodzi o coś innego: czy jest w ogóle etycznie spójne, żeby odpychać kogoś albo coś, jeśli jednocześnie wierzysz w jakąś formę połączenia wszystkiego? Pytam szczerze, bo sama nie mam na to dobrej odpowiedzi. Z jednej strony rozumiem, że ochrona siebie to podstawa. Z drugiej - granica między ochroną a zwykłym odcinaniem się od czegoś, czego nie chcemy widzieć, jest dość płynna.
To ciekawe, że to poruszyłaś, bo właśnie przerabiałem jakiś czas temu material o różnicy między ward a shield w tradycji anglosaskiej - i tam to rozróżnienie ma konkretne znaczenie praktyczne. Ward to coś, co stoisz na granicy i nie wpuszczasz, shield to coś, co okrywasz siebie. I różnica jest właśnie etyczna, nie tylko techniczna. Ward może działać na innych, shield działa tylko na ciebie. Zastanawiam się, czy ta distinkcja w ogóle funkcjonuje w polskiej praktyce magicznej, czy to raczej import z tradycji wicca/neopogańskich.
Ten wewnętrzny opór po fakcie to według mnie jeden z bardziej interesujących sygnałów w pracy magicznej. Niektóre tradycje - szczególnie te wywodzące się z ceremonialismu hermetycznego - traktują to jako wskaźnik, że rytuał zadziałał, ale przy okazji "dotknął" czegoś, z czym masz nierozwiązany stosunek. Nie chodzi o winę. Chodzi o to, że każda magia odmawiania coś w tobie porusza - bo żeby powiedzieć "nie", musisz wcześniej uznać, że coś było, czemu odmawiasz. To nie jest bagatelizowanie Twoich wątpliwości, po prostu widzę w tym inny kierunek analizy.
Ja to odczuwam trochę inaczej i nie do końca zgadzam się z tym, co mówi Lurisk. Sama przez długi czas myślałam, że wyrzuty sumienia po banishingu to sygnał "magiczny". Ale po pewnym czasie doszłam do wniosku, że to po prostu kwestia wychowania - wbija się nam od dziecka, że odcinanie się od ludzi czy sytuacji jest złe, egoistyczne. I to wchodzi do praktyki magicznej razem z nami. Więc najpierw warto sprawdzić, czy ten opór pochodzi z jakiejś głębszej wiedzy o sytuacji, czy po prostu z poczucia winy, które jest mocno kulturowe.
Myślę, że kluczowe jest rozróżnienie między magią odmawiania a magią wypierania. Odpychasz kogoś, kto cię atakuje - to etyczne. Ale jeśli robisz banishing na kimś, kto po prostu jest w twoim życiu i ci przeszkadza, to już wchodzisz w ingerencję w czyjąś wolę. I tu wchodzimy na teren, który większość tradycji traktuje jako przekroczenie. To dlatego zaklęcia ochronne działające na "granicę" są traktowane inaczej niż te, które wysyłają coś z powrotem albo popychają kogoś w konkretnym kierunku.
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może trochę z boku, ale mi się nasunęło - czy banishing osoby a banishing energii, którą ta osoba niesie, to zawsze to samo? Bo intuicyjnie czuję, że nie, ale nie wiem jak to rozdzielić w praktyce.
Dorzucę do tego co powiedziała Tamarka - w tradycji zachodniej (np. w Golden Dawn i tym co po niej zostało) rozróżnienie na "banish the spirit" vs "banish the influence" jest fundamentalne. I właśnie dlatego LBRP (Lesser Banishing Ritual of the Pentagram) w swojej podstawowej formie nie jest skierowany na żadną osobę ani byt konkretny - czyści przestrzeń i robiącego rytuał. Dopiero kolejne, bardziej specjalistyczne formy mają kierunek na coś zewnętrznego. Ale to jest tradycja ceremonialna, nie każdy w niej pracuje.
Zastanawiam się czy LBRP to dobry punkt odniesienia dla tej dyskusji, bo to jednak bardzo specyficzna tradycja i nie wiem, czy odpowiada temu o czym rozmawiamy. Stefcia zaczęła od czegoś bardziej osobistego - poczucia etycznej niespójności. I to jest pytanie, które wykracza poza konkretną tradycję magiczną. Ja sam mam podobny dylemat przy zaklęciach odpędzających - to stara słowiańska praktyka, jest w niej pewna surowość, brak sentymentalizmu. Ale jednocześnie coś mi każe się zatrzymywać przed użyciem niektórych formuł.
Chyba nigdy o tym tak nie myślałam - że zaklęcie ochronne może być formą wpływania na kogoś innego. Zawsze traktowałam to jako coś neutralnego, tylko dla siebie. Ale rozumiem co mówi Radomir.
To pytanie Feliksa to jest właśnie to, z czym siedzę od jakiegoś czasu. I nie mam gotowej odpowiedzi. Ale coraz bardziej myślę, że etyczność zaklęć ochronnych nie leży w tym, czy wpływają na coś zewnętrznego - bo zawsze trochę wpływają. Leży w tym, z jakiego miejsca wychodzi intencja. Strach, kontrola, odwet - to są inne źródła niż spokój, granica, dbanie o siebie. Nie wiem, czy to rozróżnienie coś zmienia magicznie, ale dla mnie zmienia etycznie.
To co mówisz Stefcia - moja babcia powiedziałaby, że modlitwa z lęku i modlitwa z miłości to dwie różne modlitwy, nawet jeśli słowa są identyczne. Może z zaklęciami tak samo.
To co Lurisk przytoczył o Albetrusie Magnusie - mam pytanie, bo nie czytałam tego fragmentu. Czy on rozróżniał stan duszy jako warunek skuteczności, czy jako warunek etyczności? Bo to są jednak dwie różne sprawy i nie chcę zakładać, że pisał o obu jednocześnie.
Mnie w tej rozmowie uderza coś, do czego jeszcze nie dotknęliśmy wprost. Mówimy o etyce zaklęć ochronnych tak, jakby etyczność była czymś, co sami ustalamy. Ale w większości tradycji, które znam choćby pobieżnie - czy to słowiańskiej, czy ceremonialnej - były jakieś zewnętrzne ramy. Ktoś decydował, co jest dozwolone. Czy tutaj w ogóle uznajemy jakieś zewnętrzne ramy, czy to jest czysto indywidualna decyzja każdej z nas?
Radomir poruszył coś ważnego, ale mam wrażenie, że to dyskusja, która może nas zaprowadzić bardzo daleko od punktu wyjścia. Zaczęłam od konkretnego doświadczenia - tego dyskomfortu po fakcie. I teraz pytam siebie: czy szukam zewnętrznej ramy dlatego, że naprawdę jej potrzebuję, czy dlatego, że chcę się uwolnić od odpowiedzialności za własną decyzję?
Zastanawiam się czy ten dyskomfort po rytuałach odpychania nie jest po prostu dowodem na to, że robimy je z miejsca lęku, a nie siły. Jak działasz z lęku, ciało i umysł reagują inaczej niż gdy działasz z przekonania. To może tłumaczyć ten rozdźwięk, który Stefcia opisuje.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chcę zapytać o coś praktycznego. Jak wy w ogóle rozpoznajecie, że zaklęcie ochronne zadziałało? Bo mam wrażenie, że część tego dylematu etycznego bierze się z niepewności - nie wiesz, czy twój rytuał cokolwiek zmienił, czy to się po prostu samo ułożyło.
To co Lurisk mówi o "niezgodności z własnym stanem" to jest chyba najuczciwsza odpowiedź na pytanie Tamarki. Bo ja też nie potrafię powiedzieć, czy cokolwiek zadziałało w sensie zewnętrznym. Ale potrafię powiedzieć, że po niektórych rytuałach czuję rodzaj wewnętrznej spójności, a po innych - właśnie ten dyskomfort. I może na tym poziomie warto oceniać, zamiast szukać mierzalnych efektów na zewnątrz.
Ale to rodzi kolejne pytanie. Jeśli kryterium oceny to wewnętrzna spójność, to zaklęcie może być etycznie problematyczne i jednocześnie dawać poczucie spójności - jeśli ktoś po prostu jest wewnętrznie spójny ze złą intencją. Mam nadzieję, że rozumiecie, że nie mówię o nikim z tej rozmowy, ale to logiczna luka w tym podejściu.
To przypomina mi coś, o czym mówiła Ewunia wcześniej w tym wątku - że wyrzuty sumienia mogą być po prostu wychowaniem, a nie sygnałem magicznym. Może ta "wewnętrzna spójność", o której mówi Stefcia, też jest po części ukształtowana przez wychowanie i środowisko. I nie ma w tym nic złego, ale warto to wiedzieć o sobie.
I chyba w tym miejscu wracamy do punktu wyjścia tej rozmowy - czy zaklęcia ochronne mogą być "życzliwe". I teraz myślę, że życzliwość nie jest cechą zaklęcia, tylko całej sytuacji, w której je robisz: intencji, stanu, świadomości własnych ślepych plamek i gotowości do wzięcia odpowiedzialności za to, co wyślisz w świat. Nie jest to proste, ale chyba o to chodzi Stefci.
To, co Feliks napisał na końcu, o życzliwości jako cesze całej sytuacji, a nie samego zaklęcia - to mnie mocno uderzyło. Bo babcia by powiedziała, że nie ma złych ziół, są tylko złe ręce. I chyba o to chodzi? Że ten sam rytuał odpychania może być zupełnie czymś innym w zależności od tego, kto go robi i po co.
Słucham tej rozmowy już od dłuższego czasu i mam pytanie, które mi chodzi po głowie. Czy wy w ogóle rozróżniacie między zaklęciem, które odpycha kogoś od siebie, a zaklęciem, które chroni jakieś miejsce albo przedmiot? Bo mnie się wydaje, że to są zupełnie różne kategorie etyczne, a mówimy o nich jak o jednej rzeczy.
Tamarka dotknęła czegoś, o czym ja sama myślę od początku tego wątku, ale nie umiałam tego tak postawić. Mój dyskomfort dotyczył właśnie pierwszej kategorii - odpychania konkretnej osoby. Przy ochronie miejsca nigdy nie miałam takich wątpliwości. Więc może te dwa typy jednak różnią się etycznie, nie tylko technicznie.
Ale czy naprawdę różnią się etycznie? Jak chcesz ochronić swój dom przed nieproszonymi gośćmi, to de facto odpychasz konkretnych ludzi, tylko pośrednio. Nie widzę tu czystej granicy.
Mam wrażenie, że właśnie zbliżamy się do czegoś, co w tradycji słowiańskiej było opisywane przez pojęcie "płotu" - granicy między swoim a obcym. W starszych źródłach, które czytałem, ochrona domostwa nie była skierowana przeciwko komukolwiek konkretnie, była raczej wzmocnieniem progu. To inna logika niż odpychanie osoby. Ciekawe, czy w innych tradycjach jest podobne rozróżnienie na poziomie samej struktury rytuału, nie tylko intencji.
To co Wandzia mówi o wymienianiu imion - to jest właśnie ten element intencji wbudowany bezpośrednio w strukturę rytuału. Nie jesteś tylko w głowie z intencją, tylko ją werbalizujesz i konkretyzujesz. Zastanawiam się, czy to nie jest jeden ze sposobów na ten problem, który Lurisk podniósł wcześniej - że intencji nie da się zweryfikować z zewnątrz. Jak ją werbalizujesz, masz przynajmniej zewnętrzny ślad.
Dobra, ale wróćmy do mojego pytania, bo chyba nie do końca dostałam odpowiedź. Czy wy uważacie, że odpychanie konkretnej osoby i ochrona miejsca to różne kategorie etyczne? Bo Laurka powiedziała, że nie widzi granicy, Ewunia powiedziała, że widzi, i teraz rozmowa poszła w stronę słowiańskich płotów. Sama już nie wiem, co myślę.
