Wracając do tego co mówiłem o pracy przez ciało - nie podawałem tego jako technikę magiczną ani terapeutyczną, tylko jako sposób dostępu do stanu. Bernadka pytała o rozróżnienie i rozumiem tę potrzebę, ale przy tym konkretnym problemie nie wiem czy to rozróżnienie pomaga. Emilian mówi że nie umie wywołać emocji na zawołanie. Czy to się zmieni jak powiemy mu że to jest magiczne a nie terapeutyczne?
To pytanie Bernadki jest według mnie kluczowe dla całego wątku. Bo aphantazja, praca przez ciało, emocje na zawołanie - to wszystko są techniki. Ale za każdą techniką stoi jakiś model tego, co się w ogóle dzieje. I większość osób tego modelu nigdy explicite nie formułuje, bo wydaje się oczywisty. A potem przychodzi ktoś jak Emilian który mówi 'nie działa' i nie wiadomo co właściwie nie działa.
Emilian, a co by się musiało stać żebyś NIE miał poczucia że po prostu myślisz? Pytam serio, bo zastanawiam się czy masz jakiś punkt odniesienia - cokolwiek, niekoniecznie magicznego - kiedy czułeś że robisz coś więcej niż myślenie.
To jest dobre pytanie Joasi. Mi tez kiedys ktos powiedzial podobna rzecz i to mi pomoglo bardziej niz cala reszta. Bo okazalo sie ze mam takie momenty ale ich nie rozpoznawalam jako 'wlasciwe'.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie że jesteśmy coraz bliżej sedna. To co Emilian opisuje - i co Filomena teraz powtarza - to jest problem z rozpoznawaniem stanów, nie z ich wywoływaniem. I tu wraca temat aphantazji, bo osoby bez wyobraźni wzrokowej często mają problem właśnie z tym: wizualizacja dla innych służy jako marker - 'widzę wyraźnie, więc coś się dzieje'. Jeśli nie ma tego markera, to skąd brać sygnał?
Wierzbina, ale czy to nie jest trochę błędne koło? Szukamy markera żeby wiedzieć że stan jest właściwy, ale żeby rozpoznać marker, musimy już być w jakimś stanie. Nie wiem jak z tego wyjść.
Nie do końca tak to rozumiem. Nie chodzi o powtarzanie mechaniczne, tylko o to żeby powtarzanie dawało dane zwrotne. Jak robisz coś sto razy i za każdym razem nie wiesz co czujesz, to sto razy niczego się nie nauczysz. Potrzebny jest jakiś kotwiczący moment - cokolwiek co zostaje w pamięci jako 'tak, to było inne'.
OK, to rozumiem. Ale wróćmy do mojego pierwotnego pytania - jak ten kotwiczący moment wygląda bez obrazu? Bo Krysztal mówi o ciele, Joasia pyta o punkt odniesienia, Teodor o powtarzanie. Ale żaden z was nie powiedział co konkretnie u siebie zauważacie kiedy wiecie że 'coś się dzieje'.
Halny, masz racje ze to indywidualne. U mnie bylo inaczej - mialm takie poczucie ze 'czas sie zmienia', trudno to opisac. Ale jak Emilian pyta co KONKRETNIE, to musze powiedziec ze nie mam pewnosci czy moje odczucia sa bardziej magiczne niz zwykle skupienie. I chyba to jest uczciwa odpowiedz.
Kazia, to jest bardzo uczciwa odpowiedź i myślę że ważna dla całej rozmowy. Bo może problem nie polega na tym że Emilian 'nic nie czuje' - może polega na tym że odczuwa ale uznaje że to za mało. I tu wraca kwestia tego modelu o którym mówił Halny - czego oczekujemy że powinno się stać.
I to wraca do aphantazji w ciekawy sposób. Osoby które widzą obrazy podczas pracy mają bardzo wyraźne kryterium - 'obraz był wyraźny i stabilny'. Osoby bez tego kanału często szukają równoważnego kryterium i go nie znajdują, więc zakładają że nic się nie dzieje. Może zamiast szukać ekwiwalentu obrazu, trzeba przestać szukać kryterium jakości w ogóle.
Wierzbina, ale jak masz nie szukać kryterium, to jak wiesz że nie robisz czegoś źle przez lata? Dla mnie to jest praktyczny problem, nie filozoficzny. Mogę medytować i coś tam czuć, ale czy to jest praca magiczna czy zwykłe relaksowanie się - to jest pytanie bez odpowiedzi jeśli nie ma żadnego markera.
Słucham tej dyskusji od jakiegoś czasu i mam wrażenie że utknęliśmy w pętli. Emilian pyta o kryterium, my dajemy subiektywne opisy, on mówi że to nie wystarczy, i zaczynamy od nowa. Może warto zadać inne pytanie - po co w ogóle to kryterium? Co by się zmieniło w praktyce gdybyś je miał?
To jest chyba najuczciwsze podsumowanie problemu w całym wątku. Bernadka opisuje coś bardzo konkretnego - bez sygnału zwrotnego nie ma motywacji do kontynuowania. I tu jest różnica między tradycjami, w których ktoś zewnętrzny daje ten sygnał - nauczyciel, wspólnota, rytuał inicjacyjny - a praktyką solową, gdzie musisz sam sobie być sędzią.
To jest ciekawe rozróżnienie. Pytanie czy problem Emiliana jest epistemiczny - jak poznać - czy psychologiczny - jak zaufać temu co czuję. Bo to są dwa różne problemy z różnymi rozwiązaniami.
I wracając do aphantazji - myślę że dla osób bez obrazów ten problem jest ostrzejszy właśnie dlatego, że wizualizacja dawała bardzo konkretne kryterium zewnętrzne wobec emocji. Obraz był albo go nie było. Był wyraźny albo rozmyty. To nie wymagało interpretacji własnych odczuć. Bez obrazu wszystko wraca do ciała i emocji, które są z natury bardziej niejednoznaczne.
Wierzbina, ale czy to znaczy że osoby z aphantazją są w gorszej sytuacji strukturalnie? Że sam brak obrazów to już handicap w pracy magicznej?
Moge cos dodac bo to mi przypomina moja sytuacje z tarotem. Przez dlugi czas myslalam ze musze 'czuc' karty w jakis konkretny sposob zeby to bylo prawdziwe czytanie. Pozniej ktos mi powiedzial ze moze po prostu czytam je dobrze i tego nie rozpoznaje bo sie spodziewalam czegos dramatycznego. I tak bylo.
Czyli ostatecznie weryfikacja przez efekty? To rozumiem ale przy magii to chyba trudne bo jak coś się stanie to nie wiadomo czy to przez praktykę czy samo z siebie.
Dobra, spróbuję inaczej zapytać. Czy ktokolwiek z was miał moment kiedy był pewny że robi coś właściwie - i skąd ta pewność? Nie jak to opisać innym, tylko skąd ona była w was samych.
Tak. Ale trudno mi powiedzieć skąd. To było bardziej jak rozpoznanie niż jak ocena. Jakby coś pasowało do miejsca w którym powinno być. Wiem że to brzmi abstrakcyjnie i przepraszam że nie mam lepszego opisu.
Słucham tej dyskusji i mam jedno spostrzeżenie. Dużo tu mówimy o tym jak rozpoznać stan, ale może problem Emiliana leży wcześniej - w tym że szuka czegoś konkretnego podczas gdy praca bez obrazów często działa bardziej przez rezygnację z szukania. Nie pasywność, ale coś w rodzaju nieinterweniowania we własną uwagę. W niektórych podejściach to się nazywa po prostu obecnością i jest stanem wyjściowym, nie efektem pracy.
Tu wchodzi kwestia aphantazji z tytułu wątku, bo to co Emilian opisuje jest moim zdaniem bezpośrednio związane z brakiem obrazów. Wzrokowa wizualizacja dawała punkt skupienia który był albo obecny albo nie. Bez niej ten punkt skupienia trzeba znaleźć gdzie indziej i to jest prawdziwy problem adaptacyjny, nie jakiś duchowy deficyt.
To co Krysztal mówi o architekturze wewnętrznej jest ważne, bo wiele podręczników do magii pisali ludzie z bardzo silną wyobraźnią wzrokową i pisali z założenia że wszyscy działają tak samo. Aphantazja jako pojęcie jest właściwie bardzo świeża - oficjalnie zaczęto ją badać gdzieś około 2015 roku, Adam Zeman i jego zespół. Wcześniej te osoby po prostu myślały że 'myśleć obrazami' to metafora.
Mam pytanie do Halny - mówisz o tradycjach opartych na ciele, ale jak to się ma do pracy z intencją? Bo intencja to chyba nie jest ani obraz ani ciało w ścisłym sensie.
Wracam do tego co Froen mówił wcześniej o rezygnacji z szukania. Mnie to nadal nie przekonuje jako praktyczna rada. Jak ktoś jest na początku drogi i nie wie co robi, to mówienie mu żeby przestał sprawdzać czy dobrze robi brzmi jak mówienie dziecku uczącemu się chodzić żeby nie sprawdzało czy stoi prosto.
Jak czytelam te dyskusje to mi sie nasunela jedna rzecz ktora moze byc istotna. Emilian moze tez po prostu nie wiedziec jak sam wewnetrznie dziala, niezaleznie od aphantazji. Czesc osob latami nie wie ze ma na przyklad silna recepcje dotykowa albo sluchowa i szuka wzrokowej bo tak jest opisana w ksiazkach. To sie czasem odkrywa zupelnie przypadkowo.
