To mi przypomina coś z medytacji vipassany, gdzie jest taka zasada żeby niczego nie dodawać ani nie odejmować od doświadczenia, tylko obserwować co jest. I mam wrażenie że to co opisujecie, i Tosieczka z żołędziami i Filomena z korzeniem, to jest coś podobnego tylko skierowane na zewnątrz, na przedmiot, nie do wewnątrz. Czy tak to rozumiecie?
Wracając do pytania Jasminka o kryterium, bo mi się kręci po głowie i chcę coś dodać. W fenomenologii Merleau-Ponty'ego jest pojęcie 'cielesnej intencjonalności', że ciało ma własną wiedzę o tym co chce zrobić, jeszcze zanim pojawi się myśl. I może właśnie o to chodzi w tym spontanicznym wymiarze tej magii, że ciało wie pierwsze. Tosieczka wzięła żołędzie bo ciało sięgnęło. Filomena się zatrzymała bo ciało się zatrzymało. To nie eliminuje pytania Jasminki, ale może je przesuwa w inne miejsce.
Okej Celestyn ale nie wszyscy czytali fenomenologię. Jak to przełożyć na coś praktycznego? Co konkretnie można zrobić żeby tego słuchać, ciała czy drzewa czy cokolwiek, w normalnym dniu, nie w lesie?
No dobra, to konkretnie: wychodzisz rano z domu, masz dziesięć minut do autobusu, w głowie masz listę rzeczy do zrobienia. Co robisz żeby 'słuchać' czegokolwiek? Serio pytam, bo te rozmowy zawsze wychodzą na to że trzeba być w lesie albo mieć czas na kontemplację, a większość ludzi tego nie ma.
To jest właśnie pytanie które mnie tu przyciągnęło do tego wątku. Sama dużo pracuję z intuicją przy tarocie i tam jest podobny problem, jak nie masz chwili skupienia to nic nie wychodzi. Ale ostatnio zauważyłam coś innego, że pewne rzeczy dzieją się bez skupienia właśnie. Wychodzę, potykam się o kamień, zatrzymuję się, patrzę na niego. I to jest ten moment. Nie planuję tego, ciało samo się zatrzymuje.
Magus50 zadaje bardzo konkretne pytanie i myślę że odpowiedź jest trochę przewrotna. Nie chodzi o to żeby znaleźć czas na 'bycie w kontakcie', chodzi o to żeby zauważać co już się dzieje. Kiedy zwalniasz przy drzewie bo coś na moment przykuło wzrok, kiedy sięgasz po kamień bez powodu, kiedy zatrzymujesz się przy śmietniku bo leżą tam stare drewniane deski i czujesz że chcesz je dotknąć. To nie wymaga lasu ani wolnego ranka.
okej ale jak odróżnić że to 'coś' zatrzymuje od tego że po prostu się rozkojarzyłem bo nie spałem? szczerze pytam bo ja np ciągle coś zauważam i zbaczam z drogi ale to chyba jest po porostu adhd a nie magia xD
Jasminka ma rację że to jest subiektywne, ale z tego co obserwuję, to większość opisów doświadczeń magicznych jest subiektywna i jakoś tradycje przez tysiące lat sobie z tym radziły. Praktyczniejsze może być inne podejście: zamiast szukać odpowiedniego stanu wewnętrznego, można zacząć od powtarzalności. Czy ta sama rzecz, miejsce, obiekt przyciąga cię kilka razy z rzędu? Bo jednorazowe rozproszenie się powtarza rzadko.
To jest dokładnie to z moim korzeniem. Minęłam go przy wywrotce, poszłam dalej, wróciłam, znowu go zobaczyłam innego dnia kiedy tam przechodziłam. I dopiero za trzecim razem wzięłam. Gdybym wzięła za pierwszym, nie wiem czy cokolwiek by z tego było. Może właśnie ta powtarzalność o której mówi Pustelnik jest tym kryterium.
Słuchajcie, ja mam trochę inne doświadczenie z tym. U mnie to nie jest że rzecz mnie zatrzymuje, bardziej że pojawia się w snach albo na granicy jawy i snu. Coś zobaczyłam na spacerze, a potem to samo kształtem wraca w nocy. I wtedy wiem że to jest coś do wzięcia. Czy to się mieści w tej magii ekologicznej o której mówicie?
Tak, z muszlą. Znalazłam ją na targowisku, taką zwykłą sklepową, nic specjalnego, i jakoś umknęłam bez niej. A potem dwa razy śniłam o muszlach, nie tej samej, ale o kształcie. Wróciłam na targowisko po kilku dniach i ta sama leżała. Wzięłam. Leży przy łóżku od kilku miesięcy i coś w tym miejscu jest spokojniej. Nie wiem jak to tłumaczyć.
To co opisuje Anusia brzmi trochę jak to co czytałam o koncepcji 'miejsca snu' w niektórych tradycjach aborygeńskich, że pewne obiekty mają swój ślad w świecie snów zanim trafią do twojej ręki. Nie mówię że to tłumaczenie, tylko że podobne obserwacje pojawiają się w różnych miejscach.
To 'domknięcie' które opisuje Wezuwianit53 to jest coś co czuję przy pewnych rozkładach tarota. Jakby jakiś wątek, który był zawieszony, nagle dostał koniec. I może o to chodzi w tych znaleziskach, że są domknięciami, nie początkami.
Rusalka pisze o domknięciach i to mi się zgadza z tym co znam z praktyki. Ale chcę dorzucić coś co może brzmieć przekornie: nie wszystko co znajdziesz jest dla ciebie. Czasem natknięcie się na coś jest sygnałem że masz zostawić to w spokoju. I to też jest forma magicznego działania, świadome niebranie. Ktoś z was miał takie doświadczenie że coś przyciągało ale zostawiło się to na miejscu?
Okej, ale teraz pytanie praktyczne bo mi to chodzi po głowie: jeśli zostawiasz coś na miejscu jako akt magiczny, to skąd wiesz że nie zostawiasz go po prostu dlatego że ci się nie chciało brać? Jak odróżnić świadome zostawienie od zwykłego przeoczenia?
To co Jasminka opisuje to jest stary problem w filozofii działania, nie tylko w magii. Jak odróżnić intencję od racjonalizacji. Ale w praktykach magicznych zwykle nie szuka się odpowiedzi w logice wstecznej, tylko w tym co poprzedza działanie. Czy przed zostawieniem był jakiś moment zatrzymania, choćby ułamek sekundy, w którym nastąpiło coś w rodzaju wyboru. To nie musi być uroczyste, może być bardzo ciche. Ale powinno być.
okej to teraz mam pytanie totalnie z boku, ale jednak: co jeśli ktoś z natury nie ma takich momentów zatrzymania? tzn ja raczej działam impulsywnie i nie za bardzo zauważam że coś 'wybieram', po prostu biorę albo nie biorę. czy to znaczy że moja praktyka jest wykluczona z tej rozmowy czy że jest po prostu inaczej zbudowana?
Bolo zadaje coś ważnego. Myślę że ta cała rozmowa trochę zakłada pewien typ uwagi, taki spokojny i obserwujący. Ale są ludzie których uwaga jest szybka, skokowa, i nie wiadomo czemu mieliby być z tego powodu poza zasięgiem czegokolwiek. Może u nich ten sygnał jest krótszy, bardziej fizyczny, impuls ciała zamiast pauzy w myśleniu.
Dobra, ale rozumiem że tu nie chodzi o to żeby analizować każde podniesione z ziemi kamień pod kątem czy to był 'magiczny impuls'. Jak w ogóle funkcjonujecie na co dzień z tym podejściem? Nie macie wrażenia że to może się stać obsesją, bo każdy drobiazg nagle wymaga interpretacji?
Mam wrażenie że ta rozmowa trochę odpłynęła od tego co jest w tytule, czyli od spontanicznych działań w codziennych sytuacjach. Bo to jest właśnie ciekawe, że ekologiczna praktyka nie zakłada ceremonii, wielkich przygotowań. I ta spontaniczność, o której Bolo pisał że jest jego naturalnym trybem, może być bliżej sedna niż szukanie idealnego momentu pauzy.
Ja bym chciała wrócić do czegoś co powiedział wcześniej Pustelnik o tym że zostawienie jest aktywnym działaniem. Bo to mi siedzi. Mam w domu kilka kamieni które dostałam i właściwie nie wiem czy powinnam je mieć. Nie zabrałam ich sama, ktoś mi dał. I teraz nie wiem czy to działa tak samo, czy relacja z czymś darowanym jest inna niż z czymś znalezionym.
Przy darowanych rzeczach mam zawsze ten sam dylemat. Chcę być uważna na intencję osoby która dała, ale jednocześnie nie chcę trzymać czegoś tylko dlatego że to byłoby niegrzeczne. Słyszałam kiedyś że jeśli coś ci nie służy, najlepszym co możesz zrobić jest znaleźć dla tego nowe miejsce, a nie trzymać to z poczucia obowiązku.
To jest coraz ciekawsza rozmowa, bo weszliśmy w temat który jest naprawdę trudny: jak odróżnić swoją praktykę od swoich upodobań. I nie mam tu gotowej odpowiedzi, bo sama na to pytanie odpowiadam za każdym razem od nowa.
To co Helenka napisała na końcu mnie zatrzymało. Że za każdym razem odpowiada od nowa na to samo pytanie. Bo ja właśnie próbuję dojść do jakiegoś stałego kryterium i może tego po prostu nie ma. Mam z tym trochę problem, bo lubię wiedzieć na czym stoję. A ten kamień który leży i 'po prostu jest' - chyba zostanie. Przynajmniej na razie.
Wracając do wątku Anusi i darowanych przedmiotów - jest jedna rzecz której tu jeszcze nie powiedzieliśmy. Przedmiot darowany niesie też coś od dawcy, nie tylko od miejsca czy materiału. Nie mówię że zawsze to jest coś co trzeba 'oczyścić', bo to brzmi jak obowiązek z listy. Ale warto być świadomym, że relacja z takim przedmiotem jest trójstronna. Masz siebie, masz przedmiot i masz osobę która go dała, z całą jej historią i intencją.
Słuchajcie, mam wrażenie że jesteśmy już bardzo daleko od tego co jest w tytule. Żeby wrócić do konkretów: czy ktoś ma przykład takiego spontanicznego działania w codziennej sytuacji, które naprawdę coś zmieniło? Bez ceremonii, bez przygotowań. Bo cały czas mówimy o kamieniach i darowiznach, ale to jest już bardziej teoria.
okej ale to jest właśnie to co mnie ciekawi, skąd wiadomo że to był właściwy czas na oddanie? tzn jak to czujesz? bo mi zawsze brakuje tej konkretnej części kiedy ludzie mówią 'poczułam że czas'
