Ostatnio coraz częściej spotykam się z tym, że ludzie albo trzymają się jednego systemu jak wyroczni i nie ruszają ani na krok, albo lecą z nowym wiekiem i mieszają wszystko bez ładu. Mam wrażenie, że gdzieś po środku powinno być coś, co można by nazwać autorytetem magicznym - takim własnym, wewnętrznym, który nie wymaga ani guru, ani jednej słusznej tradycji. Ale jak to w ogóle zbudować, żeby nie popaść w chaos? Pytam, bo sama przez lata siedziałam mocno w ceremonializmie i to dawało pewną strukturę, ale też bardzo usztywnało myślenie. W pewnym momencie zaczęłam rozmawiać z osobami, które mają ADHD albo są na spektrum, i okazało się, że wiele standardowych wskazań po prostu dla nich nie działa - czasy rytuałów, sekwencje kroków, cisza i skupienie przez dłuższy czas. I zaczęłam się zastanawiać, czy tradycja jest po to, żeby ją odtwarzać, czy po to, żeby z niej wyciągać coś żywego.
To pytanie o usztywnienie tradycji jest naprawdę złożone. W nordyckich praktykach runicznych też to widać - mamy np. Eddy, mamy zapisy skaldzkie, ale nikt z żyjących praktyków nie był przy tym, jak te rytuały wyglądały naprawdę. Wszystko jest rekonstrukcją. I albo traktujesz ją jak nienaruszalny kanon, albo rozumiesz, że już samo jej zapisanie było czyjąś interpretacją. Co do neuroróżnorodności - właśnie to mnie w tym temacie najbardziej ciekawi, bo w tradycjach szamańskich jest całkiem sporo wskazówek, że stany odmienionej świadomości, które u osób neurotypowych wymagają długiej pracy, u osób z ADHD potrafią pojawiać się niemal samoistnie. Tylko nikt tego nie opisuje wprost jako zasób, bo tradycja pisana powstawała w określonych kulturach, które miały swoje normy.
Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem to, o czym piszesz, Bernadetkaa. Mówisz, że osoby z ADHD łatwiej wchodzą w stany odmienionej świadomości - ale skąd to wynika? Z rozproszenia uwagi? Bo to trochę brzmi jak powiedzenie, że brak skupienia to zaleta w rytuałach, a intuicyjnie wydaje mi się, że skupienie jest właśnie kluczowe.
To co opisuje Bernadetkaa ma sens z perspektywy runologicznej też. Wielu galdrów nie śpiewało się w ciszy i skupieniu - to była ekspresja głosowa, ruch, czasem bliskie transu. Eddaiczne opisy wróżbiarstwa seiðr mówią o wibracji, śpiewie, o tym że praktykujący był w pewnym sensie poruszony. Statyczny ceremoniał to bardziej tradycja zachodnia, greko-egipska, hermetyczna. Czy Izoldka69 miałaś na myśli głównie ceremoniał hermetyczny, kiedy pisałaś o usztywnaniu? Bo to może sporo zmienia to, jak patrzymy na możliwe adaptacje.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się nad jedną rzeczą - mówicie o dostosowaniu rytuałów, ale kto ma decydować o tym, co jest dopuszczalną adaptacją, a co już wypaczeniem? Bo to chyba jest właśnie sedno tematu wątku, prawda? Ten 'autorytet magiczny bez dogmatyzmu' to trochę paradoks - jak mam autorytet, skoro nie trzymam się żadnych zasad?
Ta kwestia autorytetu przez ortodoksję to chyba głębszy problem kulturowy. W zachodnich tradycjach ezoterycznych mamy tendencję do legitymizowania się poprzez linie przekazu - 'uczył mnie X, który uczył się od Y, który był w takiej a takiej loży'. W wielu tradycjach szamańskich i politeistycznych autorytetu nie nadaje linia, ale praktyka i jej efekty. Czy ktoś z was miał doświadczenie z osobami, które bardzo trzymają się linii przekazu, ale ich praktyka jest martwa? Pytam, bo wydaje mi się, że to drugie - żywa praktyka bez certyfikatu - jest częstsze niż by się zdawało.
Mnie to pytanie o linię przekazu zawsze trochę śmieszy w kontekście magii przedmiotowej. Żaden amulet nie pyta, kto cię uczył. Kamień nie sprawdza twojego certyfikatu. I generalnie w litoterapii czy w pracy z obiektami magicznymi, takimi jak laski, węzły, woreczki - całe to podejście 'od mistrza do ucznia' jest właściwie nieweryfikowalne. Natomiast jest coś, co jest weryfikowalne - czy umiesz obserwować, co się dzieje. Czy masz jakiś system rozróżniania tego, co przynosi efekty, a co nie. I to nie jest kwestia systemu, do którego należysz.
Czytam was i mam pytanie może trochę z boku - jak wy w ogóle weryfikujecie, czy modyfikacja rytuału 'zadziałała'? Bo to mi się rozmywa. Jak ktoś dostosowuje rytuał do swoich potrzeb i mówi, że teraz działa lepiej - co to znaczy lepiej? Lepiej się czuje? Coś się wydarzyło w życiu? Bo to są bardzo różne rzeczy.
Dobre pytanie, Gabrysieńka50. I myślę, że tutaj właśnie ukrywa się część problemu z tym 'autorytetem bez dogmatyzmu'. Bo jeśli rezygnujesz z zewnętrznego kryterium (tradycja mówi, że tak ma być), to musisz mieć wewnętrzne - a to wymaga sporej uczciwości wobec siebie. Ja przez długi czas miałem problem z odróżnieniem 'działa, bo poczułem coś intensywnego' od 'działa, bo zaszła realna zmiana'. To są zupełnie różne poziomy. I tu neuroróżnorodność komplikuje sprawę, bo osoby z intensywnym przeżywaniem emocjonalnym mogą mieć fałszywe poczucie głębokości doświadczenia.
Czytam i zastanawiam się - czy mówicie tylko o dostosowaniu formy rytuałów, czy też o tym, że sama magia, jej teoria, powinna być jakoś inaczej opisana? Bo to jest duża różnica. Jedno to powiedzenie 'rób to samo, ale inaczej'. Drugie to powiedzenie 'może nasze modele tego, co magia robi, są zbyt wąskie'.
Ale czy ktoś w ogóle próbował opisywać modele magii z uwzględnieniem różnorodności neurologicznej? Bo mam wrażenie, że cała ta rozmowa jest trochę pionierska i nikt z nas nie ma gotowej odpowiedzi, tylko intuicje.
Przepraszam, że wskoczę, ale nie do końca rozumiem jednej rzeczy. Mówicie o autorytycie magicznym - ale co to w praktyce znaczy? Że ktoś inny cię uznaje za autorytet? Że ty sam siebie tak traktujesz? To są dla mnie dwie dość różne rzeczy i nie wiem, o którą wam chodzi.
Mam wrażenie że ta rozmowa sama w sobie jest dowodem na to, że da się budować coś sensownego bez opierania się na jednym systemie. Wchodzi tu ceremoniał, runy, chaos magic, psychologia poznawcza - i jakoś to się trzyma. Może właśnie o to chodzi z tym autorytetem - o umiejętność prowadzenia takiej rozmowy i wyciągania z niej czegoś użytecznego, a nie o to, żeby mieć jedną odpowiedź.
no właśnie, to co mówi Chryzoprazka86 mi sie też kręciło w głowie. bo co my właściwie rozumiemy przez to że rytuał 'działa'? jak ktoś z ADHD zrobi coś całkowicie inaczej niż podręcznik mówi i czuje że zadziałało - to jest magia czy samoregulacja nerwowego układu? i czy to w ogóle ma znaczenie rozróżnienie?
To rozróżnienie, o które pyta Janeczka, jest według mnie kluczowe, ale nie dlatego, że jedno jest 'prawdziwe' a drugie nie. Raczej dlatego, że od odpowiedzi na to pytanie zależy, jak budujesz dalej. Jeśli to samoregulacja - optymalizujesz pod układ nerwowy. Jeśli coś poza tym - potrzebujesz innych kryteriów. Problem w tym, że większość praktyków nie zadaje sobie tego pytania wprost.
Słuchajcie, mam konkretny przykład z pracy z obiektami. Przez jakiś czas pracowałem z kimś, kto ma silny tik i nie jest w stanie utrzymać przez dłuższą chwilę obiektu w bezruchu. Dostosowaliśmy ładowanie amuletu do rytmu ruchu, nie wbrew niemu. I nie mam pojęcia, czy 'zadziałało' w sensie metafizycznym, ale wiem, że osoba ta przestała traktować swoje ciało jako przeszkodę w praktyce. Czy to wystarczy? Dla mnie - tak.
Wchodzę tu z nieco innej strony - mówiliśmy wcześniej o tym, kto decyduje o tym, co jest adaptacją, a co wypaczeniem. I mam wrażenie, że odpowiedź Zdzichu jest jedną z możliwych: ty decydujesz, bo ty masz dostęp do tego, co się dzieje. Ale to zakłada dużą samoświadomość. A co jeśli ktoś tej samoświadomości nie ma i adaptuje tak, że gubi sam siebie?
Przepraszam że się wtrącę, bo jestem trochę z innego porządku niż wy, ale to co mówi Celestyna_91 wydaje mi się bliskie temu, co widzę w pracy z czakrami - tam też jest pytanie, kto weryfikuje, czy energia 'płynie'. I często odpowiedź jest taka, że drugi człowiek widzi rzeczy, których ty sam nie widzisz. Nie wiem, czy to analogia, ale chyba pasuje?
ale co jeśli ktoś po prostu nie ma tej wspólnoty? bo nie każdy ma grupę praktyków w pobliżu, a online to inna dynamika. i może właśnie dlatego ludzie z neuroróżnorodnością częściej pracują sami - bo grupy rytualne mają swoje normy, tempo, strukturę, i to też może być bariera
I właśnie tu wracamy do autorytetu - praca solo wymaga, żebyś była swoim własnym weryfikatorem, korektorem, mentorem. To jest ogromne obciążenie. Nie niemożliwe, ale wymaga czegoś, co Czeslaw nazwał wcześniej uczciwością wobec siebie. I myślę, że właśnie dlatego dziennik magiczny jest tak mocno zalecany - nie jako dogmat, ale jako próba zbudowania minimalnej zewnętrzności wobec własnych doświadczeń. Chociaż rozumiem, co pisała Bernadetkaa o tym, że sam format dziennika bywa niesprzyjający.
Słuchajcie, ale chyba trochę komplikujemy coś, co niekoniecznie musi być tak skomplikowane? Tarot też nie ma jednej szkoły i każdy czyta trochę inaczej - Waite, Thoth, Marseille - i jakoś nikt nie ma z tym problemu. Może z rytuałami jest tak samo i to kwestia tego, żeby po prostu wybrać to, co dla ciebie działa?
właśnie - bo przez całą tę rozmowę zakładamy, że coś takiego istnieje, ale nikt nie powiedział wprost co. Intencja? Stan? Sekwencja? Czekam aż ktoś powie co jest tym absolutnym minimum, bez którego nie ma rytuału, tylko ruchomizna
Intencja i zmiana stanu - to chyba minimalny zestaw, na który zgodziłoby się najwięcej tradycji, niezależnie od siebie. Reszta to systemy, które w różny sposób do tego prowadzą. Ale nawet to jest kontestowalne - są szkoły, dla których intencja to przereklamowany koncept wywodzący się z new age, a nie z klasycznej ceremonialności.
Dobra, ale to co mówi Celestyna_91 wymaga doprecyzowania. Bo 'intencja i zmiana stanu' to brzmi jak minimum, które każdy może zaakceptować właśnie dlatego, że jest tak ogólne, że prawie nic nie wyklucza. Czy to jest rdzeń, czy po prostu największy wspólny mianownik, który pozwala wszystkim czuć się inkluzywnie? To nie to samo.
ale czy tu nie chodzi o to że 'zmiana stanu' to też jest nieostre? bo dla kogoś z ADHD stan bazowy już jest dość zmienny i nie zawsze wiadomo od czego się zmienia i do czego. a dla kogoś z aleksytymią intencja może być intelektualna, bez żadnego ładunku emocjonalnego. to nadal liczy?
Mam pytanie do Bernadetkaa i Janeczki - mówicie o aleksytymii i intencji intelektualnej, ale jak to wygląda przy pracy z obiektami? Bo przy ładowaniu amuletu tradycyjne systemy bardzo często zakładają właśnie ten moment emocjonalny - 'wlanie czegoś' w przedmiot. Jeśli tego nie ma, to co jest substytucją? Powtarzalność? Gest?
to trochę filozofia języka zamiast magii już 🙂 ale serio - chyba zależy co masz na myśli przez 'ten sam rytuał'. ten sam tekst, gesty? ta sama funkcja? ten sam efekt? bo każda odpowiedź daje ci inne kryterium i żadne z nich nie jest obiektywnie lepsze
