Bolo pyta o coś ważnego i myślę że to jest sedno tej całej dyskusji. Z tym korzeniem co opisywałam - też nie umiałabym powiedzieć jak wiedziałam. Po prostu nie wzięłam go za trzecim razem i nie czułam żalu ani wątpliwości. Nie było momentu decyzji, był brak oporu. Może to jest właśnie ten sygnał, nie obecność czegoś, tylko nieobecność oporu w obie strony.
Celestyn dotknął czegoś co siedzi mi od dawna. Mówimy o spontanicznych działaniach, ale może to jest nieprecyzyjne słowo. Spontaniczne nie znaczy nieświadome, znaczy że nie ma planu wykonanego z wyprzedzeniem. Rozpoznanie o którym pisze Celestyn to jest właśnie ten moment, który albo jest albo go nie ma. I wydaje mi się że da się go rozwijać, ale nie przez ćwiczenie rytuałów, tylko przez - nie wiem - bycie bardziej obecną w przestrzeni fizycznej.
To mnie zastanawia jak to wygląda na co dzień. Bo 'być bardziej obecną w przestrzeni fizycznej' to brzmi jak hasło z jakiejś aplikacji do uważności. Czy to nie jest po prostu uważność przepakowana w ezoteryczny język?
Wezuwianit53 trafia w coś ciekawego. Gibson pisał że percepcja jest bezpośrednia, nie zapośredniczona przez reprezentacje mentalne. Środowisko mówi do działającego ciała, nie do umysłu który przetwarza dane. Jeśli to przełożyć na praktykę - te impulsy przy znaleziskach mogą być formą percepcji ekologicznej właśnie. Nie 'czuję że to jest moje' w sensie emocjonalnym, ale 'to miejsce, ten przedmiot, to działanie - pasują do siebie' na poziomie fizycznym.
Hm, ale jeśli to jest percepcja ekologiczna w Gibsonowskim sensie, to wszyscy powinni ją mieć, bo to jest mechanizm ewolucyjny. A jednak nie każdy zbiera kamienie z chodnika i nie każdy czuje że czas puścić pióro z balkonu. Skąd różnica?
czyli żeby dobrze rozumiem: to nie chodzi o żadne specjalne zdolności, tylko o to na czym skupia twoja uwaga? i mozna to trenować przez zwykłe bycie na zewnątrz, nie w sensie ceremonii ale w sensie chodzenia po lesie czy parku?
Filomena mówi o czymś co jest moim zdaniem podstawą całej tej praktyki. Nie ma tu skrótu przez rytuał czy formułę. Jest tylko to, że albo jesteś w miejscu albo cię nie ma. I ta rozmowa właściwie cały czas to krąży wokół tego, czy to jest magia, czy nie. A może ważniejsze pytanie brzmi: czy to zmienia coś w twoim doświadczeniu codzienności? Bo jeśli tak, to etykietka nie ma znaczenia.
Tosieczka pisze że albo jesteś w miejscu albo cię nie ma, i że może nie ma znaczenia jak to nazwiemy. Ale właśnie mam z tym problem, bo jak nie ma nazwy, to jak rozmawiać o tym z kimś kto dopiero zaczyna? Tzn. co mówisz osobie, która chce 'zacząć z magią ekologiczną' - idź na spacer bez telefonu? Serio pytam, nie ironicznie.
Bolo trafił w coś, o czym rzadko się mówi wprost. Ten moment wewnętrznego komentarza - 'o, to jest znak' - to jest właśnie moment wyjścia z doświadczenia. Sama wielokrotnie na tym się łapałam. I paradoksalnie te rzeczy które zapamiętałam bez żadnego wysiłku, bez 'powinienem to zapamiętać', okazywały się ważniejsze niż te które skrupulatnie notowałam na gorąco.
Ale czekajcie, czy to nie znaczy że cała ta praktyka jest z definicji niemożliwa do przekazania? Bo jeśli mówię komuś 'nie myśl o tym że to jest znak', to właśnie sprawiam że o tym myśli. To trochę jak paradoks białego niedźwiedzia.
Właśnie, bo to drugie brzmi już jak rytuał z intencją. Który też jest wartościowy, ale chyba jest inną kategorią niż to co tu omawiamy. Chociaż granica między nimi jest chyba płynna, nie?
Magus50 porusza coś, o czym myślałam wcześniej i nie wiedziałam jak to ująć. Intencja nie musi oznaczać planu. Mogę mieć intencję 'chcę być otwarta' i jednocześnie nie wiedzieć na co. To jest inna jakość niż 'idę po konkretny efekt'. I myślę że właśnie ten rodzaj intencji - kierunkowy, bez scenariusza - jest w tej praktyce kluczowy.
Czytałam o czymś podobnym u Ingolda, antropologa, który pisze o chodzeniu jako formie uwagi. Że chodzenie bez celu to nie jest brak działania, to jest szczególny rodzaj działania który otwiera percepcję na to co nieprzewidziane. On to nazywa wayfaring w odróżnieniu od transport - jedno to bycie w drodze, drugie to przemieszczanie się z punktu A do B. I chyba ta ekologiczna magia jest właśnie wayfaringiem.
a mogłabyś powiedzieć co się działo przez te dwa lata skoro nie umiałaś tego opisać? bo to brzmi jakby coś jednak było
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i zastanawiam się nad czymś. Czy ta 'bogatsza mapa' o której mówi Filomena może się też budować przez sny? Bo ja bardzo intensywnie śnię o konkretnych miejscach i potem kiedy tam idę, czuję coś jakby rozpoznanie. Nie wiem czy to ma sens w kontekście tej rozmowy.
Celestyn, masz rację że to inny kierunek, ale właśnie dlatego mnie to ciekawi. Bo jeśli Anusia śni o miejscu i potem je rozpoznaje fizycznie, to co właściwie wyprzedza co? Ciało było tam wcześniej, pamięć jest, ale sen pojawia się jakby niezależnie. To nie jest ten sam mechanizm co spacer bez celu, ale może prowadzi do tego samego miejsca od innej strony.
Wracam do tego co powiedziała Rusalka.2 o aktywnym działaniu, bo czuję że ten wątek za szybko odpłynął. Ona zapytała co z momentem kiedy robisz coś z własnej woli, nie dlatego że coś cię do tego przyciągnęło. I chyba nikt nie odpowiedział na to wprost. Bo ja uważam że to jest osobna kategoria i że spontaniczność którą tu opisujemy dotyczy właśnie tej granicy - kiedy twoja wola i to co wychodzi od miejsca są nie do odróżnienia.
Ale to oddychanie to zły przykład bo to fizjologia, nie magia. Przy oddychaniu wiemy dokładnie co się dzieje biologicznie. Tu mówimy o czymś czego w ogóle nie możemy zweryfikować.
Magus50 pyta o konkrety i rozumiem to pytanie, choć nie jestem pewna czy da się na nie odpowiedzieć tak jak je zadaje. Konkret w tej praktyce wygląda inaczej niż w instrukcji. Jak Filomena mówiła o tych dwóch latach i o tym że zaczęła inaczej pamiętać - to jest konkret. Tylko że go nie widać z zewnątrz, nie da się go zademonstrować.
Właśnie, i to jest mój problem z całą tą rozmową od początku. Że jedynym dowodem jest własne subiektywne odczucie które zmieniło się po czasie. Skąd wiem że to przez te spacery, a nie przez to że po prostu się zestarzałam i zaczęłam inaczej patrzyć na świat?
Ale dlaczego rozczarowujące? Serio. Jakby mechanizm był przyziemny, to czy to zmienia jakość tego co doświadczasz? Filomena mówiła że spacery stały się bogatsze. Czy naprawdę ważne jest czy to za sprawą sił nadprzyrodzonych, czy za sprawą tego że mózg po prostu uczył się nowego rodzaju uwagi?
to pytanie które mnie zawsze trochę blokuje. Jak zaczynam myśleć czym to 'naprawdę' jest, to przestaję to czuć. Jak ze snami - jak za bardzo analizujesz sen rano to go tracisz.
Ale to jest chyba to co robi część tradycji rdzennych? Że wiedzy nie przekazuje się przez tekst tylko przez bycie razem w miejscu i robieniu. Tylko że my nie mamy tej struktury, jesteśmy na forum, rozmawiamy przez klawiaturę. To już jest pojęciowe.
I mimo to coś się tu dzieje. Filomena opisała dwa lata i ktoś ją zapytał co było przez ten czas. Rusalka zadała pytanie o aktywność. Bolo zauważył że analiza niszczy moment. Te pytania zmieniają sposób myślenia nawet jeśli nie dają instrukcji. Może to jest tyle ile forum może dać - nie metodę, ale przesunięcie perspektywy.
To co mówi Pustelnik o tym że coś się tu dzieje mimo klawiaturowego medium - ok, przyjmuję. Ale wróćmy na chwilę do tego co powiedziała Polaryska, bo to pytanie mnie nie opuszcza. Czy mechanizm ma znaczenie. Bo ja chyba nie jestem w stanie powiedzieć że mi nie zależy. Jakby jutro ktoś mi udowodnił że całe moje poczucie kontaktu z miejscami to efekt zmian w korze przedczołowej po czterdziestce, to byłabym... nie wiem. Trochę smutna.
I to jest odpowiedź której szukał Magus50, tylko nie w formie jaką sobie wyobrażał. Konkret nie brzmi jak instrukcja - brzmi jak: zależy mi żeby nie być sama w tym. To jest cel praktyki. I to jest weryfikowalne przez własne życie, nawet jeśli nie przez laboratorium.
Bo nikt tu chyba nie twierdzi że tamto jest mniej magiczne. Raczej że to jest równie magiczne, tylko nikt tego tak nie nazywa.
