Tosieczka, to co opisujesz ma nazwę w pewnych tradycjach. Wu wei w taoizmie to nie jest bezczynność, to działanie bez oporu, bez narzucania kształtu. I dokładnie tak, ciało reaguje na coś zanim pojawia się narracja. W kontekście magii ekologicznej wydaje mi się, że to jest właśnie ten moment kontaktu. Zanim zaczynamy zastanawiać się co to znaczy, już się stało. Pytanie do ciebie, czy tamte żołędzie nadal są na parapecie?
Czytam ten wątek z żołędziami i myślę o tym, że w wielu tradycjach przedmioty zebrane spontanicznie mają inne znaczenie niż te zebrane z intencją. Właśnie dlatego że niosą w sobie ten moment nieuwagi, kiedy nie byłaś jeszcze 'praktykiem', tylko człowiekiem który schylił się po coś. Może to jest właśnie to co Pustelnik mówi o recepcji zamiast woli.
A ja trochę sie gubię znowu. Bo z jednej strony słyszę, że intencja przeszkadza, a z drugiej że intencja jest wszystkim. I teraz nie wiem jak mam podejść do tego parku. Żeby mieć intencję czy żeby nie mieć?
Magus50, ja to widzę tak, idź do tego parku po coś innego. Żeby posiedzieć, żeby pojeść kanapkę, żeby poczytać. I przy okazji bądź. Może to brzmi banalnie, ale kiedy przestałam chodzić do parku 'żeby praktykować' i zaczęłam chodzić żeby odpocząć, to się zaczęło.
Dobra, ale to wracam do pytania które zadałam wcześniej i nikt mi nie odpowiedział do końca. Jeśli magia ekologiczna dzieje się wtedy kiedy nie próbujesz, to jak w ogóle to ćwiczyć? Jak rozwijać coś czego nie można ćwiczyć z zamiarem rozwijania? To wygląda jak paradoks.
Jasminka, to paradoks, który pojawia się w wielu tradycjach i nie mam na niego zgrabnej odpowiedzi. Ale mogę powiedzieć jak to widzę. Ćwiczysz nie samą magię, tylko swoją zdolność do bycia obecnym. To jest coś, co się ćwiczy. Siedzisz z drzewem i nie wymagasz niczego. Za pierwszym razem masz świadomość że nie wymagasz. Za dziesiątym razem ta świadomość zaczyna zanikać. Za setnym razem po prostu jesteś. Nie wiem czy to jest magia, ale to jest coś, co można rozwijać z zamiarem i co z czasem przestaje potrzebować zamiaru.
Też się nad tym zastanawiam, bo ja medytuję od dłuższego czasu i szczerze nie wiem czy mi to pomaga w tym co tutaj opisujecie. W medytacji jest właśnie ta intencja, siadam żeby medytować, wracam do oddechu kiedy odpływam. A tu jakby tej struktury nie ma i czuję się trochę zagubiona.
Wchodzę w to, bo dla mnie jest tutaj coś, co mnie trochę zastanawia. Mówimy o magii ekologicznej jako o czymś co dzieje się bez zamiaru, kiedy 'po prostu jesteś'. Ale magia jako taka, w większości tradycji, zawiera element woli. Nawet w tych bardziej naturalistycznych podejściach, w tradycji cunning folk, w różnych postaciach witchcraftu, jest zaklinający i jest kierunek. Co wy rozumiecie przez magię ekologiczną? Bo może my mówimy o różnych rzeczach.
No i znowu mi się miesza. Rusalka pyta o tradycje i wolę, Helenka mówi o woli wyłaniającej się z kontaktu. Czy jest jakiś przykład z życia? Coś konkretnego, nie teoria. Bo wszystko brzmi sensownie i nic nie jest jasne.
Filomena to jest prawie identyczne do mojej brzozy. Pytanie które mam to, czy to musi byc las? Bo nie każdy ma las pod ręką. Ja mam park miejski i zastanawiam się czy to jest to samo, czy jednak coś innego.
Myślę o tym od początku wątku i mam wrażenie, że miejsce ma znaczenie, ale nie w sensie prestiżu. Park miejski może działać tak samo jak las, a nawet drzewo przy bloku. Chociaż jest jedna różnica którą czuję. W miejscach gdzie jest dużo ludzi jest dużo szumu, nie akustycznego tylko jakiegoś innego. Trudniej mi się zatrzymać przy drzewie w centrum niż w bardziej odległym miejscu. Ale to może być moje.
Ja mam dokładnie ten sam problem z 'szumem' jak to opisujesz. I czytałam gdzieś, nie pamiętam gdzie, że w tradycjach rdzennych nie ma takiego podziału na miejsce sakralne i zwykłe, ale jest rozróżnienie na miejsca gdzie można się zatrzymać i miejsca gdzie zatrzymanie jest trudne. I to niekoniecznie pokrywa się z pięknem czy oddaleniem od cywilizacji.
Wezuwianit53 dobrze to ujęłaś. W tradycji celtyckiej są miejsca zwane 'thin places', cienkie miejsca, gdzie przepływ między tym co widzialne i niewidzialne jest łatwiejszy. I co ciekawe, część z nich to miejsca przy rozstajach dróg, przy studniach w środku wsi, przy drzewach rosnących blisko domów. Żadna z tych lokalizacji nie jest 'dzika'. Więc ten szum miejski nie musi być przeszkodą strukturalną, może być tylko przeszkodą dla ciebie w danym momencie.
Ale to jest zbyt łatwe. Jeśli tak patrzymy, to autosugestia jest nieodróżnialna od magii. I nie mówię że magia nie istnieje, mówię że jeśli nie ma żadnego kryterium różnicującego, to jak w ogóle o tym sensownie rozmawiać?
Czyli możliwe, że całe życie ktoś to robił i nie wiedział że to magia? To jest trochę dziwna myśl.
Magus50 ja tak mam dokładnie z tą brzozą, cały czas mi się wydawało że to po prostu odpoczywam od pracy i od ludzi. I dopiero po przeczytaniu tego wątku pomyślałem może jednak coś więcej sie tam dzieje. Nie zmieniam nic co robię, ale patrzę na to inaczej.
Wracam do wątku Tosieczki z tymi żołędziami, bo mi nie daje spokoju jedna rzecz. Mówisz że wzięłaś je bez zamiaru i teraz nie wiesz co z nimi zrobić, i może to jest właśnie to. Ale w tradycji wedyjskiej i w wielu innych podejściach do pracy z przedmiotami, to co zbierzemy bez zamiaru wymaga potem pewnego rodzaju rozpoznania. Nie rytuału, nie skomplikowanego gestu, po prostu momentu w którym pytasz się: co to jest dla mnie, dlaczego to jest tu. Robiłaś coś takiego?
Zastanawiam się nad tym co Tosieczka powiedziała o siedzeniu z żołędziami i słuchaniu bez słów. Bo to jest właściwie opis pewnej praktyki, którą w tradycji szamańskiej nazywa się 'plant communication' albo 'nature communion', tylko że tam jest zwykle jakaś rama, intencja wejścia w kontakt. A tu wszystko stało się bez ramy. Więc pytanie do Tosieczki: czy to siedzenie z nimi za każdym razem wyglądało tak samo, czy różniło się?
Różniło się dość mocno. Raz było spokojne, niemal nudne. Raz miałam wrażenie jakiegoś ciśnienia, nie fizycznego, ale jakby coś chciało być zauważone. I raz, jeden jedyny raz, poczułam że mogę je po prostu odłożyć i wszystko będzie w porządku. Więc je odłożyłam i rzeczywiście coś w tej całej sytuacji się zamknęło. Ale do dziś nie wiem czy to był efekt mojego siedzenia z nimi, czy po prostu czas to załatwił.
To z tym ciśnieniem, które mówisz, że chciało być zauważone, mam bardzo podobne doświadczenie z korzeniem który znalazłam przy jakiejś wywrotce po wichurze. Taki korzeń bez drzewa, sam, dziwnie skręcony. Wzięłam go i przez jakiś czas leżał u mnie i miałam dokładnie to co opisujesz. Jakby nie był jeszcze gotowy żeby być czymś, ale też nie chciał być ignorowany. Co zrobiłaś z tymi żołędziami ostatecznie?
Zakopałam jeden w ogrodzie. Nie wiem dlaczego, po prostu tak poczułam. Dwa zostały na parapecie. Jeden dałam córce, bo wzięła go do ręki i powiedziała 'o, ładny' i już jakoś wiedziałam że jest jej. Ona ma osiem lat i nie wie nic o żadnej magii, ale może właśnie dlatego miała najczytelniejszy sygnał.
Poczekajcie. Zakopanie żołędzia w ogrodzie to jednak już jest działanie intencjonalne, nie? To nie jest spontaniczne. Więc gdzieś ta granica się przesunęła z 'po prostu zebrałam' na 'robię coś z zamiarem'. Gdzie jest dla was ta granica między spontanicznym a intencjonalnym? Bo mi się wydaje że jedno przechodzi w drugie bez żadnego wyraźnego momentu.
No i tu jest właśnie mój problem. Bo 'odkrywanie' brzmi bardziej przekonująco niż 'nazywanie', ale skąd wiadomo które jest które? Jak to odróżniasz po fakcie?
Jasminka zadaje pytanie do którego nie ma łatwej odpowiedzi i dobrze, że je zadaje. W tradycji druidycznej jest pojęcie 'awen', które jest czymś w rodzaju natchnienia płynącego z relacji ze światem, nie z wewnątrz człowieka samego. I tamta tradycja też nie daje kryterium jak odróżnić awen od własnej projekcji. Zamiast tego mówi żeby patrzeć na owoce, czyli na to co z tego wynika w życiu. Nie w kategoriach dowodu, ale obserwacji. Jeśli po każdym 'odkryciu' nic się nie zmienia, to być może nie o odkrycie chodziło.
Pustelnik czyli robisz coś, obserwujesz efekty i jak nie ma efektów to znaczy że to nie bła magia? To brzmi jak metoda naukowa trochę. Chociaż wiem że to nie o to chodzi.
Dobra, ale mam pytanie do Filomeny z wcześniejszego posta. Ten korzeń od wywrotki, powiedziałaś że leżał u ciebie i czułaś że 'nie jest gotowy być czymś'. Co to konkretnie znaczy? Że miał stać się jakimś przedmiotem użytkowym w magicznym sensie? Czy że sam potrzebował czegoś od ciebie?
Czytam to i myślę, że to co opisuje Filomena jest dość bliskie temu jak niektóre tradycje indiańskie opisują relację z przedmiotami znalezionymi. Nie wiem skąd mam tę wiedzę, chyba z jakiegoś artykułu który czytałam, ale tam jest taki koncept że znaleziony przedmiot przynosi ze sobą własne przeznaczenie i rolą człowieka jest to rozpoznać, a nie narzucić. Ciekawe że Filomena doszła do tego samego bez żadnego kontekstu tradycji.
