Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy da się pracować magicznie bez całego tego teatru, który często widzę opisywany w książkach i na forach. Mam na myśli sytuacje zupełnie zwykłe - sadzenie rośliny, zbieranie wody deszczowej, spacer po lesie. Nie jako 'przygotowanie do rytuału', tylko samo w sobie. Ostatnio wracałam do domu przez park i coś mnie skłoniło, żeby zebrać kilka żołędzi. Bez planu, bez intencji zapisanej wcześniej. Po prostu gest. I to miało jakiś ciężar, który trudno opisać słowami. Ciekawi mnie, czy ktoś pracuje w podobny sposób - bez ołtarza, bez świec, bez wyznaczonej godziny?
To co opisujesz to ma swoją nazwę w niektórych tradycjach - animizm praktyczny albo magia immanentna, w odróżnieniu od transcendentnej. Różnica jest fundamentalna: w pierwszym podejściu nie 'wychodzisz' poza codzienność, żeby spotkać sacrum, tylko zakładasz, że ono jest już wszędzie i wymaga tylko uważności. Żołędzie to akurat bardzo stary temat. W praktykach słowiańskich dąb był bezpośrednio kojarzony z Perunem, ale to nie znaczy, że zbieranie żołędzi wymagało kapłana. Chłopi robili to automatycznie, z szacunkiem, i to wystarczyło. Ale powiedz mi więcej o tym 'ciężarze' - czy to było coś fizycznego, jakby zmiana w ciele, czy bardziej nastrój?
Ja to rozumiem zupełnie inaczej niż przez pryzmat tradycji słowiańskich. Miałam ostatnio podobne doświadczenie z wodą źródlaną przy wędrówce w górach - nie planowałam nic, po prostu przykucnęłam i przez chwilę patrzyłam. I byłam potem inna przez resztę dnia. Ale mnie bardziej zastanawia kwestia intencji. Czy gest bez intencji to w ogóle magia? Bo to by oznaczało, że robimy ją ciągle, bez świadomości.
Słuchajcie, ale czy to nie jest przypadkiem zwykłe uziemienie, o którym teraz wszędzie się mówi w kontekście zdrowia psychicznego? Chodzenie boso, zbieranie kamieni, obserwowanie drzew - to ma udokumentowany wpływ na kortyzol i układ nerwowy. Nie kwestionuję waszych przeżyć, ale zastanawiam się, gdzie kończy się fizjologia, a zaczyna magia. Genuinely pytam, bo nie wiem.
Ale to trochę rozmywa pojęcie magii, nie? Jeśli wszystko może być magią, to właściwie nic nie jest. Chyba musi być jakaś granica, coś co odróżnia świadomy gest od machinalnego.
Zastanawiam się czy to działa tak samo z roślinami, które się hoduje w domu. Mam fiołka, który ma się źle od kilku tygodni i zaczęłam do niego mówić, nie zaklęcia, po prostu mówię. Brzmi głupio jak to piszę, ale zrobiłam to bez zastanowienia. Czy to jest ten rodzaj spontanicznego działania o którym mówicie?
Ja mam pytanie do Pustelnika bo mnie ten wątek uwagi bardzo zaczepia. Czy uwaga musi być skupiona na intencji zmiany, czy może być czysto obserwacyjna? Bo ostatnio dużo siedzę przy wodzie i nie chcę nic zmieniać, po prostu patrzę. I jakoś mi się wydaje, że to też coś robi, tylko w inną stronę - bardziej oczyszcza niż kieruje.
Ok ale jak długo to trwa zanim się coś poczuje? Bo siedzę w lesie regularnie, chodzę na te spacery, nic. Albo ja nie mam tej uwagi o której mówicie, albo po prostu nic się nie dzieje i za bardzo komplikujecie zwykły relaks.
Ja mam pytanko bo się dopiero wgryzam w ten temat. Co z miejscami w mieście? Mam las 40 minut jazdy, rzadko tam dojeżdżam. Czy to może działać przy zwykłym parku, nawet tym zaśmieconym przy blokach? Pytam bo niby to natura ale jakaś taka miejska, skarlała.
Wiek, ale też ciągłość miejsca. Czytałam kiedyś o badaniach archeologicznych, gdzie w tych samych miejscach znajdowali ślady praktyk z różnych epok - brąz, średniowiecze, nowożytność. Ludzie przez tysiące lat wracali do tych samych skał, tych samych źródeł. To coś oznacza, nawet jeśli nie wiemy dokładnie co. Miejsce zapamiętuje, czy raczej my zapamiętujemy przez miejsce?
Czytam tę rozmowę od początku i myślę o tym, co napisała Tosieczka o żołędziach. Coś ją skłoniło i nie był to wybór intelektualny. Mam wrażenie że dużo z tej 'spontanicznej magii' działa przez ciało, nie przez głowę. Chciałam zapytać czy ktoś celowo ćwiczy tę uważność ciała w naturze, czy raczej po prostu się zdarza?
Może nie trzeba odróżniać. Przez wiele lat szukałam tej granicy i coraz bardziej myślę, że ona jest naszym wymysłem. Wróżę od dawna i najlepsze odczyty mam nie kiedy siadam 'ceremonialnie', tylko kiedy coś we mnie cicho już wie zanim karty leżą na stole. Ta wiedza pochodzi skądinąd. Czy z przestrzeni, z ciała, z praktyki? Wszystko naraz, pewnie.
Wchodzę w ten wątek, bo mi się wydaje że gdzieś zgubiłyśmy coś ważnego. Helenka mówi o ciszy przed kartami, Jasminka pyta o dostęp bez praktyki, ale wróćmy do tego co było wcześniej, do uwagi Pustelnika o uwadze i recepcji. Bo mi się wydaje, że właśnie to jest ten 'naturalny dostęp', o którym mówicie. Nie zdolność wrodzona, tylko po prostu nieobecność pewnych nawyków myślowych, które większość z nas przez lata nabyła.
Ok, rozumiem że to nie jest liniowe i nie powinienem pytać o czas, ale co powinienem według was robić inaczej? Bo chodzę, siedzę, czekam i dalej nic. Może po prostu za bardzo myślę o tym żeby poczuć, zamiast po prostu być?
Czytam to i wracam do kwestii ciała, którą wcześniej poruszałam. Bo Magus50 pisze 'za bardzo myślę', i to zdanie jest dla mnie kluczem. Czy ktoś z was wypróbował celowo przeniesienie uwagi z głowy do ciała podczas takiego siedzenia na zewnątrz? Nie jako technikę, tylko dosłownie sprawdzić co się zmieni jak skupisz się na oddechu, stopach, dłoniach, zamiast na tym czy 'to działa'.
A ja mam pytanie do Filomeny bo wcześniej pisałaś o tej lipie i bardzo mi to zostało. Powiedziałaś że 'coś tam jest'. Czy ty widzisz różnicę między zwykłym przywiązaniem do miejsca a czymś co nazwałabyś magicznym? Bo sam mam miejsca w tym parku koło domu do których wracam, ale nie wiem czy to jest przyzwyczajenie czy coś więcej.
Właśnie o tym chciałam powiedzieć od dawna, ale nie umiałam tego ułożyć. Te żołędzie nadal leżą na parapecie. Wzięłam je bez myślenia, zabrałam do domu, i teraz są tam. Nie zrobiłam z nimi nic 'magicznego' w żadnym rozumieniu tego słowa. Ale wyrzucenie ich wydaje mi się niemożliwe. I zastanawiam się czy to jest ta granica o której mówi Jasminka, moment kiedy coś staje się magicznie bez żadnego rytuału dookoła.
Ale to trochę jak mówienie że wszystko może być magią jeśli tak to nazwiemy. Żołędzie na parapecie, stara lipa, siedzenie przy wodzie. W którym momencie to przestaje być magią a zaczyna być po prostu... życiem? Nie złośliwie pytam, naprawdę próbuję to rozgryźć.
To jest dla mnie bardzo bliskie temu, co mówi współczesna psychologia o znaczeniotwórczości. Frankl, Yalom, nawet Jung w pewnym sensie. Tworzenie znaczeń przez małe gesty, miejsca, przedmioty. Tylko że wtedy znowu wracam do swojego pytania sprzed kilku postów: jak odróżnić to od psychologii? Czy jest coś, co magia ekologiczna robi czego psychologia nie ogarnia?
Mój fiołek umarł. Pisałam o nim wcześniej, że do niego mówiłam. I umarł mimo to. Nie wiem czemu to teraz piszę, ale jakoś do tej rozmowy pasuje. Może to głupie szukanie sensu, ale zastanawiam się czy nie było tak, że on już wcześniej był za słaby i moje mówienie do niego było odpowiedzią na coś co już czułam, a nie próbą ratowania. Nie wiem.
Anusia, czytam to i myślę o tym, że w wielu tradycjach towarzyszenie jest równie ważne jak interwencja. Może ważniejsze. Szintoizm na przykład, kami nie zawsze przychodzą żeby coś zmienić, czasem po prostu są obecne. Nie wiem czy twój fiołek 'poczuł' że mówisz, ale ty na pewno byłaś z nim inaczej niż gdybyś po prostu podlała i odeszła.
Ok, to zmienia moją perspektywę trochę. Może pytałem o złe rzeczy cały czas. Nie o efekty, tylko o to czy jestem w kontakcie czy nie. Chyba jednak rozumiem o czym mówicie, tylko mi to zajęło trochę czasu żeby zobaczyć. Spróbuję inaczej następnym razem w tym parku.
Magus50, cieszę się że to widzisz, bo o to właśnie chodzi. Kontakt jest chyba ważniejszy niż efekt, przynajmniej na początku. Ale mam pytanie, bo zaczęłam się nad tym zastanawiać po tym co napisała Anusia o fiołku. Czy towarzyszenie czemuś w umieraniu to też jest magia ekologiczna? Pustelnik, co ty na to?
Filomena, to jest trudne pytanie. Zacznę od tego, że wiele tradycji nie oddziela opieki od magii. W Japonii istnieje pojęcie kigo, sezonowego słowa kluczowego w haiku, które nie opisuje przyrody ale jest próbą bycia w niej obecnym w momencie zmiany. Jesień, obumieranie, to nie jest tło do rytuału, to jest sam rytuał. Więc tak, myślę że towarzyszenie w umieraniu jest pełnoprawną praktyką. Tylko że trudno to zaakceptować, bo nie ma w tym żadnego działania, żadnego sprawczości, po prostu jesteś i czekasz.
Myślę, że Jasminka dotyka czegoś, o czym trochę krążymy od początku tego wątku. Ale zastanawiam się czy pytanie o granicę nie jest już z góry załadowane pewnym założeniem. Że magia jest oddzielną kategorią, którą można wskazać palcem. Przez lata praktyki zauważyłam, że im dłużej to robię, tym mniej zależy mi na nazywaniu. To co się dzieje, dzieje się. Czy to magia czy nie, to już pytanie dla filozofa.
He, przynajmniej wiesz że drzewo nie zawsze ma ochotę na rozmowe 🙂 Ale serio, to co mówisz Helenka bardzo pasuje do tego co czuję przy tej mojej brzozie w parku. Czasem siadm i za 20 minut wstaję i czuję że coś sie zmieniło. A innym razem kompletnie nic. I nie wiem co robię inaczej. Czy ty wiesz dlaczego tak jest?
To mnie uderzyło, bo to samo jest z tymi żołędziami. Wzięłam je bez żadnego zamiaru. Jakby ręka zdecydowała przed głową. I teraz myślę, że może właśnie ten mechanizm, że ciało działa zanim myśl zdąży wkroczyć, jest czymś ważnym. Nie wiem czy to magia, ale to na pewno nie jest zwykłe działanie.
