Ta opozycja wiara kontra nauka jest trochę wymyślona na potrzeby ostatnich dwustu lat. Wcześniej nie było takie oczywiste że to są różne ścieżki. Newton pisał o alchemii z taką samą powagą jak o grawitacji. Paracelsus był lekarzem i okultystą jednocześnie i sam w sobie nie widział w tym sprzeczności. Więc pytanie Vormika - czy można pracować bez wiary - jest pod pewnym względem pytaniem bardzo nowoczesnym, bo zakłada że te dwie rzeczy są oddzielne.
To co mówi Martusia jest dla mnie ważne, bo ja przez długi czas myślałam że jeśli mam wątpliwości to 'nie działa'. I to mnie blokowało bardziej niż cokolwiek innego. Dopiero kiedy przestałam wymagać od siebie pełnego przekonania i zaczęłam traktować to trochę jak eksperyment, cokolwiek zaczęło być możliwe. Nie wiem czy to efekt placebo, nie wiem czy to fizjologia, ale coś się zmieniło w tym jak siedzę z oddechem.
To co Bluszczyk opisuje to chyba dobrze znany problem z biofeedbackiem też - jak za bardzo starasz się osiągnąć stan, aktywujesz właśnie te części układu nerwowego które temu przeszkadzają. Paradoks wysiłku. Dlatego w treningu oddechowym często mówi się żeby 'pozwolić oddechowi się wydarzyć' zamiast go kontrolować. Może w pracy magicznej jest podobny mechanizm, niezależnie od tego jak ją interpretujesz.
Porównanie z kwantową nieściśle, ale intuicja nie jest zła. W tradycji thelemy jest concept 'lust of result' - Crowley wprost pisał że przywiązanie do wyniku sabotuje operację. To nie jest metafora, to jest obserwacja praktyczna powtarzana przez wielu praktyków niezależnie od siebie. Mechanizm jest pewnie inny niż w fizyce kwantowej, ale wzorzec podobny: pewne stany wymagają wycofania ego z centrum.
W tradycji nordyckiej jest na to słowo 'orlog' - coś jak głęboka warstwa przeznaczenia czy wzorca, do której nie docierasz przez forsowanie. Seiðr wymaga wejścia w stan gdzie to ty jesteś przeźroczysta, nie aktywna. Crowley mówił pewnie to samo tylko innym językiem. Chociaż te dwie tradycje mają dość różne założenia, więc może upraszczam.
Dobra, ale to mnie prowadzi do kolejnego pytania: jak w takim razie mam cokolwiek intencjonalnie zrobić, skoro przywiązanie do wyniku sabotuje? Mam chcieć czegoś i jednocześnie nie chcieć żeby to wyszło? To brzmi jak ćwiczenie z podwójnym myśleniem rodem z Orwella. Jak to w praktyce działa u was?
Jak to działa u mnie w praktyce: najpierw formuuję intencję bardzo wyraźnie, wiem czego chcę i po co, potem robię oddech i staram się wejść w stan gdzie ta intencja 'idzie' sama, a ja nie pilnuję czy dotarła. Podobno tak działa też wysyłanie e-maila - piszesz, wysyłasz, odkładasz telefon. Nie czekasz przy skrzynce co sekundę. Nie wiem czy to dobra analogia ale dla mnie działa jako model.
Ta analogia z mailem jest świetna, naprawdę. Nigdy tak na to nie patrzyłam. Znaczy to że można mieć cel, można chcieć żeby wyszło, tylko nie trzeba sterczeć nad tym i sprawdzać co minutę? Mam wrażenie że to w ogóle zmienia sposób w jaki rozumiem to całe 'działanie bez wiary' - może chodzi nie o to żeby nie wierzyć ani nie wierzyć, tylko żeby po prostu odpuścić kontrolę nad wynikiem.
Ta analogia z mailem naprawdę coś mi ułożyła, ale mam pytanie do Sewera - jak długo trwało u ciebie zanim ten moment 'puszczania' przestał być wysiłkiem? Bo u mnie to ciągle jest jakiś akt woli, wiem że mam przestać kontrolować, ale samo 'wiedzenie' to jeszcze nie jest puszczenie.
To jest stary problem filozoficzny, nie tylko w magii. W zen mówi się o 'wysiłku bez wysiłku', wu wei w taoizmie to dosłownie niedziałanie przez działanie. Crowley rozwiązywał to dość radykalnie - pisał że operację magiczną należy wyprzeć ze świadomości przez celowe zapomnienie, żeby nie miała jak sabotować sama siebie. Co jest oczywiście łatwiejsze do powiedzenia niż zrobienia.
Poczekajcie, Crowley kazał zapomnieć co się zrobiło? To jak to miało w ogóle działać, skoro trzeba coś zapamiętać żeby wiedzieć czy wyszło?
Ta metafora z nasionkiem jest dobra, rozumiem ją intuicyjnie. Ale właśnie to mnie zastanawia - skąd w ogóle wiemy że coś 'wyszło'? Znaczy jeśli po kilku tygodniach coś się zmieni w życiu, to skąd pewność że to efekt oddechu czy rytuału, a nie zbieg okoliczności? Mnie to zawsze blokuje.
Bogdan zadaje dokładnie moje pytanie, które kręci mi się w głowie od początku tego wątku. Bo jeśli jestem sceptykiem, to każde 'to zadziałało' mogę sobie racjonalnie wytłumaczyć czymś innym. I nie wiem czy to jest problem, czy może właśnie to jest uczciwe.
Ale czemu to miałoby być problem? Większość tradycji które znam nie wymaga od praktykującego żeby wyłączył myślenie krytyczne. W germańskiej tradycji galdr - praca z dźwiękiem i oddechem - nie pytali się nawzajem 'czy wierzysz że to zadziała', tylko robili i patrzyli co się zmienia. Efekt był obserwowany, nie udowadniany.
Bogdan, to co opisujesz - że każde 'zadziałało' możesz sobie wytłumaczyć inaczej - to moim zdaniem nie jest wada sceptycznego podejścia, to jest jego siła. Bo jeśli coś się zmienia tak często że nie dasz rady tego zracjonalizować, to może właśnie wtedy zaczynasz zbierać własne dane. Nikt ci nie musi nic udowadniać.
Mnie kiedyś powiedziała jedna osoba z którą rozmawiałam o podobnych rzeczach, że najgorsze co można zrobić to szukać dowodów. Nie dlatego że ich nie ma, ale dlatego że poszukiwanie dowodów zmienia twoje nastawienie i przestajesz obserwować, a zaczynasz sędziować. Wtedy przegapiasz rzeczy które i tak się dzieją.
Wracając do pytania Vormika o sceptycyzm - jest jedna rzecz którą warto zobaczyć: w tradycji hermetycznej 'wiara' nigdy nie była ślepym przekonaniem. Greckie 'pistis' to bardziej zaufanie oparte na doświadczeniu niż dogmat. Sceptyk który pracuje z oddechem i obserwuje, robi dokładnie to co hermetyk który pracuje z oddechem i obserwuje. Etykietka jest inna, praktyka podobna.
To co Leopold mówi trochę zmienia mi optykę. Przez cały ten wątek zakładałem że brakuje mi czegoś co mają inni - jakiegoś wewnętrznego przekonania. A może po prostu pracuję z innym słownikiem i to nie jest dyskwalifikujące. Nadal nie wiem czy będę cokolwiek praktykował, ale przynajmniej wiem że moje wątpliwości nie są przeszkodą strukturalną.
Vormik, a czy po tej całej rozmowie zmieniło się coś w tym jak patrzysz na ten swój oddech? Nie pytam o magię jako taką, ale czy samo myślenie o tym inaczej coś przestawiło?
Dobre pytanie jezynki, bo mnie też to ciekawi. Bo z jednej strony mamy całą tę dyskusję o intencji, nieprzywiązaniu, obserwacji - a z drugiej strony tytuł wątku mówi o oddechu jako praktyce. I cały czas kręcimy się wokół tego ale jakoś nie dochodzimy do: jak konkretnie siada się i to robi. Może właśnie o to chodzi - że nie ma jednej odpowiedzi?
Sewer, twoje pytanie o to jak konkretnie z tym oddechem pracować - mam wrażenie że przez cały wątek wszyscy mówimy o tym na poziomie koncepcyjnym, ale faktycznie nikt nie powiedział 'robię tak i tak'. Ja sam zaczynałem od zwykłego liczenia oddechów, takie klasyczne 4-7-8. Ale potem zacząłem się zastanawiać czy to jeszcze medytacja czy już coś innego, i to mnie tu przyprowadziło.
To ciekawe że wymieniasz 4-7-8, bo to technika która pochodzi od Weila i on sam mówił że nie wie jak to działa, tylko że działa. Trochę podobna historia jak z całym tym wątkiem. Ale wróćmy do pytania - czy jak liczyłeś te oddechy, to miałeś jakąś intencję przy tym, czy to była czysta technika relaksacyjna?
ja też zaczęłam od liczenia i przez długi czas nie widziałam żadnej różnicy między tym co robię a zwykłymi ćwiczeniami oddechowymi z youtube. Dopiero kiedy zaczęłam do tego dodawać cokolwiek - choćby wyobrażenie że wypuszczam coś czego nie chcę - poczułam że to jest inne. Ale nie wiem czy to 'inne' to magia czy po prostu efekt placebo z wyobraźnią.
A czy efekt placebo to w ogóle jest coś złego? Serio pytam, bo mi się wydaje że ludzie mówią 'to tylko placebo' jakby to była obelga, ale przecież placebo działa, prawda?
To jest ważne rozróżnienie które warto zrobić - hermetycy nigdy nie mówili że magia działa 'obok' psychiki, tylko że działa przez nią między innymi. Agryppa w Okultystycznej Filozofii pisał wprost że wyobraźnia jest medium między wolą a skutkiem. Więc pytanie nie brzmi 'czy to placebo czy magia', tylko 'co to mówi nam o tym czym jest magia'.
Zostałem przy tym wątku właśnie przez to pytanie o dowody i Sewer mnie trochę uspokoił wcześniej. Ale teraz Alembik mówi o tym open-label placebo i mam kolejne pytanie - czy to nie znaczy że sam akt decyzji 'robię to celowo' już zmienia wynik, niezależnie od tego w co wierzysz?
Wracając do Bogdana - mam wrażenie że trafił w coś ważnego z tą decyzją. Bo w czakrach jest podobne pojęcie - sankalpa, czyli intencja ustawiana przed praktyką. I co ciekawe, w jodze nidra działa ona zanim wejdziesz w stan relaksacji, nie w środku. Jakbyś programował kierunek zanim ruszysz.
