Zastanawiam się ostatnio, czy ktoś jeszcze czuje, że praca magiczna po prostu... staje się niemożliwa w pewnych momentach roku? Nie mówię o braku chęci, tylko dosłownie o tym, że coś nie idzie. Próbujesz zainicjować rytuał, a jakbyś robiła to przez szybę. U mnie tak bywa późną jesienią, gdzieś między końcem października a grudniem. Nie ma przepływu, nie ma skupienia, wszystko jakby ociężałe. I zastanawiam się, czy to przyroda daje wyraźny sygnał, żeby odpuścić i po prostu przeczekać, czy może to ja coś robię nie tak akurat w tym czasie. Bo słyszałam różne podejścia - jedni mówią, że zima to wręcz idealny czas na rytuały głębokiej intencji, inni że natura śpi i my powinniśmy robić to samo. Jak wy to odczuwacie?
Dokładnie to samo mam z pierwszymi tygodniami po przesileiu letnim. Niby słońce w zenicie, energia powinna być na maksa, a moje runy leżą i patrzą. Raz próbowałam zrobić cokolwiek w lipcu i naprawdę miałam wrażenie, że ciągam coś przez błoto. Czy to może być kwestia tego, że latem wszystko już jest w szczytowym momencie i nie ma dokąd rosnąć? Że magia działa lepiej na wznoszeniu niż na plateau?
Mam odwrotnie i przez długi czas myślałam, że coś ze mną nie tak. U mnie właśnie grudzień i styczeń są absolutnie najlepsze do pracy z przedmiotami, z kryształami, z jakimikolwiek amuletami. Cisza, ciemność, coś jakby skupia się w jednym miejscu zamiast się rozprzestrzeniać. Ale wiosną mam totalny chaos - niby powinnam być pełna werwy, a tymczasem każdy rytuał się rozsypuje po kwadransie bo myślę już o pięciu innych rzeczach. Może to kwestia temperamentu, nie kalendarza?
Problem z tym, że większość tradycji, które mówią o cyklach rocznych w magii, opiera się na klimacie i rolnictwie konkretnego regionu - głównie Europa północno-zachodnia. Cały ten sabatowy koło roku, Samhain jako czas przejścia, Imbolc jako przebudzenie - to ma sens jeśli mieszkasz w Irlandii albo Szkocji, gdzie zima naprawdę jest mrokiem i śmiercią. W Polsce mamy kontynentalne zimy, ale też na przykład prawosławny wschód kraju z zupełnie inną kulturą duchową. Więc zanim ktokolwiek powie że "jesień to czas wyciszenia w magii" - pytam skąd ta wiedza pochodzi i dla kogo była pisana.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie zanim cokolwiek powiem: kiedy mówicie że "rytuał się nie udał" albo że "nie ma przepływu" - co dokładnie macie na myśli? Bo dla mnie to dwa zupełnie różne stany. Jedno to dyskomfort podczas pracy, drugie to brak efektu po. Które z tych dotyczy waszych obserwacji sezonowych?
Ja mam trochę inne pytanie do tego wątku - co z przerwami z innych powodów niż pory roku? Byłam chora przez kilka tygodni i kompletnie nic nie robiłam, bo fizycznie nie mogłam. Potem wróciłam do swoich rzeczy i coś było nie tak, ale nie wiem czy to był "koszt" przerwy, czy po prostu byłam jeszcze słaba i nie zauważyłam. Czy przerwa w ogóle cokolwiek robi z pracą magiczną, czy to tylko nasze wyobrażenie że musi?
a nie myśleliście że to może też chodzić o planety? Bo astrologia transytów bardzo wyraźnie pokazuje kiedy na przykład Merkury retrograde albo Saturn wchodzi w coś trudnego - i to dokłanie wtedy mam wrażenie że ni c mi nie wychodzi. Nie tylko w magii, ale w ogóle. Przerwa wymuszona przez retrograda to chyba nie to samo co przerwa z lenistwa 🙂 Choć co do lenistwa to mam swoje zdanie...
To jest właściwie sedno całego tematu i mało kto to mówi wprost: przerwa z lenistwa to po prostu przerwa. Nie ma w niej żadnej kary wbudowanej. Rytuał to nie subskrypcja, nie traci ważności jeśli nie logujesz się co tydzień. Pytanie jest inne - co chcesz robić z tą pracą i czy przerwa zmieniła twoją intencję, kontekst, stan emocjonalny. Bo to zmienia wynik, nie sama przerwa jako taka.
Wracając do kwestii pór roku, bo trochę odpłynęliśmy - istnieje dość stary podział w tradycji hermetycznej na pracę "aktywną" i "receptywną" i on całkiem dobrze koresponduje z cyklem słonecznym, ale nie w sposób jaki zwykle się przedstawia. Nie chodzi o to że wiosną działasz a zimą odpoczywasz. Chodzi o to że w określonym czasie łatwiej jest wysyłać intencję w świat, a w innym czasie łatwiej ją kształtować wewnętrznie. Zimowe rytuały w tej optyce nie są słabsze, one są po prostu inaczej skierowane. Praca z przedmiotami, z formą, z symbolem materialnym - to jest domena czasu zamkniętego, ciemnego. Letnia praca to projekcja na zewnątrz. Kiedy ktoś mówi że latem nic mu nie wychodzi, to może robić pracę receptywną zamiast projektywnej, i stąd uczucie że coś blokuje.
Czytam to z pewnym sceptycyzmem, bo jestem tu raczej z ciekawości - ale właśnie ta rozmowa jest ciekawa, bo mówicie o własnych doświadczeniach a nie o tym co "powinno" być. Mam pytanie do Heliotropa: skąd to rozróżnienie na aktywną i receptywną pochodzi? Z konkretnego tekstu czy to jest bardziej wspólna wiedza w tych kręgach?
Słyszę tę rozmowę i mam wrażenie że wy wszyscy macie jakieś wewnętrzne termometry, które to mierzą. A ja po prostu nie wiem kiedy jestem w którym trybie. Jak to w ogóle rozpoznać? Czy to jest coś co czujesz natychmiast, czy to raczej widać dopiero po czasie?
Mam pytanie do Otylki albo do kogokolwiek kto robił taki dziennik dłużej - czy wy tam piszecie tylko co robiliście, czy też jak się czuliście przed i po? Bo wydaje mi się że samo "zrobiłam rytuał w czwartek" niewiele mówi.
Mam podobnie z tarotem - jedyny sposób żeby cokolwiek z tego wynieść to prowadzenie zapisów przez dłuższy czas. Przestałam ufać pojedynczym odczytom jako miarodajnym, bo zbyt dużo zależy od dnia. Ale kiedy mam kilkadziesiąt wpisów z podobnego okresu roku, to widać czy coś się powtarza. Nie wiem czy to magia czy po prostu ja, ale to naprawdę działa jako system obserwacji.
To jest jedno z ważniejszych pytań w całej tej dyskusji i nie mam na nie prostej odpowiedzi. Ale powiem jak to u mnie wygląda - zmęczenie chce żebym znikła, schowała się, nie myślała. Gotowość natomiast jest bardziej jak zawieszenie, jakby skóra była bardziej przepuszczalna ale nie obolała. Różnica jest subtelna i naprawdę trzeba to poczuć kilka razy, żeby zacząć to odróżniać. I nadal czasem się mylę.
Mam pytanie trochę z innej strony - czy wy z tymi porami roku i trybami pracujecie też z czymś zewnętrznym, czyli z jakimiś fizycznymi markerami? Bo rozmawiacie o wewnętrznych odczuciach i rozumieniu siebie, ale zastanawiam się czy jest coś co pomaga zakotwić to w konkretnym kalendarzu albo rytmie przyrody, nie tylko w samopoczuciu.
Wracając chwilę do Tosi i jej pytania o zewnętrzne markery - ja faktycznie używam kilku. Faza księżyca to jedno, ale też zaczęłam zwracać uwagę na to kiedy przyroda robi coś wyraźnego: pierwszy przymrozek, pierwsze długie wieczory, pierwsze śpiewanie ptaków o świcie. Nie wiem czy to "działa" w jakimś magicznym sensie, ale organizuje mi rok inaczej niż kartka z kalendarza.
Mnie to pytanie Terenii trafia mocno, bo przy tarocie mam podobny dylemat. Czy czytać bo jest "dobry czas", czy czytać bo czuję że chcę i coś mnie do tego ciągnie? Przez długi czas stosowałam wyłącznie zewnętrzne markery, i dopiero potem zauważyłam że omijam momenty kiedy jestem naprawdę skupiona ale nie wypada według kalendarza.
Słucham tej rozmowy już od dawna i mam pytanie może naiwne - wy mówicie o rytmach, porach roku, tranzytach, markerach. Ale co jeśli ktoś przez kilka miesięcy w ogóle nie ma żadnego rytmu? Choroba, przeprowadzka, cokolwiek. Czy po takiej przerwie zaczyna się od nowa budować ten rytm, czy zostaje coś z poprzedniego?
Praktycznie wyglądało to tak, że przez pierwsze tygodnie po powrocie nie próbowałam wejść od razu w jakiś konkretny rytm - nie zapalałam świec w nowiu, nie robiłam niczego "bo powinnam". Zamiast tego siedziałam z tym co czuję i dosłownie pytałam siebie: gdzie jesteś teraz? Nie metaforycznie, ale konkretnie - jak jest ciało, jak jest głowa, czy jest gotowość czy tylko chęć żeby już być gotową, bo tęskniłam za praktyką. To są dwie różne rzeczy i po przerwie łatwo je pomylić.
Jasiek poruszył coś ważnego i chcę przy tym zostać chwilę. Bo to pytanie o "powrót do tego samego" ma też wymiar sezonowy - czy po przerwie trwającej powiedzmy przez całą zimę, wróć do praktyki wiosną, to jest ten sam człowiek który ją zaczął? I czy rytmy zewnętrzne - pory roku, fazy księżyca - pomagają w tym że mimo zmiany jest jakaś ciągłość, coś stałego do czego można się przyczepić?
Ja mam wrażenie że właśnie to jest jedna z funkcji zewnętrznych markerów o których mówiłam wcześniej. Nie chodzi o to żeby zsynchronizować się z kosmosem, ale żeby mieć coś co jest większe od twojej aktualnej kondycji i trwa niezależnie od tego przez co przechodzisz. Przeziębienie mnie nie interesuje wiosennego równonocy. I jakoś to działa jak kotwica.
muszę to przemyśleć bo jak czytam wasze opisy to zastanawiam się czy ja w ogóle rozróżniam te stany. Mam wrażenie że u mnie to jest bardziej impulswyne - po prostu w jakimś momencie czuję że teraz, i robię. Nie analizuję czy jestem gotowa. Może powinnam bardziej?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie do wszystkich: czy wy rozróżniacie w ogóle między przerwą wymuszoną a przerwą z wyboru? Bo cały czas rozmawiamy jakby to był jeden rodzaj przerwy, a mam wrażenie że mechanizm powrotu może być zupełnie inny w zależności od tego skąd ta przerwa pochodzi. Choroba to jedno, wyczerpanie to drugie, a świadoma decyzja "nie pracuję przez miesiąc" to znowu co innego.
Jest tu coś co mnie od początku tej dyskusji zastanawia i może czas to powiedzieć wprost. Dużo mówimy o gotowości, o znaczeniu, o stanie wewnętrznym - i to wszystko ma sens. Ale jest tradycja myślenia o rytuale, szczególnie ta bardziej ceremonialna, w której stan wewnętrzny praktykującego jest wtórny wobec poprawności samego rytuału. Że forma trzyma, nawet jeśli ty nie trzymasz. Nie mówię że się z tym zgadzam, ale to nie jest marginalny pogląd. Czy ktoś z was kiedyś świadomie pracował z tego założenia?
Heliotrop i Jasiek otwierają coś co rzeczywiście leży pod całą tą rozmową. Ale mam pytanie - czy ta logika "forma trzyma" działa tak samo kiedy masz przerwę? Znaczy, jeśli rytual jest skuteczny przez swoją formę a nie przez twój stan, to przerwa w ogóle nie powinna mieć znaczenia. A jednak wszyscy tu intuicyjnie czujemy że ma. Co to mówi o tym jak faktycznie rozumiemy to co robimy?
To pytanie Kuni jest bardzo dobre bo dotyka czegoś co często zostaje nieświadomie. Myślę że większość z nas gdzieś po drodze miesza te dwa modele - raz myślimy formalistycznie, raz przez pryzmat stanu wewnętrznego, i nie zdajemy sobie sprawy że to są sprzeczne założenia. Przerwa tylko to ujawnia.
Chcę wrócić do wątku sezonowego bo trochę go zgubiliśmy, a to jest przecież temat tej rozmowy. Zastanawiam się czy ta kwestia "forma vs stan" nie ma akurat wymiaru sezonowego - bo są tradycje gdzie pewne rytuały są przypisane do konkretnych momentów roku i tam właśnie forma jest ważniejsza, bo data i czas są częścią formy. A praktyka osobista, codzienna, opiera się bardziej na stanie. Może przerwa różnie wpływa w zależności od tego z którym typem masz do czynienia?
