Ten sankalpa mnie interesuje, bo to brzmi jak coś co mogę zrobić nie wierząc w nic konkretnego. Po prostu ustawiam kierunek. Sewer, a jak ty to konkretnie robisz - mówisz to głośno, zapisujesz, tylko myślisz?
różnie. Przez jakiś czas zapisywałem, teraz raczej formuła w głowie powtarzana trzy razy przed wejściem w oddech. Ale zauważyłem że zapisywanie ma to do siebie że zmusza cię do precyzji - jak próbujesz zapisać intencję i wychodzi Ci półtorej strony, to znaczy że jeszcze nie wiesz co chcesz. Krótka intencja wymaga żebyś to przemyślał.
To z precyzją intencji jest naprawdę trafione. Ja mam notatnik gdzie zapisuję przed i po, i faktycznie te pierwsze wpisy były straszliwie mętne. 'Chcę żeby było lepiej' - no świetnie, co to znaczy? Teraz staram się pisać jednym zdaniem maksymalnie.
Ale czy ta precyzja nie ogranicza? Tzn. co jeśli rzeczy idą w dobrym kierunku ale innym niż się sprecyzowało?
To napięcie między precyzją a otwartością jest stare jak magia. W tradycji teurgetycznej - Jamblich, Proklus - rozróżniano pomiędzy 'prośbą o konkretny skutek' a 'otwarciem się na ruch boskości'. To drugie było wyższe, ale wymagało więcej praktyki. Może nie jest to kwestia czy precyzować czy nie, ale kiedy i na jakim poziomie pracy.
Leopold, a to 'otwarcie się na ruch boskości' - jak to wyglądało praktycznie? Bo to brzmi bardzo abstrakcyjnie i zastanawiam się czy jest jakaś konkretna technika za tym stojąca czy to bardziej stan który osiągało się przez lata.
To co Martusia mówi o rytmie hymnu i oddechu jako skutku ubocznym - to mi się zgadza z tym co się dzieje w praktyce mantrycznej. Jak śpiewasz lub recytujesz mantrę w określonym tempie, oddech reguluje się sam. Nie musisz o tym myśleć. I w pewnym momencie nie wiesz już czy to mantra prowadzi oddech czy oddech prowadzi mantrę. Może właśnie o to chodzi - żeby zamazać tę granicę.
A ja mam głupie pytanie - bo rozumiem że rytm, mantra, hymn, wszystko fajnie, ale co z nami, zwykłymi ludźmi którzy nie deklamują hymnów ani nie śpiewają mantr? Czy samo liczenie oddechu cztery-siedem-osiem albo cokolwiek robi podobną rzecz? Bo jeśli tak, to ja to robię od roku i nie wiedziałam że to może być coś więcej.
Jezynka, mam dokładnie to samo pytanie od początku tego wątku i dlatego tu jestem. Sam robię to cztery-siedem-osiem i zastanawiam się od kiedy to przestaje być ćwiczeniem z aplikacji do medytacji a zaczyna być czymś co można by nazwać praktyką. I dalej nie mam odpowiedzi.
To rozróżnienie które stawia Vormik jest ważne, ale może źle postawione. Pytanie nie brzmi 'od kiedy to jest magia' tylko 'co sprawia że to jest magia'. W rozumieniu hermetycznym - a wracam do tego bo to tradycja która naprawdę próbowała to systematyzować - kluczowa była nie technika ale operacja woli. Czy liczysz oddech żeby się uspokoić, czy liczysz oddech żeby coś uczynić. To drugie jest rytuałem nawet jeśli technicznie wygląda identycznie.
Bogdan, to pytanie o wolę kontra życzenie - w jodze jest na to inny kąt. Sankalpa to nie jest życzenie, ale też nie jest rozkazem wydanym rzeczywistości. To raczej coś w stylu ustalenia kierunku kompasu przed podróżą. Nie wiesz dokładnie jak dojdziesz ani co po drodze, ale wiesz w którą stronę. Może to pomaga odróżnić jedno od drugiego?
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam pytanie które może jest głupie - czy w ogóle trzeba mieć jakiś cel? Tzn. czy można po prostu robić ten oddech, rytmicznie, bez intencji, i czy to już jest coś czy jeszcze nic?
Czytam ten wątek od początku i chyba to jest pytanie na które nie ma jednej odpowiedzi, zależy od tradycji. W tym co czytałam o magii ceremonialnej intencja jest absolutnie kluczowa, bez niej to tylko ruch powietrza. Ale są tradycje szamańskie gdzie samo wejście w stan zmienionej świadomości przez rytm już coś otwiera, niezależnie od tego co sobie życzysz.
Loreta, to co piszesz o rytmie otwierającym coś niezależnie - to mnie trochę niepokoi w sumie. Tzn. jeśli robię to cztery-siedem-osiem żeby zasnąć albo się uspokoić przed trudną rozmową, to czy mogę przypadkowo coś otworzyć nie chcąc? Brzmi może paranoicznie ale pytam serio.
Vormik, rozumiem skąd to pytanie, ale myślę że trochę mitologizujesz ryzyko. Samo rytmiczne oddychanie praktykuje miliony ludzi codziennie w zupełnie świeckim kontekście - pranajama, techniki oddechowe w sporcie, w terapii. Żadna tradycja którą znam nie twierdzi że to automatycznie coś 'otwiera' bez żadnego innego elementu. Kontekst, intencja, wiedza - to wszystko ma znaczenie. Samo liczenie do siedmiu nie jest wejściem do czegokolwiek.
Jezynka, to nie jest sprzeczność, to dwie różne odpowiedzi na dwa różne pytania. Loreta mówiła o rytmie jako o czymś co zmienia stan, a ja mówiłam o ryzyku 'otwarcia' czegoś niechcianego. To nie jest to samo. Zmiana stanu świadomości przez rytmiczny oddech - tak, to się dzieje, i to naukowo zbadane. Ale z tego że coś się zmienia w stanie nie wynika automatycznie że jesteś eksponowany na cokolwiek złego. Te dwie rzeczy są rozdzielne.
Loreta, nie przepraszaj, bo twoje pytanie mnie ruszyło i myślę że to było zasadne, nawet jeśli się bałem. Ale ta zmiana na 'zwiększona wrażliwość' to już coś z czym mogę pracować. Tylko teraz mam inne pytanie - na co konkretnie ta wrażliwość? Na własne myśli, na otoczenie, na coś innego?
Jeśli mogę wejść w ten wątek - w kontekście pranajamy mówi się o tym jako o wyostrzeniu percepcji. Ale to jest szerokie słowo. U mnie to wyglądało tak że po dłuższej praktyce zacząłem bardziej zauważać własne wzorce myślenia, jakby z odległości. Nie wiem czy to jest 'wrażliwość na coś zewnętrznego' czy po prostu lepszy wgląd we własne procesy. Może to jest to samo.
To pytanie które stawia Bluszczyk - spokój jako warunek czy rytm jako przyczyna - jest właśnie tym gdzie różne tradycje rozchodzą się. W buddyzmie therawady samatha to uspokojenie jako baza, a rytmiczne techniki są wtórne. W niektórych nurtach tantrycznych jest odwrotnie - pranajama jako wejście, spokój jako efekt. Nie wiem które z tego jest bliżej prawdy, ale samo postawienie pytania ma znaczenie dla tego jak pracujesz.
Słuchajcie, ja jestem chyba bliżej tej pozycji sceptycznej niż myślicie, i mogę powiedzieć że nie potrzebowałem żadnych założeń żeby zacząć to robić. Zacząłem od bezsenności. I coś się zmieniło, nie wiem co, ale zmieniło. I dopiero potem zacząłem szukać czy to ma jakąś nazwę. Może to jest właśnie ta kolejność dla sceptyka - najpierw praktyka, potem ewentualnie ramy?
Bogdan, to jest dokładnie moja historia. Aplikacja do snu, cztery-siedem-osiem, i zadziałało. A potem zacząłem się zastanawiać co to jest. I wylądowałem na tym forum pytając czy to magia. Więc może pytanie o sceptycyzm jest trochę nieaktualne w momencie kiedy masz już doświadczenie - bo wtedy szukasz języka, nie przekonania.
A to mi daje do myślenia. Bo ja zawsze myślałam że żeby cokolwiek działało trzeba w to wierzyć z góry. A wy mówicie że możesz mieć doświadczenie pierwsze, a wiarę albo w ogóle nie mieć, albo mieć ją po fakcie. To jest inne niż to co słyszałam zawsze.
To mnie ciekawi - bo jak to się ma do kogoś kto na przykład robi to wszystko i nie czuje nic specjalnego? Czy to znaczy że mechanizm nie zadziałał, czy że zadziałał ale on tego nie rozpoznał, czy że potrzeba czasu? Bo chyba każda z tych opcji ma inne implikacje.
A czy ktoś tutaj wie co fizjologicznie robi ten oddech cztery-siedem-osiem? Bo mam wrażenie że cały czas rozmawiamy o tym od strony tradycji i doświadczenia, ale nikt nie powiedział wprost co się dzieje z ciałem. I zastanawiam się czy to nie byłoby pomocne dla Vormika który szuka odpowiedzi bez gotowych ram.
Alembik, chyba właśnie tu jest sedno. Przez kilka tygodni tej rozmowy doszedłem do miejsca w którym pytanie nie brzmi już 'czy to magia' tylko 'czy potrzebuję tego słowa'. I nie jestem pewien. Ale coś się zmieniło w tym jak do tego podchodzę i to chyba już jest jakiś wynik.
To co Vormik napisał na końcu - że może nie potrzebuje tego słowa - to mnie trochę zatrzymało. Bo ja przez całą tę rozmowę zakładałam że on szuka odpowiedzi czy to magia czy nie. A on mówi że pytanie się zmieniło. Czy to znaczy że samo siedzenie z tym pytaniem coś robi, niezależnie od odpowiedzi?
Mam takie wrażenie że Vormik dotknął czegoś co jest poza dyskusją o sceptycyzmie. Może właśnie to jest ten moment gdzie nie chodzi już o to czy wierzyć, tylko co robić z doświadczeniem które się ma. I to jest już inny rodzaj pytania.
