To by znaczyło, że raz wchodząc w interakcję magiczną z kimś, nie możesz już wyjść bez konsekwencji w obie strony. Trochę jak z relacjami w ogóle - nie możesz zerwać kontaktu 'bez wpływu', bo samo zerwanie już jest jakimś działaniem.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale ten wątek z 'rytuał na siebie kontra rytuał na kogoś' trochę mi się kręci w głowie od początku dyskusji. Bo jest mnóstwo rytuałów, które niby są na siebie - przyciąganie, otwieranie się, praca z własną energią - ale są robione z konkretną osobą w myśli. I co wtedy? To nadal jest 'rytuał na siebie'?
To jest bardzo dobre rozróżnienie i właśnie tu leży chyba największa szara strefa. Rytuał nakierowany na własną zmianę, ale z konkretną osobą jako celem tej zmiany - to nie jest to samo co praca na sobie bez kontekstu. Intencja wyznacza kierunek i jeśli ta intencja ma twarz, to ma też konsekwencje etyczne.
Robiłam różne rzeczy na przestrzeni lat i moje odczucie jest takie, że tak - wyobrażenie konkretnej osoby zmienia coś. Nie potrafię tego udowodnić, ale kiedy robiłam pracę 'na przyciąganie miłości' z konkretnym człowiekiem w głowie, to wyglądało inaczej niż kiedy pracowałam na otwieranie się w ogóle. I skutki były inne. Nie mówię, że jedno jest złe, a drugie dobre - tylko że to są inne działania, mimo podobnej formy.
To co mówi Talizmana trochę mnie zaskoczyło, bo to jest chyba najkonkretniejszy opis z całej dyskusji. Ale mam pytanie - to napięcie, które opisujesz, to jest coś, co sama czujesz, czy zakładasz też, że ta druga osoba coś odczuwa?
Właśnie miałam napisać to samo. Bo jeśli chodzi tylko o twoje własne odczuwanie, to jesteśmy nadal w przestrzeni psychologii. A jeśli zakładasz, że druga osoba coś odczuwa - że to napięcie jakoś do niej dociera - to już jest zupełnie inne twierdzenie i wymagałoby innych uzasadnień.
To rozróżnienie jest według mnie kluczowe dla całego tematu wątku. Praca z własną percepcją, z własnym stanem - to jest coś, co możesz robić bez pytania o zgodę kogokolwiek. Ale kiedy zaczynasz zakładać, że twoje działanie wywiera realny wpływ na czyjś stan wewnętrzny - myśli, emocje, decyzje - to nie jest już tylko twoja sprawa. I to nie jest kwestia tego, czy wierzysz w skuteczność magii. To jest kwestia intencji i tego, co zakładasz robiąc dane działanie.
To mnie trochę przyblokowało, bo tak naprawdę nigdy w ten sposób tego nie rozłożyłam. Przez długi czas myślałam, że 'robię to dla siebie' i to wystarczy jako uzasadnienie. A teraz myślę, że to może być trochę zbyt proste.
mnie interesuje to czy da sie w ogóle ustalic czy cos co sie zrobilo mialo efekt na kogos innego, bo skąd wiadomo ze to akurat to a nie po prostu zbieg okolcznoci? pytam bo w numerologii tez mamy ten problem ze cos sie 'zgadza' ale nie wiemy czy to przyczyna
To jest pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi i myślę, że to jest celowe ze strony natury rzeczy, a nie usterka. Nie mamy dostępu do 'wersji alternatywnej' - jak by potoczyło się bez interwencji. I właśnie dlatego odpowiedzialność trzeba przenieść na intencję, nie na weryfikowany skutek. Bo skutku zweryfikować nie możesz.
To z kolei sprawia, że cała etyka tego dziedzenia opiera się wyłącznie na sumieniu działającego. Co jest trochę niepokojące, bo sumienie to nie jest coś stałego i nie każde sumienie działa tak samo.
To co napisała Nastie trochę mnie zatrzymało. Bo jeśli etyka całej tej dziedziny opiera się wyłącznie na sumieniu działającego, to mamy sytuację, gdzie nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia. I to jest dla mnie ciężkie do przyjęcia, nie dlatego że uważam, że ktoś musi narzucać zasady, ale dlatego że sumienie naprawdę jest różne u różnych ludzi. Ktoś może szczerze wierzyć, że robi komuś dobrze.
To pytanie Gertrudy jest naprawdę dobre i myślę, że odpowiedź leży w tym, co jest obiektem twojego działania. Jeśli działasz na własny stan, własną gotowość, własne otwarcie - to nawet jeśli masz kogoś na myśli, centrum jesteś ty. Jeśli działasz na czyjś stan, czyjąś decyzję, czyjś odbiór ciebie - centrum jest ktoś inny bez jego wiedzy. To nie jest kwestia intencji dobrej czy złej, to kwestia kierunku.
Ale kierunek i tak ustala działający. Więc wracamy do punktu wyjścia - to ta sama osoba decyduje, czy jej działanie jest 'na siebie' czy 'na kogoś'. Nikt tego nie weryfikuje.
A jakie tradycje mają to wyraźnie zaznaczone? Pytam bo nie spotkałam się z tym opisanym wprost, raczej jest to gdzieś między wierszami albo w komentarzach do rytuałów, nie jako zasada fundacyjna.
To ciekawe z tą maat, bo to jest zewnętrzny punkt odniesienia - nie sumienie jednostki, ale jakiś kosmiczny porządek. Czy ktoś wie, jak to konkretnie działa w praktyce? Czy to jest coś, co się czuje, czy tylko teoria?
Nie wiem jak z tą maat, bo nie znam tej tradycji wystarczająco, ale z własnego doświadczenia powiem, że kiedy robiłam coś, co gdzieś w środku wiedziałam, że jest skierowane na kogoś bez jego zgody - to miałam takie fizyczne napięcie przez całą pracę i przez jakiś czas po. Nie wiem czy to sumienie, czy coś więcej, ale to nie było neutralne. Kiedy pracuję naprawdę na siebie, tego napięcia nie ma.
Słucham tej rozmowy i coraz bardziej myślę, że może problem polega na tym, że mamy tendencję do rozróżniania między 'pracą na siebie' i 'pracą na kogoś' jako dwiema oddzielnymi kategoriami, a może to jest spektrum. Czyli - im bardziej konkretna osoba jest w centrum twojej intencji, tym bardziej 'na nią' jest to działanie, nawet jeśli nominalnie jest 'na ciebie'.
To jest bardzo celna obserwacja. I z tego wynikałoby, że nie ma magii całkowicie neutralnej wobec innych, jak tylko wychodzisz poza pracę wyłącznie z własną energią bez żadnego kontekstu zewnętrznego. Każde przyciąganie, każde otwieranie się - gdzieś tam zakłada jakiś kontakt z czymś lub kimś.
A może właśnie to jest clue całego tematu - że w ogóle szukamy granicy, która jest ostra, a jej po prostu nie ma. I zamiast szukać tej linii, lepiej byłoby się pytać: kto jest centrum mojego działania i dlaczego.
ale jak ktos moze byc szczery wobec siebie w tej kwestii jezeli ma naprawde silne pragnienie konkretnej osoby lub sytuacji? to troche jak pytanie alkoholika czy pije za duzo, on tez moze szczerze wierzyc ze nie
To jest dobry punkt, ale mam pytanie - czy taki zewnętrzny sprawdzian nie jest trochę iluzoryczny, jeśli wybieramy go sami? Możemy pytać tarota tak długo, aż dostaniemy kartę, którą chcemy zobaczyć.
I chyba o tę gotowość na 'nie' tak naprawdę chodzi w całym tym temacie o wolnej woli. Swojej i cudzej.
Gertruda, masz rację, że gotowość na 'nie' to jest serce tej kwestii. I chyba dlatego takie działania jak 'przyciągam dobrą energię' albo 'otwieram się na miłość' mogą być naprawdę czyste intencyjnie tylko wtedy, kiedy ta gotowość na odmowę - ze strony świata, sytuacji, osoby - jest naprawdę wbudowana w intencję, a nie tylko deklaratywna. Bo powiedzieć 'chcę tylko tego, co dla mnie dobre' brzmi pięknie, ale zaraz potem można dopisać sobie w głowie, że ta konkretna osoba jest dla mnie dobra - i cały zamek z kart się sypie.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam pytanie do wszystkich ogólnie - czy ktoś próbował pracować z runami właśnie pod kątem tej granicy? Mam na myśli nie tyle wróżbę, ile np. użycie runy jako filtru intencji przed działaniem. Laguz ma taką naturę, że potrafi pokazać, czy coś płynie naturalnie, czy jest przepychane. Zastanawiam się, czy ktoś z was pracuje z czymś podobnym jako rodzajem kontroli przed pracą, nie po niej.
A jak odróżnić opór, który jest informacją, od oporu, który jest po prostu własnym lękiem przed działaniem? Bo to brzmi jak coś, co można bardzo łatwo nadinterpretować w dowolną stronę.
dobra ale jak ktos jescze nie zna swoich reakcji na tyle, zeby to rozroznic, to co ma robic? bo to troche zamkniety krag - najpierw naucz sie siebie, potem dzialaj. a jak sie uczyc siebie bez dzialania?
