Myślę, że oba. Siedzenie z tym i jednocześnie pytanie siebie, czy następnym razem zrobiłabym inaczej. Bo jeśli za każdym razem robię to samo i za każdym razem kończę z tym samym dyskomfortem, to może nie chodzi o energię, tylko o to, że mam jakieś przekonanie, które warto sprawdzić.
Chciałam wrócić do tego, co Cynobryt mówiła o robieniu czegoś nakierowanego na relację, a nie osobę. Bo mi to siedzi. Ja też kiedyś tak próbowałam i miałam wrażenie, że to jest bardziej uczciwe wobec siebie, nie tylko wobec kogoś drugiego. Bo jak myślisz o konkretnej osobie, to zaczynasz ją projektować - wyobrażasz sobie, jak zareaguje, co poczuje. A jak myślisz o relacji jako jakości, to jakoś zostaje w twoim polu.
To jest chyba sedno całej tej rozmowy. Że granica między przyciąganiem a manipulacją nie jest gdzieś na zewnątrz, w technice ani w formie rytuału. Jest w tym, jak bardzo jesteś w stanie być uczciwa ze sobą w danym momencie. A emocje potrafią naprawdę skutecznie zaciemniać obraz.
Tak to rozumiem. I dlatego chyba wiele tradycji magicznych mówi, żeby nie robić niczego w szczytowym momencie emocji. Nie dlatego, że energia jest wtedy 'zła', tylko dlatego, że twój ogląd sytuacji jest wtedy najbardziej wypaczony. Ty sama nie wiesz do końca, czego chcesz.
To ma sens. Choć zastanawiam się, czy to nie jest tak, że właśnie w tych momentach ludzie najchętniej sięgają po rytuały. Bo czują się bezsilni i szukają czegoś, co daje poczucie sprawczości.
Dokładnie. I to jest moment, w którym dobrze jest postawić sobie jedno pytanie: czy robię to, żeby coś się zmieniło na zewnątrz, czy żeby samej poczuć się lepiej. Obie odpowiedzi są ludzkie, ale tylko pierwsza jest tak naprawdę działaniem magicznym w pełnym sensie. Ta druga to bardziej rytuał jako forma regulacji emocjonalnej - co nie jest złe, ale to inne sposób, inny cel.
Tak, problem zaczyna się w momencie, kiedy ta regulacja emocjonalna jest obudowana wizualizacją konkretnej osoby, jej zachowania, jej reakcji. Bo wtedy rytuał jest formalnie 'na ciebie', ale w środku jest ktoś inny.
I wracamy do tego, co mówiła Nastie - że nawet jeśli technicznie kierujesz to do siebie, w głowie masz kogoś konkretnego. Chyba nie ma dobrego wyjścia z tej pętli, jeśli jest się w niej emocjonalnie.
Może to jest właśnie argument za tym, żeby w takich momentach w ogóle nie robić niczego nakierowanego na relacje. Skupić się na czymś zupełnie innym - ochrona, uziemienie, praca z własnym stanem. I dopiero jak emocje opadną, wracać do pytania, czy jest coś, co chcę zrobić.
Może to nie jest pytanie o czas, tylko o to, że w końcu zaczynasz inaczej zadawać sobie pytanie. Nie 'czy ta osoba do mnie wróci' tylko 'czego ja właściwie potrzebuję w relacjach'. To jest taki punkt, w którym możesz zacząć pracować z sobą, a nie z kimś drugim.
I to chyba jest ta granica, o której był oryginalny temat. Przyciąganie to praca z sobą otwierająca przestrzeń. Manipulacja to praca nad kimś, żeby dopasował się do twojej wizji. Problem w tym, że w praktyce jedno potrafi wyglądać jak drugie - i tylko ty wiesz, po której stronie naprawdę jesteś. Albo i ty nie wiesz.
Nie wyklucza, bo to nie jest zero-jedynkowe. Możesz być emocjonalnie zaangażowany i jednocześnie mieć chwile większej klarowności. Problem w tym, że tych chwil nie da się zaplanować. Czasem przychodzą rano, zanim jeszcze do końca się obudzisz i zaczną pracować wszystkie mechanizmy obronne.
Ale to brzmi jak zdanie się na przypadek, nie? Czekam aż trafi mi się chwila klarowności i wtedy oceniam? To chyba nie jest żaden sposób na rzetelną ocenę intencji.
To jest ciekawe, bo mi się wydawało, że właśnie po to są różne struktury rytualne - żeby dać jakiś szkielet, który trzyma, kiedy sama się rozsypujesz. I że to nie jest oszukiwanie, tylko po prostu korzystanie z czegoś, co zostało wypracowane przed tobą.
Właśnie to mi się wydaje najtrudniejsze w całej tej rozmowie. Że forma może być czysta, a intencja nie. I odwrotnie - możesz mieć bardzo szczerą intencję i zrobić coś, co technicznie jest manipulacją. Skąd w ogóle wiadomo, która warstwa jest 'prawdziwa'?
Nie wiem, czy jest jedna prawdziwa warstwa. Może to działa inaczej - może obie warstwy są prawdziwe jednocześnie i skutek jest sumą obu, nie tylko jednej z nich.
Ale jeśli tak, to czy w ogóle ma sens odróżnianie przyciągania od manipulacji? Jeśli zawsze jest mix, to gdzie stawiasz granicę praktycznie?
Mnie to pytanie Apolonki zatrzymało. Bo wydaje mi się, że przez całą tę rozmowę szukamy granicy, która może nie jest ostra. I może to nie jest wada tej dyskusji, tylko po prostu natura tematu.
Okej, ale co to znaczy w praktyce przy pracy magicznej? Że za każdym razem siadasz i analizujesz kontekst? To brzmi jak coś, co może ciągnąć się w nieskończoność.
Ja nie myślę o tym jako o analizie przed każdym działaniem. Bardziej jako o czymś, co robisz ogólnie w swoim życiu - czy w ogóle masz nawyk sprawdzania, czego chcesz i dlaczego. Jeśli masz, to przy rytuałach pojawia się samo, nie trzeba za każdym razem robić z tego projektu.
To uczciwe pytanie. Bo chyba większość ludzi nie ma. I co wtedy - w ogóle nie robić rytuałów dopóki się nie przepracuje przez lata terapii?
No to byłoby absurdalne. Myślę, że chodzi raczej o coś prostszego - czy jesteś w stanie usiąść po rytuałce i zadać sobie pytanie: co tak naprawdę chciałam osiągnąć? I odpowiedzieć uczciwie, nawet jeśli odpowiedź jest niewygodna. Nie zanim, tylko po.
To ciekawe odwrócenie. Zamiast intencja przed - refleksja po. Chyba rzeczywiście jest łatwiej, bo emocje już trochę opadły i nie bronisz już decyzji, którą dopiero masz podjąć.
Daje naukę na następny raz. I daje też coś innego - możliwość cofnięcia lub uzupełnienia działania, jeśli dojdziesz do wniosku, że poszło w złą stronę. Większość tradycji, z którymi miałem do czynienia, zakłada, że rytuał to nie jest jednorazowe zdarzenie, tylko proces, który możesz kontynuować, modyfikować albo rozwiązać.
Poczekaj - 'rozwiązać rytuał'? To znaczy co dokładnie? Że można cofnąć to, co zostało zrobione?
Tak, można rozwiązać rytuał. Nie zawsze i nie każdy, ale to jest możliwe - i większość poważniejszych tradycji ceremonialnych to przewiduje. Chodzi o to, że rytuał tworzy pewnego rodzaju strukturę, która trwa po zakończeniu samego działania. Jeśli ta struktura działa w kierunku, który ocenisz jako błędny, możesz wrócić i tę strukturę zdemontować - zwolnić energię, zamknąć połączenie, cofnąć intencję. Nie jest to cofnięcie czasu, ale jest to zakończenie procesu zanim dobiegnie do końca.
Ale to otwiera kolejne pytanie - bo jeśli rytuał działa 'na kogoś' i chcesz go rozwiązać, to czy samo rozwiązanie nie jest też formą działania na tę osobę? Piszę serio, bez złośliwości. Bo wydaje mi się, że to jest dokładnie ten sam paradoks, tylko odwrócony.
