Ten pomysł z dwoma zeszytami Wery to naprawdę coś co chcę sprawdzić. Ale mam pytanie - ten zeszyt 'po', to piszesz do niego zaraz czy jednak z dystansem? Bo to nadal jest pytanie Prokopa tyle że o połowę systemu 🙂
Sen między rytualem a dokumentacją - to brzmi jak osobna zmienna, którą nikt wcześniej nie wymienił. W niektórych tradycjach sen po rytuale jest celowo uwzględniany jako część pracy, nie jako przerwa. Śnisz coś konkretnego po?
Czyli dokumentujesz też sny po rytuale? To robi się coraz bardziej rozbudowany system - intencja przed, opis w trakcie albo zaraz po, notatka rano, sen między. W którymś momencie zastanawiam się czy samo dokumentowanie nie zabiera więcej czasu niż rytuał.
To jest chyba najrozsądniejsza rzecz jaką tu ktoś powiedział, i mówię to serio bez ironii. Że nie każde działanie wymaga tej samej dokumentacji. Trochę jak z ćwiczeniami - nie każdy trening to plan periodyzacyjny, czasem po prostu wychodzisz pobiegać.
Prokop nieoczekiwanie dobra analogia 🙂 Ale to też odpowiada na pytanie z tytułu wątku - nie zawsze się pracuje poważnie, bo nie każda praca wymaga takiego samego podejścia. I może dokumentacja jest jednym z tych momentów gdzie 'poważnie' można sobie odpuścić - krótsza notatka, żart do siebie w dzienniku, cokolwiek co sprawia że w ogóle piszesz zamiast odkładać.
Żart do siebie w dzienniku - mam takie i jak je teraz czytam, to właśnie te fragmenty są najbardziej czytelne. Nie wiem czemu, ale jak coś zapisałam z lekkim dystansem do siebie, to jest bardziej prawdziwe niż jak próbowałam pisać 'poważnie i precyzyjnie'. Jakby humor obniżał cenzora.
to co Frydka napisala o cenzorze - mam wrazenie ze to dotyczy nie tylko zapisywania ale samego rytualu. jak sie za bardzo pilnujesz zeby wszystko bylo 'jak trzeba' to cos sie zamyka. nie wiem jak to nazwac ale czujesz ze jestes na egzaminie a nie ze cos robisz
Ale jak tu nie myśleć o tym czy robisz dobrze jeśli uczysz się czegoś nowego? Nie rozumiem jak miałbym przestać kontrolować coś czego jeszcze nie znam na tyle żeby to szło automatycznie.
Czyli dokumentowanie jest po to żeby skrócić ten etap uczenia się? Że jak zapiszesz co i jak robiłeś, to szybciej dochodzisz do momentu kiedy możesz przestać się pilnować?
Mam pytanie do Bogusi i w ogóle do wszystkich którzy dokumentują - czy wasze notatki są szczere? Mówię o tym że kiedy piszesz, to czy piszesz co naprawdę poczułaś, czy co chciałaś poczuć? Bo to jest dość ważna różnica i jakoś nikt tego nie poruszył.
Ten problem ze szczerością w notatkach jest poważny i mało kto o tym mówi otwarcie. Ja kiedyś przeglądałam stare zapisy i zobaczyłam wyraźnie jak bardzo chciałam żeby coś działało - zapis był pełen optymizmu którego kompletnie nie pamiętam. Jakby pisała to inna osoba.
To co Frydka mówi o meta-informacji - to trochę zmienia sposób w jaki patrzę na stare notatki. Zawsze myślałam że jak coś jest przekolorowane to jest po prostu złe, nieprzydatne. A tu wychodzi że może być przydatne w zupełnie inny sposób.
ale to tylko dziala jesli w ogole wracacie do starych notatek? bo ja mam caly zeszyt z jakiegos okresu ze prawie do niego nie zagladam bo wiem ze pisalam w zlym miejscu emocjonalnie i nie chce sie z tym konfrontowac. moze to blad
To jest ciekawy wątek sam w sobie - czy dokumentacja którą chowasz przed sobą nadal pełni jakąś funkcję. Bo argument za pisaniem był między innymi taki że pomaga w przyszłości. Ale jeśli wiesz że nie sięgniesz, to czy nadal warto to trzymać, czy lepiej w pewnym momencie spalić? Nie metaforycznie - dosłownie.
Spalenie notatek to jest osobna praktyka i nie wrzucałabym tego do kategorii 'wyrzucanie bo niepotrzebne'. Celowe zniszczenie zapisu po jakimś czasie może być domknięciem, nie porażką systemu dokumentacji. Znam osoby które pracują w cyklu - piszą, trzymają przez jakiś czas, potem palą i zaczynają od nowa.
Dobra, to wychodzi że dokumentowanie może być tak naprawdę kilkoma zupełnie różnymi rzeczami zależy od tego co chcesz osiągnąć - budowanie zasobu wiedzy, rozliczanie się z siebie, albo element samego rytuału który się kończy razem z nim. I może właśnie to wyjaśnia dlaczego tyle osób ma inne zdanie na ten temat - bo mówią o trzech różnych praktykach używając jednego słowa.
To co Oskar podsumował brzmi sensownie, ale mam wrażenie że weszliśmy w temat dokumentacji tak głęboko że prawie zapomnieliśmy o tym skąd to się wzięło. Pytanie było o to czy można się śmiać przy pracy i czy to coś psuje. Jak to się ma do tych wszystkich notatek i zeszytów?
Dobra ale to by znaczyło że humor zmienia jakość dokumentacji? Że śmieszniejsze rytuały generują inne notatki niż poważne? Bo to ciekawe jeśli prawda, ale nie jestem przekonany że tak to działa.
Ja bym to powiedziała inaczej - nie że humor zmienia jakość, tylko że zmienia perspektywę z której piszesz. Jak robiłam coś z lżejszym podejściem, to notatki były bardziej opisowe, mniej oceniające. Pisałam co się stało, a nie co powinno się stać. To jest różnica.
Frydka trafia w coś ważnego. Notatki robione z dystansem - i humor jest jedną z form dystansu - mają inną strukturę. Mniej w nich projekcji, więcej obserwacji. Nie wiem czy to 'lepsze' notatki, ale są może uczciwsze w sensie o którym Felicytka mówiła wcześniej.
ale czy da sie celowo wejsc w ten dystans? bo jak robie cos powaznie i potem mam pisac z dystansem to to nie wychodzi naturalnie. jakbym grala role osoby ktora patrzy z zewnatrz a w srodku nadal jestem w tym
A jak długo powinien być ten czas między jednym a drugim? Bo 'po czasie' to może być tydzień albo rok i pewnie to robi różnicę.
Wróćmy może na chwilę do humoru jako takiego, bo mam wrażenie że rozmawiamy o dokumentacji bardziej niż o tym czy można się śmiać podczas samej pracy. Ja na przykład mam rytuały które z zewnątrz wyglądają groteskowo i wiem o tym w trakcie. I to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie - ta świadomość że to wygląda śmiesznie jakoś mnie uwalnia od perfekcjonizmu.
A ja mam odwrotnie. Jak coś idzie nie tak albo się mylę, to nie śmieję się z siebie tylko denerwuję. I po waszej rozmowie zaczynam myśleć że może to nie jest najlepsze podejście, ale nie wiem jak to zmienić bo to jest reakcja a nie decyzja.
Reakcje też można zmieniać, tylko to jest dłuższa praca. Ale Prokop, pytanie do ciebie - czy ten irytacja kiedy coś idzie nie tak, to jest irytacja na siebie, na rytuał, czy na to że coś nie wyszło tak jak chciałeś?
Chyba na siebie głównie. Że zrobiłem coś źle albo nie dość. Chociaż jak tak mówię to brzmi znajomo, jakbym to już gdzieś słyszał że to jest ten perfekcjonizm.
Właśnie o to chodzi. Humor i dystans, o których mówimy, działają dokładnie na ten mechanizm - że jak możesz się śmiać z własnej pomyłki, to przestaje ona być porażką a staje się po prostu informacją. I to idzie potem do dokumentacji jako coś konstruktywnego.
