Mam wrażenie że to jest podobne do tego jak pracuje się ze snami. Najpierw szybki zapis zaraz po przebudzeniu, bez cenzurowania, a potem ewentualnie refleksja po czasie. Jedno bez drugiego traci coś istotnego.
Ale przy snach masz biologiczny powód żeby pisać od razu, bo inaczej zapominasz. Przy rytuałach raczej nie zapomnisz co robiłeś. Więc czy tu nie chodzi o co innego?
Właśnie to. Sama mam tak że jak wrócę do notatki sprzed kilku tygodni i czytam ją w innym dniu, to widzę zupełnie inne rzeczy. Ale to nie znaczy że któryś odczyt jest trafniejszy - one mówią o czym innym.
mnie sie wydaje ze ten dystans jest jak inna osoba czyta. i chyba wlasnie dlatego widac rzeczy ktore sie pominelo. ale to nie jest juz ta sama praca ktora sie robiło, to jest cos nowego
Okej ale czy nie gubimy gdzieś po drodze tego co było na początku? Rozmawiamy o dokumentowaniu, o dystansie, o tym jak czytać notatki - ale oryginalny temat był o tym czy humor osłabia pracę magiczną. Mam wrażenie że wszyscy doszli do cicho przyjetego wniosku że nie osłabia, i teraz omawiamy szczegóły techniczne.
Ale czy ktokolwiek tutaj sprawdzał to metodycznie? Chcę powiedzieć, celowo robił ten sam rytuał raz z humorem i raz bez, i patrzył na efekty? Bo cała ta rozmowa opiera się jednak na dość subiektywnych odczuciach.
No tak, tylko że skoro nie można tego sprawdzić, to skąd w ogóle przekonanie że humor szkodzi albo nie szkodzi? To jest po prostu tradycja, czyli ktoś kiedyś powiedział i wszyscy powtarzają.
To jest uczciwe pytanie. Chociaż z drugiej strony większość tradycji magicznych wyrosła właśnie z obserwacji i przekazu doświadczeń, nie z eksperymentów. To nie znaczy że są błędne, tylko że mają inną podstawę niż nauka empiryczna.
Poza tym sama kategoria 'efekt rytuału' jest niejasna. Co liczymy jako efekt? Zmianę wewnętrzną, zewnętrzne okoliczności, coś innego? Bez tego nawet metodyczne notatki nie pomogą bo nie wiesz co mierzysz.
Wróćmy na chwilę do humoru, bo Iwetka ma rację że trochę to porzuciliśmy. Moje doświadczenie jest takie - humor który pojawia się spontanicznie w trakcie pracy nie psuje nic, wręcz przeciwnie. Ale celowe wchodzenie w rytual z nastawieniem 'będę się wygłupiać' to inna historia. To jest dla mnie różnica nie w samym humorze ale w intencji.
na to nie ma chyba odpowiedzi w trakcie. moze dopiero wlasnie ta notatka po czasie to pokazuje. albo nie pokazuje i po prostu zostaje z niepewnością
I może właśnie o to chodzi - że pytanie z tytułu wątku nie ma jednej odpowiedzi, i każda próba jej szukania prowadzi do tych wszystkich rozgałęzień o których tutaj rozmawiamy. Nie wiem czy to jest satysfakcjonujące, ale brzmi uczciwie.
Nie kręcimy się w kółko, tylko dochodzimy do czegoś co może być ważniejsze niż odpowiedź na pytanie z tytułu. Że pytanie samo w sobie zakłada jakiś jeden standard pracy magicznej, którego może po prostu nie ma.
Wspólny grunt jest, tylko nie tam gdzie szukamy. Nie w definicji efektu, tylko w samym procesie. To że każdy coś innego liczy jako rezultat nie znaczy że nie możemy gadać o tym jak pracujemy i co przy tym czujemy.
Okej, to wróćmy do procesu. Humor w procesie - co konkretnie czujesz kiedy pojawia się śmiech w trakcie rytuału? Bo mam wrażenie że wszyscy mówimy ogólnie, a nikt nie opisał jak to naprawdę wygląda od środka.
Ja mogę powiedzieć z własnego doświadczenia. Śmiech który pojawia mi się przy pracy ze świecami to jest coś w rodzaju rozładowania - jakby napięcie szło w górę i nagle pęka w śmiechu zamiast w płaczu. I po tym jest jakiś spokój, nie rozproszenie. Ale to nie jest śmiech z czegoś, bardziej przez coś.
Szczerze? Nie wiem. W momencie kiedy to się dzieje nie analizuję czy to kategoria pierwsza czy druga. Po prostu jest i albo pozwalam żeby było albo tłumię i wtedy rzeczywiście coś się psuje.
to co opisuje kielichowa to chyba jest wlasnie to rozroznienie o ktore chodzilo frydce. ze nie chodzi o rodzaj humoru tylko o to czy pochodzi z siebie czy jest nalozone z zewnatrz. tlumienie jest zawsze gorsze niz puszczanie
Oskar zadaje dobre pytania w tym wątku konsekwentnie. I mam wrażenie że właśnie ta sceptyczna perspektywa jest tu potrzebna, bo inaczej za bardzo idziemy w stronę 'czuję i wiem'. Ale czy ktoś ma jakiś konkretny przykład kiedy tłumienie emocji w trakcie pracy dało lepszy efekt niż ich puszczenie?
Nie lepszy efekt, ale inny. Są rytuały gdzie chodzi o skupienie na jednym bardzo konkretnym zamiarze i wtedy każda emocja która się pojawia, czy to śmiech czy smutek, odciąga od tego jednego punktu. To nie jest tłumienie, to jest świadome odkładanie. Różnica jest istotna.
