Ostatnio wróciłam do starych notatek z rytuałów i znalazłam fragment, gdzie sama sobie napisałam w nawiasie: 'świeczka się przewróciła, kot zszedł ze stołu, śmiałam się przez pół obrzędu'. I zastanawiam się teraz - czy to mi cokolwiek zepsuło? Bo z perspektywy czasu: nie. Zamiar był jasny, skupienie wróciło po chwili, efekt przyszedł. Ale przez długi czas myślałam, że magia wymaga jakiejś ceremonialnej powagi na każdym kroku. Nie wiem, czy to jest przekonanie wyniesione z książek, czy z filmów, ale gdzieś głęboko siedziało. Czy ktoś z was świadomie dokumentuje przebieg rytuałów? I czy to w ogóle ma sens - zapisywać też te 'wpadki'?
U mnie to jest wręcz standard - mam zeszyt, gdzie przy każdym rytuale dopisuję co się działo, łącznie z tym co poszło nie tak. Raz zapisałam, że kadzidło zgasło trzy razy z rzędu i byłam zdenerwowana, więc ostatecznie skończyłam bez niego. I co ciekawe, przy kolejnym podobnym rytuale spojrzałam wstecz i zobaczyłam, że tamten mimo wszystko zadziałał. Dokumentacja mi dużo daje właśnie dlatego, że mam porównanie w czasie. Ale rozumiem ludzi, którzy boją się, że notowanie 'na bieżąco' wybija z rytmu albo że sama analityczność psuje klimat. Masz wrażenie, że zapisywanie czegoś w trakcie zmienia twoje skupienie, czy robisz to po fakcie?
Ja prowadzę coś w rodzaju dziennika praktyk od dłuższego czasu i powiem szczerze - największą wartość mają dla mnie właśnie te nieudane albo połowicznie udane wpisy. Jak coś działa za każdym razem identycznie, to nie ma za bardzo czego analizować. Ale jak raz wyszło, a drugi raz nie - i jedyna różnica to że za pierwszym razem byłem w fatalnym humorze i przeklinałem pod nosem w połowie - to nagle masz dane. Serio, to nie jest śmieszne tylko dlatego, że brzmi śmiesznie. Może właśnie ten brak powagi coś odblokował.
To ciekawe co Stachu07 mówi, bo ja z kolei mam odwrotne odczucie - kiedy jestem za bardzo 'w głowie', analizuję w trakcie, to czuję że coś odpływa. Jakby obserwowanie siebie samej z dystansu było sprzeczne z byciem w rytuale. Nie mówię że dokumentowanie jest złe, ale mam wrażenie że u mnie działa tylko post factum. A co do humoru - to w ogóle osobna sprawa. Czy wy traktujecie śmiech w trakcie jako sygnał, że coś poszło nie tak, czy raczej obojętnie?
Nie do końca rozumiem tej rozmowy o humorze, bo dla mnie magia to zawsze było coś wymagającego pełnego skupienia. Czy naprawdę uważacie, że można się śmiać w trakcie rytuału i cokolwiek z tego wyjdzie? Szczerze pytam, bo to mi się kłóci z tym co dotąd czytałem.
Przy okazji tego co mówi Dumortieryt94 - w niektórych tradycjach afrykańskich, jak candomblé czy vodou, trans i posiadanie przez duchy odbywa się przy bardzo głośnej muzyce, śmiechu, krzykach. To nie jest margines praktyki, to jest centrum. Powaga w stylu europejskim to jeden model, nie jedyny. Prokopie, to nie jest zarzut, po prostu warto zobaczyć jak szeroki jest ten temat zanim się uzna że humor 'nie pasuje'.
To co Felicytka pisze o dziennikach - widziałem fragmenty dzienników Aleistera Crowleya i naprawdę, człowiek był w stanie zapisać zarówno mistyczne objawienie jak i to że bolały go plecy i że gospodyni zrobiła za słabą kawę. Wszystko w jednym wpisie. I jakoś nikt z tego nie wyciągnął wniosku, że jego praktyki były nieważne przez tę kawę.
Ale tu pojawia się pytanie, które mnie od początku tej rozmowy kręci po głowie - czy dokumentacja w ogóle może osłabić rytuał? Bo Dumortieryt94 na początku o to zapytała i jakoś wątek poszedł w kierunku humoru, a to chyba trochę inna kwestia. Zapisywanie czegoś to akt analityczny, a analityczność i stan rytualny to dwa różne tryby pracy umysłu. Jak wy to rozdzielacie?
ja sie zastanawiam czy nie ma tu jakis lęk przed tym żeby sie przyznać że sie śmieje albo ze cos nie wyslo, bo jakby potem ktoś przeczyta te notatki to co sobie pomysli. może dlatego ludzie albo nie dokumentuja albo piszą tylko 'udało sie' bez szczegółów. mnie przynajmniej tak bylo przez długi czas.
A czy ktoś z was ma tak, że w ogóle nie prowadzi żadnych zapisków i po prostu... pamięta? Pytam, bo sama nigdy nie miałam cierpliwości do notowania i zastanawiam się czy to jest problem czy po prostu inny sposób pracy.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie z zupełnie innej strony - czy w ogóle zakładacie, że rytuał 'działa' niezależnie od tego czy byliście poważni czy nie? Bo jeśli to kwestia koncentracji i intencji, to poczucie humoru może się po prostu nie liczyć. A jeśli jest jakiś zewnętrzny mechanizm który odpowiada na rytuał, to ten mechanizm chyba nie ocenia czy się śmiałeś. Może po prostu to jest bez znaczenia?
To pytanie Oskara mnie uderzyło, bo właśnie o to chyba chodzi. Przez długi czas myślałam, że muszę wejść w rytuał w konkretnym stanie - skupiona, wyciszona, bez rozproszenia. I robiłam z tego warunek wstępny. Jak mi się coś nie kleił nastrój, odkładałam. A potem zaczęłam eksperymentować i okazało się, że czasem właśnie zmęczony, rozkojarzony umysł nie próbuje kontrolować wszystkiego i coś przez to przepuszcza.
To co opisujecie - ten paradoks nadmiernego skupienia - ma zresztą odpowiedniki w zupełnie innych dziedzinach. Sportowcy mówią o 'overthinking' jako jednej z głównych przeszkód w wykonaniu. Muzycy też. Może rytuał po prostu korzysta z podobnych mechanizmów psychicznych i powaga jako taka nie jest tu kluczem, tylko pewien stopień 'zaangażowania bez napięcia'. Dokumentowanie mogłoby wtedy albo pomagać, albo przeszkadzać zależnie od tego czy tworzy napięcie czy nie.
Prokop dotknął czegoś istotnego. Myślę, że większość ludzi w trakcie nie myśli w żadnych kategoriach - ani 'technicznych', ani 'metafizycznych'. To pojawia się w opisach retrospektywnych, w dokumentacji właśnie. I może dlatego te dwa poziomy - przeżywanie i opisywanie - zawsze będą z natury inne. Śmiech w trakcie jest prawdziwy, notatka po jest interpretacją. Pytanie które mnie teraz zajmuje: czy ta interpretacja zmienia samo przeżycie następnym razem?
Dumortieryt to jest naprawde dobre pytanie bo ja to wlasnie czuje. Jak sie czyta swoje stare notatki to potem w rytuale probuje dopasowac do tego co napisalas a nie do tego co sie faktycznie teraz dzieje. Jakby notatka stała sie szablonem a nie zapisem. Nie wiem czy to sie da uniknac.
A może ten szablon nie jest czymś złym? Mam na myśli - jeśli rytuał ma powtarzalną formę, to w pewnym sensie powtarzalność jest jego częścią. Crowley pisał te swoje dzienniki nie dlatego żeby każdy rytuał był improwizowany, tylko żeby precyzyjnie odtworzyć warunki albo precyzyjnie stwierdzić kiedy się zmieniły. Może dokumentacja nie jest po to żeby uciec od szablonu, tylko żeby świadomie z nim pracować.
To jest dla mnie odkrycie w tej rozmowie - że dokumentacja może mieć zupełnie inne funkcje zależnie od tego w jakiej tradycji pracujesz. Sama zawsze myślałam o tym jak o czymś w rodzaju zeszytu ćwiczeń, ale to co Felicytka mówi o zapisywaniu objawień brzmi zupełnie inaczej. Czy to znaczy, że ci z was, którzy prowadzą notatki, sami wiedzą po co to robią? Czy to się wypracowało samo przez czas?
Słuchajcie, ja mam wciąż to samo tło pytanie w głowie i może je po prostu wyrzucę: czy jest w tej rozmowie ktoś, kto uważa że dokumentowanie rytuału może go rzeczywiście osłabić - nie psychologicznie, nie przez rozproszenie uwagi, ale w jakimś sensie... właściwym magii? Bo do tej pory wszyscy mówili głównie o kwestiach praktycznych.
Jest coś w tej tajemnicy inicjacyjnej, co mnie zawsze trochę drażniło jako argument. Bo rozumiem ją kontekstowo - nie mówisz, bo i tak nie da się tego słowami oddać, więc słowa zafałszują, nie dlatego że zniszczysz energię. To jest różnica. Natomiast jeśli ktoś pracuje samodzielnie i prowadzi prywatny dziennik - no to komu tutaj miałoby to przeszkodzić? Komu ta tajemnica byłaby potrzebna?
Może samemu sobie? Mam na myśli - jest coś w nieназwanym, co zostaje z tobą dłużej, intensywniej. Kiedy nie próbujesz zamknąć doświadczenia w słowa, ono jakoś krąży i pracuje. A jak je opiszesz, to czujesz że je 'skończyłaś'. Nie mówię że to racjonalny argument, ale coś w tym dla mnie jest.
Frydka to rozumiem ale troche boje sie ze wtedy po prostu zapomnisz co konkretnie czułas albo co sie stalo i za rok nie bedziesz wiedziala czy cos mialo zwiazek z czyms innym. mnie sie to przydarzylo i żałuję. pamiec jest niewiarygodna.
To brzmi jak argument dla dokumentowania, z którym nawet ja nie mogę się kłócić. Choć mam inne pytanie - jak długo po rytuale piszecie? Bo to chyba zmienia co wychodzi. Zaraz po, kiedy jesteś jeszcze w tym stanie, albo po kilku godzinach, albo następnego dnia?
Mnie bardziej zastanawia czy w ogóle ta rozmowa nie udowadnia, że dokumentowanie ma sens - bo właśnie dzięki temu że ktoś kiedyś coś zapisał, możemy teraz porównywać własne podejścia. Crowley miał dzienniki, grimoiry istnieją, tradycje przetrwały. Pytanie o osłabienie mocy przez zapis jest może trochę... anachroniczne? Albo dotyczy innego rodzaju magii niż ta pisana.
To rozróżnienie Kielichowej jest ważne i chyba niedostatecznie wybrzmiało wcześniej. Grimoire to tekst zewnętrzny, budowany też dla kogoś innego lub dla przyszłości. Dziennik praktyki jest wewnętrzny - dla siebie i o sobie. Funkcja jest różna, więc pytanie 'czy osłabia' też dotyczy czegoś różnego w każdym przypadku.
ale czy wogole mozna powiedziec ze tworzysz grimoira jesli notatki robia sie na tyle duze i usystematyzowane ze zaczynajas pełnic role zewnetrznego tekstu? bo u mnie tak troche wyszlo przypadkowo i nawet nie wiem kiedy dziennik stal sie czyms w rodzaju podrecznika dla mnie samej
To co Gruszanka opisuje z tymi wzorcami - to chyba jeden z najlepszych argumentów za regularnym dokumentowaniem, jaki tu padł. Nie robisz tego żeby odtworzyć rytuał, tylko żeby zobaczyć czy coś się powtarza. Czy masz jakiś przykład takiego wzorca który wyszedł tylko z perspektywy dłuższego czasu?
Wracam do swojego pytania bo chyba nie dostałem odpowiedzi od wszystkich - piszecie zaraz po czy z dystansem? Bo Stachu porównał to do filmowania żeby nie przeżywać, ale Oskar mówił że strumień świadomości ma swój klimat. Mnie interesuje czy jest jakaś zasada czy każdy to rozgryza sam dla siebie.
