Zaczęłam się nad tym zastanawiać po tym, jak jeden rytuał poszedł kompletnie nie tak jak miał. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły, ale efekt był... no powiedzmy że odwrotny od zamierzonego. I wtedy pierwszy raz naprawdę pomyślałam o tej odpowiedzialności nie jako o abstrakcji, ale jako o czymś bardzo realnym. Bo do tej pory jakoś to szło, nic się nie działo, więc może trochę się rozleniwiam w podejściu. A wy jak to widzicie? Czy magia w ogóle 'odpłaca' za niedbałość czy to raczej efekt naszego własnego błędu w intencji?
To jest pytanie, które wraca co jakiś czas i zazwyczaj kończy się albo filozoficzną dysputą, albo kłótnią o to, czy magia w ogóle działa. Ale pomijając tę warstwę - mnie bardziej interesuje co konkretnie masz na myśli mówiąc 'poszło nie tak'. Bo to jest duże pojęcie. Poszło nie tak bo zrobiłaś coś technicznie źle, bo intencja była mętna, czy może po prostu życie nie poszło w kierunku który sobie wymyśliłaś i to interpretujesz jako porażkę rytuału?
Mam wrażenie, że ludzie za dużo analizują zamiast działać. Jak mi coś nie wychodzi to próbuję od nowa, nie siedzę i nie dumam czy to 'odpłata' czy co. Choć rozumiem że jak coś idzie naprawdę źle, to można się przestraszyć i zatrzymać.
To co opisujesz przypomina mi coś, o czym czytałam w kontekście magii chaosu - tam mówi się o tym, że im bardziej jesteś przywiązana do konkretnego wyniku, tym bardziej 'blokujesz' przepływ. Ale to tylko jedna z teorii. Mnie natomiast bardziej ciekawi ten fragment o niedbałości który napisałaś na początku. Bo jest różnica między błędem z powodu złej intencji, a błędem z lenistwa - i chyba różne rzeczy z tego wynikają?
Ja miałam podobną sytuację kilka lat temu z pewnym rytuałem dotyczącym pracy. I długo myślałam, że coś zepsułam. Ale potem jak już minęło trochę czasu, to zobaczyłam, że efekty przyszły, tylko zupełnie inaczej niż zakładałam. Więc moje pytanie jest takie: jak w ogóle oceniamy że coś 'poszło nie tak'? Mamy jakiś horyzont czasowy? Bo może po prostu jeszcze trwa?
Wchodzę w ten temat bo jest bliski czemuś, z czym się zmagałam przez długi czas. Kwestia odpowiedzialności w magii to dla mnie nie jest pytanie o technikę ani o intencję tylko o to, czy w ogóle jesteśmy gotowi na to co prosimy. Brzmi banalnie, ale naprawdę - chcemy czegoś bardzo, robimy rytuał, a potem się okazuje że nie byliśmy gotowi na koszt. I tu nie mówię o żadnej karmicznej odpłacie w stylu 'trójca wróci do ciebie', tylko o bardzo przyziemnym fakcie że zmiany ciągną za sobą inne zmiany.
A właśnie ta zasada trójcy - czy ktoś w to naprawdę wierzy? Słyszałam różne zdania, że to coś wymyślonego stosunkowo niedawno, że to nie jest stare wicca ani nic. Pytam bo jak zaczynam robić cokolwiek, to mam z tyłu głowy ten lęk że 'a może mi wróci'. I nie wiem czy to sensowna ostrożność czy po prostu blokada.
Ten lęk jest moim zdaniem jednym z objawów tego, co można by nazwać niezdrową obsesją na temat 'zrobienia czegoś źle'. Widzę to często u osób które dużo czytają, dużo wiedzą teoretycznie, ale praktyka idzie pod górę właśnie dlatego, że każdy krok jest przepuszczany przez filtr 'a co jeśli to wróci'. Magia wymaga pewnego rodzaju zaufania do siebie, a strach przed odpłatą to zaufanie podgryza.
Ale jak odróżnić zdrową ostrożność od tego lęku-blokady? Bo wydaje mi się że ostrożność jest potrzebna, szczególnie na początku. Nie wiem, może się mylę.
Właśnie - i tu wchodzi ten wątek z tematu o granicy między zdrowym zainteresowaniem a czymś co zaczyna być problemem. Bo znam osoby które dosłownie nie były w stanie nic zrobić bez wróżenia czy 'bezpiecznie', bez sprawdzania, bez pytania innych czy na pewno dobrze. I to nie jest już praktyka magiczna, to jest lęk przykryty słownikiem ezoterycznym.
To co opisuje Tymianek jest znane - magia potrafi bardzo wyraźnie pokazać nam nasze słabe punkty, bo działa przez intencję i przez to co w środku. Jeśli masz w sobie głęboko zaszyty lęk przed decyzjami, to praktyka to wyciągnie na wierzch. Nie dlatego że jest złośliwa, tylko dlatego że wymagasz od siebie skupienia i wtedy te rzeczy wychodzą. Problem zaczyna się wtedy gdy zamiast z tym pracować, zaczynamy szukać kolejnych technik żeby to zagłuszyć.
Czytam ten wątek od początku i mam jedno pytanie, może głupie: czy ktoś z was w momencie kiedy coś 'poszło nie tak' szukał pomocy poza środowiskiem ezoterycznym? Mam na myśli terapię, rozmowę z kimś bliskim. Pytam szczerze, bez oceniania.
To jest właśnie granica o której warto rozmawiać. Obsesja zaczyna się wtedy gdy magia staje się jedynym sposobem radzenia sobie z czymkolwiek. Nie pytasz już ile mam zapłacić za prąd ani jak rozmawiać z szefem - zamiast tego robisz rytuał. I na poziomie symbolicznym to może być piękne, ale na poziomie życia codziennego zaczyna być problemem. Znam takie przypadki. Osoba przestaje funkcjonować w 'normalnym' świecie bo cały czas żyje w tej magicznej bańce.
I tu wracamy do odpowiedzialności z tytułu wątku. Bo może pytanie powinno być odwrócone - nie tylko 'co się dzieje gdy rytuał pójdzie nie tak', ale też 'co się dzieje gdy praktykujący idzie nie tak'. Bo te dwa problemy są ze sobą połączone i trudno je rozdzielić.
No właśnie - kontrola. To słowo wraca w tej rozmowie co chwilę i myślę że nie bez powodu. Magia jako system daje bardzo konkretne poczucie sprawczości: robię X, więc Y się zmieni. I dla wielu osób to jest pierwsze miejsce gdzie w ogóle czują że mają wpływ na swoje życie. I tu zaczyna się problem, bo to poczucie może być złudzeniem.
Ale czy to złudzenie jest automatycznie złe? Pytam serio, bo nie jestem pewna. Jeśli ktoś dzięki rytuałowi przed rozmową z szefem czuje się pewniej, zachowuje się pewniej i dostaje podwyżkę - to czy ważne jest czy rytuał 'zadziałał' czy po prostu zmienił jego wewnętrzne nastawienie?
to pytanie które zadają sobie też ludzie badający placebo. I nie mam na nie prostej odpowiedzi, ale mam obserwację: problem zaczyna się gdy ten mechanizm przestaje działać bez rytuału. Gdy ktoś nie jest w stanie pójść na rozmowę o pracę jeśli nie miał 'właściwego' przygotowania magicznego. Wtedy przestaje być wsparciem, a staje się warunkiem koniecznym.
Compulsja to dobre słowo. Czytam i myślę, że to jest punkt gdzie magia i zdrowie psychiczne naprawdę się przecinają i gdzie odpowiedzialność - ta z tytułu wątku - dotyczy nie tylko rytuału ale całego człowieka który go robi.
Myślę że retrospektywnie to trudno ocenić samemu. Ale jedna rzecz którą wyczytałam w kontekście OCD - bo kompulsje rytualne to jest właśnie to - jest taka, że kluczowym wskaźnikiem jest cierpienie i ograniczenie funkcjonowania. Czy to zabiera czas, energię, czy uniemożliwia robienie innych rzeczy. Nie samo zachowanie, ale jego wpływ.
A jednak ta narracja czasem jest prawdziwa - tyle że chyba różnica polega na tym, kto ją tworzy i kiedy. Jeśli po jakimś czasie sama dochodzę do wniosku że trudne doświadczenie czegoś mnie nauczyło, to może mieć sens. Ale jeśli ktoś inny mi to mówi w momencie gdy cierpisz i sugeruje żebyś nie szukała pomocy - to już jest coś innego.
To co Tymianek napisała wydaje mi się ważne - kto mówi i kiedy. Ale mam pytanie: czy wy w ogóle rozmawiałyście otwarcie o takich trudnych momentach z kimś w środowisku ezoterycznym? Bo mam wrażenie że jest jakieś niepisane założenie że się nie pokazuje słabości, że się wie co się robi.
No właśnie. Jakby przyznanie się że coś poszło nie tak jest trochę jak przyznanie się do błędu wobec siebie i wobec innych. I to chyba utrudnia szukanie pomocy w ogóle.
To jest ciekawe zjawisko socjologicznie. W każdej zamkniętej grupie z systemem przekonań jest coś takiego - nie pokazujesz że system nie działa, bo to podważa twoją przynależność i wiarygodność. Widziałam to w różnych miejscach, nie tylko w ezoteryzmie. Ale ezoteryzmowi sprzyja to że jest bardzo indywidualny - nikt naprawdę nie może powiedzieć że 'zrobiłaś źle', więc też nikt nie powie że 'może potrzebujesz innej pomocy'.
I wracamy do odpowiedzialności - tym razem chyba zbiorowej, nie tylko indywidualnej. Bo jeśli wspólnota nie ma żadnych mechanizmów żeby powiedzieć 'hej, coś tu nie gra', to cały ciężar spada na jednostkę. A jednostka, jak słusznie ktoś zauważył wcześniej, może tego nie widzieć od środka.
To mnie zastanawia - czy są w ogóle tradycje magiczne albo szkoły które mają jakieś etyczne ramy nie tylko w sensie 'nie rób zła' ale właśnie w sensie opieki nad praktykującym? Szczerze pytam, bo nic takiego mi się nie kojarzy.
No i właśnie - forum to forum, ale kto tu kogo tak naprawdę zna? Piszemy o sobie rzeczy, ale nie wiemy jak wygląda codzienność drugiej osoby. Jak ktoś napisze że 'czuję się źle po rytuale' to można odpowiedzieć, ale czy to wystarczy żeby faktycznie pomóc?
I to chyba jest jedna z odpowiedzi na pytanie z tytułu wątku - co się dzieje gdy coś pójdzie nie tak. Zostaje się z tym często samemu albo z ludźmi którzy są daleko i znają tylko wycinek. To nie jest zarzut wobec forów - po prostu tak to działa.
