I żeby nie skończyć na pesymistycznej nucie - bo ta rozmowa jest ważna właśnie dlatego że tę lukę nazywa. Nie mam gotowego zestawu zasad co robić kiedy coś idzie nie tak. Ale myślę że samo postawienie sobie pytania 'co bym zrobiła gdyby ktoś wrócił i powiedział że skrzywdziłam go tym co powiedziałam' - to już jest coś. Większość praktykujących tego pytania sobie nigdy nie zadaje. I to jest problem sam w sobie.
To co Martusia napisała na końcu - o pytaniu sobie 'co bym zrobiła gdyby ktoś wrócił' - mnie też zostało w głowie. Bo właśnie uświadomiłam sobie że nigdy tego pytania sobie nie zadałam. Serio. Robiłam coś, kończyłam, i tyle. Jakby to była transakcja zamknięta.
A ja się zastanawiam czy problem nie leży głębiej. Bo to pytanie 'co bym zrobiła' zakłada że wiem co zrobiłam i dlaczego. A nie zawsze tak jest. Czasem działamy intuicyjnie, coś nam 'przyszło', powiedzieliśmy, a potem sami nie umiemy tego odtworzyć. I jak wtedy rozliczać siebie z czegoś czego nie umiemy nawet opisać?
I tutaj wchodzi coś co mnie od początku w tym wątku siedzi gdzieś z tyłu głowy - kwestia tego czy w ogóle można mówić o błędzie jeśli nie ma metody. Błąd to odchylenie od czegoś. Jeśli nie ma tego czegoś - to czy może być błąd? Czy jest tylko skutek?
Ale to brzmi jak wymówka. Nie mam metody więc nie ma błędu - to tak jakby powiedzieć że skoro nie mam prawa jazdy to przepisy drogowe mnie nie dotyczą. Skutki i tak są realne.
Właśnie - i to jest chyba sedno. Środowisko ezoteryczne miesza te dwa poziomy. Mówi się o 'intencji' jakby to był standard techniczny, a to jest kategoria moralna. 'Miałam dobre intencje' nie jest odpowiedzią na pytanie czy zrobiłam to dobrze, to jest odpowiedź na pytanie czy zrobiłam to złośliwie. To nie to samo.
To rozróżnienie Pentagramii jest naprawdę ważne i chyba nigdzie tego tak wprost nie słyszałam. Intencja jako alibi moralne to jedna rzecz, ale kompetencja to zupełnie inna rozmowa. I można mieć doskonałe intencje przy zerowej kompetencji.
Może kompetencja tutaj to nie jest umiejętność techniczna, tylko umiejętność rozpoznania granic. Czyli nie 'czy potrafię to zrobić' tylko 'czy wiem kiedy powiedzieć że nie powinienem'. I to akurat można oceniać nawet bez wyników.
Słuchajcie, wracam do tej osoby o której wspominałam wcześniej. Ona w pewnym momencie przestała robić czytania i powiedziała że czuje że 'to nie jest jej czas'. Wszyscy to uszanowali, nikt nie pytał dlaczego. Ale ja teraz myślę że może ona sama poczuła że coś poszło nie tak i to był jej sposób na wycofanie się bez nazywania tego po imieniu.
To jest smutne ale chyba bardzo prawdziwe. Czyli nie tylko nie ma protokołu na to co robić kiedy coś pójdzie nie tak - nie ma nawet kultury nazywania tego że coś poszło nie tak. Wszystko się zamyka w 'to nie jest mój czas' albo 'skupiam się teraz na sobie'.
Ale skoro nie ma tej kultury - to jak ją zbudować? Bo mam wrażenie że rozmawiamy co jest źle i dlaczego jest trudno, ale nie wiem co z tym zrobić. Ktoś ma jakiś pomysł na coś konkretnego?
Myślę że to co teraz robimy jest już jakimś początkiem. Nie brzmi to rewolucyjnie, ale serio - jeśli w środowiskach w których działamy zaczniemy zadawać pytania 'jak ci poszło', 'czy to miało sens', 'czy tamta interpretacja okazała się trafna' - to jest już zmiana. Mała, ale realna.
Tylko że takie pytania wymagają odwagi. Bo odpowiedź może być 'nie, myliłaś się'. I to jest moment który większość środowiska ezotereycznego obsługuje bardzo słabo. Albo zaprzeczaniem, albo tłumaczeniem że 'energia się zmieniła'. Brakuje po prostu normalnego 'ok, mam to, następnym razem będę ostrożniejsza'.
To co mówi Moonchild_W chyba jest właśnie tym momentem gdzie odpowiedzialność przechodzi w coś niezdrowego. I zastanawiam się czy nie jest tak, że środowisko ezoteryczne jest szczególnie podatne na ten drugi wariant - albo zero refleksji, albo spirala samokrytyki bez wyjścia. Rzadko widzę ten środkowy rejestr, gdzie ktoś po prostu mówi 'tu zrobiłam inaczej niż bym chciała, zanotowałam, jadę dalej'.
To pytanie Egzorcystkaa jest dla mnie chyba najtrudniejsze w całej tej rozmowie. Bo ja przez długi czas myślałam że processuję błędy, a tak naprawdę processuałam narrację o błędach - czyli opowiadałam sobie historię o tym co poszło nie tak, w kółko, ale bez żadnej zmiany w tym co robię. I dopiero kiedy ktoś z zewnątrz powiedział mi wprost że robi to samo co rok temu, to zobaczyłam różnicę między analizą a ruminowaniem. Sama bym tego nie dostrzegła.
