Siedzę od jakiegoś czasu i próbuję pozbierać to wszystko w całość samemu, bo nie mam dostępu do żadnej grupy, żadnego mentora, nic. Książki czytam, jakieś zachodnie strony przeglądam, ale mam wrażenie, że brakuje mi czegoś, co można zdobyć tylko w kontakcie z ludźmi, którzy robią to dłużej. I tu mam pytanie do tych, którzy zaczynali sami albo wiedzą, jak to wygląda od środka - czy można się tego nauczyć bez wspólnoty? I co w ogóle powinna taka nauka obejmować na początku? Bo mam wrażenie, że internet albo serwuje mi bardzo podstawowe rzeczy, albo skacze od razu w coś, czego jeszcze nie rozumiem.
To jest jedno z tych pytań, które nie mają jednej odpowiedzi, bo wszystko zależy od tego, o jaką magię ci chodzi. Magia ceremonialny jest bardzo trudna do przyswojenia samemu, bo tam masz całe systemy korespondencji, które bez kogoś, kto je praktykuje, wyglądają jak zlepek symboli bez sensu. Ale jeśli chodzi o coś bliższego tradycji ludowej, ziołom, pracy z cyklem księżyca, to tamte rzeczy ludzie od wieków przekazywali sobie w rodzinie albo w małej społeczności i spokojnie da się wejść w to stopniowo. Pytanie jest inne: czy wiesz, do czego chcesz dojść? Bo to zmienia wszystko jeśli chodzi o punkt startowy.
Zgadzam się z Chryzoprazką, że kierunek ma znaczenie, ale chcę dodać coś od siebie. Sama przez kilka lat pracowałam bez żadnej grupy i nie żałuję tego okresu, bo miałam czas na własne obserwacje, bez tego, że ktoś mi mówi, co mam czuć podczas rytuału. Jednocześnie widzę teraz, jak wiele rzeczy robiłam po prostu intuicyjnie i niekiedy błędnie, bo nie miałam nikogo, kto by powiedział: hej, uważaj na to. I tu dochodzimy do tematu, który mi się pojawia, gdy czytam pytanie - co zrobić, gdy zaczynasz pracować z czymś poważniejszym, a nie masz nikogo do weryfikacji? Bo brak wspólnoty to nie tylko brak nauki, to też brak kontroli.
Dziennik. To jest pierwsza i chyba najważniejsza rzecz, o której nikt nie mówi wprost. Nie dziennik w sensie 'dziś zrobiłam rytuał i poczułam się dobrze', tylko szczegółowe zapiski: co robiłaś, kiedy, jaka faza księżyca, co obserwowałaś po, co się zmieniło. Po kilku miesiącach taki dziennik zastępuje mentora w podstawowym sensie, bo zaczyna pokazywać wzorce. Oczywiście nie zastąpi drugiego człowieka w kwestii sprawdzenia techniki, ale przynajmniej daje punkt odniesienia. Pytanie, które sobie zadajesz, Olek08, jest słuszne, ale część odpowiedzi tkwi w tym, że sam musisz stać się swoim pierwszym obserwatorem.
A propos dziennika, to mam pytanie do Domiceli - piszesz o obserwowaniu wzorców. Ale jak rozróżnić wzorzec, który naprawdę wynika z praktyki, od zwykłego efektu placebo albo od tego, że po prostu w pewnych momentach jesteś bardziej skupiona i dlatego rzeczy działają lepiej? To mnie zawsze zastanawia, szczególnie bez zewnętrznego głosu, który by to zweryfikował.
To w ogóle jest pytanie, które można postawić w stosunku do całej magii, nie tylko nauki bez wspólnoty. Ale wracając do tematu Olka, mnie interesuje coś innego. Piszesz o zachodnim internecie. To co dokładnie przerabiałeś? Bo jest przepaść między tym, co możesz znaleźć na przykład na portalach pokroju Llewellyn a tym, co opisuje się w akademickiej antropologii magii albo w pracach kogoś jak Jan Fries czy Peter Carroll. I to nie jest kwestia poziomu trudności, tylko zupełnie innego podejścia do samej struktury praktyki.
Nie mylisz się. Cunningham jest dobre na start, żeby w ogóle oswoić pewien język, ale to trochę tak jak zacząć gotować z przepisu dla dzieci - można, ale szybko okazuje się, że przepis nie tłumaczy, dlaczego akurat te składniki, i co zmienić, gdy czegoś nie masz. Brakuje tam rozumienia, a tylko instrukcja. I to jest dokładnie ten moment, gdzie brak wspólnoty zaczyna boleć, bo we wspólnocie ktoś by powiedział: dobra, widzę, że rozumiesz podstawy, teraz przejdź do tamtego i tamtego.
Chcę wrócić do wątku, który Nekromantka poruszyła, bo to jest dla mnie kluczowe, szczególnie w kontekście nauki solo. Pytanie o placebo kontra realna zmiana jest ważne, ale jest jeszcze jeden wymiar, o którym się rzadko mówi - co z osobami, które są w trudnym miejscu psychicznie i zaczynają praktykę? Bo brak weryfikacji z zewnątrz jest szczególnie ryzykowny, jeśli ktoś w silnym kryzysie zaczyna pracować na przykład z ciemnością, z przywołaniem, z czymkolwiek, co wymaga dobrego gruntu pod nogami.
To jest wątek, który powinien wybrzmieć głośniej. Widziałam kilka przypadków, w których ludzie zaczynali głębszą praktykę magiczną w momencie, kiedy byli bardzo niestabilni emocjonalnie i to nie kończyło się dobrze. Nie dlatego, że magia jest niebezpieczna jako taka, ale dlatego, że rytuał, szczególnie ten bardziej intensywny, potrafi wzmocnić to, co już jest w środku - i jeśli w środku jest silny lęk, depresja, graniczne stany, to praktyka może to amplifikować zamiast pomagać. Czy ktoś z was spotkał się z czymś podobnym?
Myślę, że częściowo tak, przez samoocenę, ale bardzo uczciwą. Tyle że to wymaga dość dużej samoświadomości, żeby w ogóle wiedzieć, czy się jest w stabilnym miejscu. I tu koło się zamyka, bo osoba w kryzysie rzadko wie, że jest w kryzysie albo nie chce tego wiedzieć. Więc brak zewnętrznej weryfikacji jest tu strukturalną luką, nie tylko brakiem komfortu.
Słucham tego i mam poczucie, że ta rozmowa robi się bardzo teoretyczna. Mnie interesuje bardziej praktyczna strona. Jeśli ktoś uczy się sam, to co konkretnie powinien zacząć robić? Bo wiem, że pytanie o etykę jest ważne, ale Olek pytał o to, jak się uczyć, nie o to, czy powinien w ogóle to robić.
A ja mam głupie pytanie, bo jestem tu zupełnie z innej strony - co to znaczy 'dobry grunt' w tym kontekście? Słyszę to tu po raz pierwszy i nie wiem, jak to rozumieć. Chodzi o zdrowie psychiczne w ogóle, czy o coś bardziej specyficznego dla praktyki magicznej?
Mam trochę inne zdanie. Uważam, że wiele osób uczy się przez działanie i że nadmierny nacisk na 'grunt' przed startem może zniechęcić albo sprawić, że ktoś nigdy nie zacznie. Numerologia na przykład, z którą pracuję, może być świetnym wejściem, bo nie wymaga żadnych rytuałów, jest analityczna i pozwala oswajać się z myśleniem symbolicznym. Może nie pasuje do każdego systemu magii, ale jest bezpieczna i daje jakiś punkt zaczepienia.
Wracam do pytania, które zadała Domicela, bo mnie też ono nurtuje. Czy da się zastąpić zewnętrzną weryfikację, gdy uczysz się sam? Mam wrażenie, że częściową odpowiedzią mogą być jakieś społeczności online, gdzie możesz opisać, co robisz, i dostać jakąś informację zwrotną. Ale jak to oceniać, gdy nie wiesz, czy ktoś, kto ci odpowiada, ma pojęcie o czym mówi? Trochę błędne koło.
To rzeczywiście jest problem każdego środowiska online, nie tylko magicznego. Ale jest jeden filtr, który według mnie działa lepiej niż inne: obserwuj, czy ktoś mówi ci, czego nie robić albo na co uważać, zamiast tylko entuzjastycznie opisywać efekty. Ktoś, kto ma realną praktykę za sobą, zazwyczaj wie, gdzie są granice i nie obiecuje, że wszystko zadziała. Entuzjazm bez żadnych zastrzeżeń powinien być sygnałem ostrzegawczym.
No właśnie, to jest coś, o czym rzadko się mówi wprost. Ostrzeżenie może być zarówno genuinowe, jak i wynikać z czyjejś osobistej historii, którą ktoś uogólnia. Pytanie do Nekromantki - co według ciebie odróżnia te dwa przypadki? Bo ja nie mam na to dobrej odpowiedzi, szczerze.
Słucham tej wymiany i myślę, że tutaj wchodzimy w coś, co ma bezpośrednie przełożenie na temat Olka. Bo on uczy się sam i właśnie musi w jakiś sposób oceniać źródła, ludzi online, komentarze. I to, o czym mówi Nekromantka, jest realnym problemem praktycznym, nie tylko filozoficznym. Jak odróżnić dobrą informację zwrotną od cudzego lęku? Olek, czy miałeś już sytuację, gdzie ktoś cię przed czymś ostrzegał i nie wiedziałeś, czy to ma sens?
Tak, i to nieraz. Ostatnio opisałem gdzieś jeden z rytuałów, który robiłem, coś bardzo prostego, praca ze świecą, intencja. I dostałem komentarze skrajne - jeden człowiek powiedział, że to w ogóle nie zadziała bez konkretnej struktury ochronnej, ktoś inny napisał, że ochrona jest potrzebna tylko przy przywołaniach, ktoś trzeci, że cała idea ochrony to mit z lat 90. I siedziałem z tym bez żadnej możliwości weryfikacji.
To jest właśnie ten problem. Magia świecna jest jednym z najbardziej kontestowanych obszarów jeśli chodzi o to, co jest 'konieczne', a co jest ozdobnikiem. I te trzy komentarze, które opisujesz, mogą być jednocześnie wszystkie prawdziwe - zależnie od systemu, w którym ktoś pracuje. Czy tamci ludzie mówili, z jakiej tradycji wychodzą?
Nie, żaden. To jest właśnie problem z większością forów - ludzie mówią jak wyrocznia, nie podając skąd to pochodzi. I ja nie mam jak tego zweryfikować.
To jest systemowy problem, nie tylko magicznych forów. Ale w magii ma szczególne znaczenie, bo tutaj tradycja, z której się pochodzi, naprawdę zmienia co jest zasadą, a co jest opcją. Ktoś z solidnego tła ceremonialnego powie ci, że bez banishingu nie robisz nic sensownego. Ktoś z wicca powie, że wystarczy intencja i skupienie. Ktoś z podejścia chaos magic powie, że obie poprzednie osoby za bardzo komplikują. Wszyscy mają rację w swoim systemie.
Ale jak to ma pomóc Olkowi? Serio pytam, bo rozumiem, że każdy ma swój system, ale jak on ma wybrać jeden i jakoś się w nim poruszać, skoro nie ma nikogo, kto by go w tym prowadził?
Tylko że wicca jako tradycja ma bardzo zróżnicowaną literaturę. Cunningham to jeden koniec spektrum, ale są też autorzy, którzy wychodzą ze znacznie bardziej strukturalnych podejść. Janet i Stewart Farrar na przykład - to jest zupełnie inny poziom tekstu niż popularne przewodniki. Olek, czy próbowałeś sięgnąć po coś spoza nurtu 'wicca dla każdego'?
Farrara znam z nazwy, ale nie czytałem. Mam poczucie, że jakiekolwiek bardziej techniczne źródła będą trudne bez kontekstu. Ale może właśnie o to chodzi, że trzeba się przez to przekopać samemu?
Chcę się tu wtrącić, bo wróciliśmy do kwestii, którą Irenka podnosiła wcześniej. Mamy teraz dwa równoległe pytania - jedno to jak się uczyć praktycznie, a drugie to czy jest bezpiecznie, jeśli ktoś wchodzi w głębsze materiały bez wsparcia. I te pytania dotykają się w jednym punkcie: decyzja o tym, po co sięgnąć, powinna być świadoma. Olek, masz poczucie, że jesteś teraz w dobrym miejscu, żeby zagłębiać się w bardziej techniczne podejścia?
Myślę, że tak? Nie jestem w żadnym kryzysie, jestem po prostu ciekawy i mam wrażenie, że robię to metodycznie. Ale właśnie to pytanie o weryfikację własnej gotowości - skąd mam wiedzieć, że moja ocena jest dobra?
To jest jedno z tych pytań, na które nie ma czystej odpowiedzi. Ale jest coś, co mi dało dużo - praca z zapiskami przez dłuższy czas i potem ich przeczytanie z dystansu. Jeśli po miesiącu czytasz własne notatki i widzisz w nich racjonalne, spójne obserwacje, to jest jakiś sygnał. Jeśli widzisz narastającą interpretację wszystkiego jako magicznie powiązanego, to już jest inny sygnał.
