Mam wrażenie że ta dyskusja zaczęła się od pytania czy muzyka wspomaga praktykę i skończyliśmy na tym że praktyka z muzyką może wymagać wsparcia terapeutycznego. To jest dosyć odległy punkt od startu. Nie mówię że to złe, bo to chyba bardziej uczciwa rozmowa - ale to jest dość poważna konkluzja jak na temat muzyki w rytuałach.
Myślę że to wynika z tego że muzyka wchodzi głębiej niż wiele innych elementów praktyki i ta dyskusja to po prostu odzwierciedla. Nie myślę żeby konkluzja była taka że muzyka jest niebezpieczna - raczej że nie jest obojętna. I może warto o tym mówić wprost, bo na większości forów się nie mówi.
To co Julisia napisała o tym że muzyka nie jest obojętna - myślę że to jest najuczciwsze zdanie w całym tym wątku. Bo przez długi czas traktowałam muzykę przy praktyce dokładnie jak tło, coś co po prostu gra. I to było bezpieczne, ale też trochę... płaskie? Nie wiem jak to inaczej nazwać.
Wracam do pytania które zadałam wcześniej, bo nikt nie odpowiedział wprost - czy ktoś tu miał sytuację gdzie po pracy z muzyką coś zostało i skończyło się rozmową z terapeutą albo psychologiem? Nie mówię że to źle, mnie to po prostu zastanawia jak to wygląda w praktyce.
Jest różnica i to dosyć istotna. Rozmowa z bliskim który jest psychologiem może pomóc ułożyć to co się wydarzyło, ale to nie to samo co praca terapeutyczna. Terapeuta ma kontekst, wie co było wcześniej, może pracować z tym co wychodzi a nie tylko z jednym epizodem. Jeśli coś głębszego wychodzi przy muzyce i rytuale, to jednorazowa rozmowa może nie wystarczyć.
To pytanie mi się podoba, bo jest bardzo konkretne. Myślę że jednym ze znaków jest to czy po kilku dniach nadal wracasz do tej samej rzeczy - nie dlatego że chcesz to przetrawić, tylko dlatego że samo wraca. Jakby coś zostało otwarte i nie dało się zamknąć.
Dobre pytanie i nie mam pewności że zawsze da się to odróżnić od razu. Ale jest jedna rzecz którą mi kiedyś powiedziano - jeśli wracasz do tego z ciekawością albo smutkiem to jedno, a jeśli wracasz z lękiem albo czujesz się mniej stabilna niż przed sesją - to sygnał że coś wymaga uwagi z zewnątrz.
To opisuje dokładnie moją sytuację z misami. Wracałam do tego nie dlatego że chciałam, tylko dlatego że samo przychodziło. I był w tym jakiś dyskomfort którego nie potrafiłam za bardzo nazwać. Właśnie dlatego ta rozmowa z kimś bliskim pomogła - nie dlatego że wyjaśniła co się stało magicznie, tylko dlatego że po prostu ktoś to z zewnątrz usłyszał.
Słuchajcie, rozumiem że idziemy w stronę psychologii i to jest ważne, ale trochę mi się gubi wątek muzyczny. Tzn. rozmawiamy teraz o tym kiedy idź do terapeuty, a nie o tym jak muzyka działa w praktyce. Czy te dwie rzeczy na pewno są tak ze sobą związane?
Są związane właśnie dlatego że muzyka wchodzi głębiej niż inne elementy. To nie jest tak że rysujesz sigilę i potem idziesz do terapeuty - ale przy muzyce ta granica jest bardziej płynna. Przynajmniej tak to widzę po sobie. Dlatego ta rozmowa poszła tam gdzie poszła.
ok, przyjmuję. Ale to rodzi kolejne pytanie - czy to jest argument za tym żeby w ogóle unikać głębszej pracy z muzyką jeśli nie masz dostępu do kogoś kto może pomóc jak coś wyjdzie? Bo brzmi to trochę jak ostrzeżenie.
Nie unikać, ale wiedzieć z czym pracujesz. To jest różnica. Możesz korzystać z noża w kuchni i nie potrzebować do tego kursu pierwszej pomocy, ale jak zaczniesz ciąć coś czego nie znasz to ryzyko rośnie. Muzyka przy rytuałach ceremonialnych to inna kategoria niż ambient przy zapalaniu świeczki.
Ta analogia z nożem jest naprawdę dobra. Choć zastanawiam się czy ktoś kto zaczyna pracę z muzyką w ogóle wie że jest różnica między tymi kategoriami. Bo ja nie wiedziałam. Nikt mi nie powiedział że ambient to jedno a na przykład bębnienie szamańskie to kompletnie co innego pod względem tego co może wywołać.
Sama szukałam i nie ma za bardzo jednego miejsca. Trochę jest w książkach o szamanizmie, trochę w tym co piszą o muzykoterapii - ale nikt nie zebrał tego w jeden sensowny opis dla kogoś kto po prostu pracuje z muzyką w domu. Przynajmniej nie znalazłam czegoś takiego.
To może jest temat na osobny wątek? Tzn. konkretne gatunki i to co mogą wywoływać, z jakimś rozróżnieniem na skalę. Mam wrażenie że tu rozmawiamy o tym jakoś fragmentarycznie i ciągle wracamy do tych samych kwestii bo nie mamy wspólnego punktu odniesienia.
Mogę powiedzieć kilka rzeczy, ale nie będę budować encyklopedii :). Ogólnie: muzyka o stałym, jednostajnym tempie między 180-220 uderzeń na minutę - czyli klasyczne bębnienie szamańskie - działa na fale theta w mózgu i może wywoływać stany dysocjacyjne nawet bez intencji. To nie jest coś co wymyśliła ezoteryka, to jest zbadane. Drone i długie tony sinusoidalne działają inaczej - bardziej przez fizyczny rezonans ciała. Muzyka atonalna może wywoływać niepokój albo otwierać na pracę z cieniem. Każde z tych coś robi i warto wiedzieć co sięgasz.
Tak, to jest fizjologiczne. Fale theta pojawiają się przy rytmicznym, jednostajnym dźwięku niezależnie od tego, czy masz intencję magiczną, medytacyjną czy żadnej. Mózg po prostu reaguje na wzorzec. Dlatego ktoś kto puszcza sobie 'coś relaksacyjnego' z playlisty może nieświadomie wejść w stan który normalnie wymaga intencji i przygotowania. To nie jest kwestia podatności ani otwartości - to neurologia.
To trochę zmienia moje myślenie o tym co mi się przydarzyło z misami. Myślałam że to kwestia mojego nastawienia tamtego dnia, że byłam jakoś wyjątkowo 'otwarta'. A tu wychodzi że to mogło być bardziej mechaniczne niż mi się wydawało?
Mam dokładnie to samo pytanie co Cezary. Bo jeśli fizjologia robi to sama, to jaka jest rola intencji w tym wszystkim? Czy intencja w ogóle coś zmienia jeśli stan można osiągnąć 'przez przypadek'?
To jest bardzo ważne rozróżnienie. Czyli de facto muzyka jest tu czymś w rodzaju... no nie wiem jak to ująć bez słowa sposób, ale chyba chodzi o to że ona inicjuje proces niezależnie od woli, a wola decyduje co z tym dalej. Czy dobrze to rozumiem?
Zaria mnie ubiegła, bo miałam podobne pytanie. Zastanawiam się też nad czymś innym - skoro wejście w theta jest fizjologiczne, to czy wielokrotne nieświadome wchodzenie w ten stan, np. przy słuchaniu muzyki przy pracy, może mieć jakiś skumulowany efekt? Czy to po prostu przechodzi bez śladu?
o, to jest coś o czym nie myślałam. Bo ja przez jakiś czas słuchałam przy pracy właśnie takich 'szamańskich' playlist które miały mi pomagać w skupieniu. Nie robiłam żadnego rytuału, po prostu leciała w tle. I po kilku tygodniach zaczęłam mieć dziwne sny - nie złe, ale intensywne. Nie wiem czy to związane, ale teraz zaczynam się zastanawiać.
Ja miałam podobnie, też przy słuchaniu w tle. Ale nie wiedziałam na co zwracać uwagę, więc po prostu zignorowałam że coś się zmieniło. Teraz słyszę Dreamweaver i myślę że może jednak warto było to gdzieś zapisywać. Malinowa, czy jest jakaś różnica między efektem kiedy muzyka jest w tle a kiedy jest to świadome słuchanie?
Dobra, ale to rodzi pytanie praktyczne - co robić z tym wiedzą? Mam rozumieć że powinnam przestać słuchać muzyki przy pracy żeby przypadkowo nie wchodzić w stany theta? Bo to brzmi trochę jak za duże ograniczenie.
A jak w ogóle sprawdzić BPM playlisty którą się słucha? Bo to brzmi jakby wymagało jakiegoś specjalistycznego podejścia, a większość ludzi po prostu otwiera Spotify i klika 'medytacja'.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno pytanie które ciągle mi chodzi po głowie - czy efekty o których mówicie, te sny, intensywniejsze stany, to są rzeczy które same mijają jak przestaniesz słuchać takiej muzyki? Czy to zostaje?
Dobre pytanie Feniksa. Moim doswiadczeniu jeśli wchodziłaś w to bez intencji i nie 'zakotwiczałas' tego żadnym rytuałem to zazwyczaj to się wyrównuje. Ale byłam w sytuacji że coś zostało dłużej - konkretne obrazy przy zasypianiu, takie migawki. Zniknęły po kilku tygodniach. Nie wiem czy to regółka, to mój przypadek.
