To dobre pytanie. Z perspektywy praktycznej - nie zawsze. Ale z perspektywy metodologicznej owszem, bo jeśli nie wiem co tak naprawdę działa, nie umiem powtórzyć. Mogę się cieszyć z efektu i nie wiedzieć który element go wywołał.
Mnie bardziej interesuje wątek praktyczny który pojawił się przy Dianka - czy podczas pracy z dźwiękiem powinno się mieć kogoś z zewnątrz, osobę prowadzącą albo chociażby kogoś obecnego? Zwłaszcza jeśli mogą wychodzić nieoczekiwane rzeczy emocjonalne.
To co Julisia mówi o zakończeniu sesji - to jest coś o czym się rzadko rozmawia. Jak wracać, jak zamknąć taką pracę z dźwiękiem? Przy medytacji mam swoje sposoby, ale nie wiem czy przy rytualnym użyciu muzyki to jest tak samo.
Przy zamykaniu pracy dźwiękowej robiłam różne rzeczy - raz trzy uderzenia w bęben, raz po prostu świadome milczenie przez kilka minut. Nie wiem które jest lepsze, ale zauważyłam że bez jakiegokolwiek zamknięcia jestem potem rozkojarzana dużo dłużej. Czy ktoś ma jakiś konkretny sposób na który przysięga?
To co Malinowa mówi o odwróceniu stanu przez coś fizycznego - zimna woda, konkretny dotyk - zastanawiam się czy to nie jest właśnie ta różnica między zamknięciem a po prostu... skończeniem. Tzn. czy sama cisza wystarczy, czy musi być jakiś wyraźny kontrast sensoryczny?
Mam pytanie do tego co powiedziała Malinowa i Auric05 - czy to zamknięcie dotyczy też lżejszej pracy? Tzn. jeśli słucham muzyki jako tła do afirmacji, nie robię nic transowego, to czy też powinnam to jakoś kończyć świadomie, czy to zbędne?
A co z muzyką samą w sobie jako zamknięciem? Tzn. czy można użyć konkretnego utworu albo dźwięku właśnie do zakończenia, tak samo jak się go używa do wejścia? Bo przy tej sesji z misami prowadząca miała wyraźnie inny charakter uderzeń na początku i na końcu.
Zastanawiam się nad czymś co gdzieś między tymi wątkami - czy ta cała rozmowa o zamykaniu, otwieraniu, stanach - nie zakłada że każda sesja z muzyką jest czymś intensywnym? Bo ja słucham muzyki przy każdym rytuale i nie mam poczucia że wchodzę w jakiś szczególny stan. To może oznaczać że robię to płytko, albo że po prostu nie każda muzyka tak działa.
Wracam do wątku który mnie zatrzymał, czyli nieprzewidywalnych rzeczy które wychodzą podczas pracy dźwiękowej. Julisia mówiła że to nie specyfika dźwięku, ale głębszej pracy w ogóle. Tylko właśnie chciałam zapytać - czy jest jakiś sposób żeby przed sesją ocenić gdzie się jest emocjonalnie, zanim się w to wejdzie? Tzn. jakiś check-in dla siebie?
To co Zaria03 mówi o tym oknie tolerancji - zetknęłam się z tym pojęciem w kontekście pracy z traumą i tam faktycznie się mówi że przy pewnych stanach emocjonalnych praca głębsza może bardziej rozregulować niż pomóc. Zastanawiam się czy to nie jest jeden z momentów gdzie podejście magiczne i psychologiczne powinny działać razem, a nie zamiast siebie.
To nie jest sprzeczność. Magiczna praca z dźwiękiem działa przez człowieka, a człowiek ma psychikę. Ignorowanie tego jest po prostu niepraktyczne. Znam osoby które miały trudne doświadczenia przy głębokiej pracy rytualnej i które potem trafiły do terapeuty - i to nie był znak że coś się nie udało, tylko że wydobyło coś co wymagało pracy innego rodzaju.
To co Malinowa mówi o terapeucie po trudnej pracy rytualnej - nie spotkałam się z tym żeby ktoś to mówił wprost na forach ezoterycznych. Zazwyczaj jest albo 'to normalne i przejdzie' albo milczenie. Cieszę się że to padło, bo to zmienia trochę jak myślę o tej pracy.
Ja też to doceniam. Przy tej sesji z misami gdzie miałam ten nieprzyjemny moment, prowadząca powiedziała 'to przejdzie' i rzeczywiście przeszło fizycznie, ale zostało coś emocjonalnie na kilka dni. Nie wiedziałam co z tym zrobić. Gdyby ktoś powiedział wcześniej że to może się zdarzyć i że jest po co sięgnąć po wsparcie zewnętrzne, miałabym inaczej ułożone oczekiwania.
Ale to też mnie ciekawi - czy ta odpowiedzialność jest gdzieś w magii/pracy rytualnej opisana, czy to po prostu dobre praktyki które się przyjęły? Bo w psychologii masz standardy etyczne, a tu?
W różnych tradycjach jest to opisane inaczej, ale generalnie opieka nad uczestnikami rytuału to jest część roli prowadzącego. W tradycji nordyckiej na przykład osoba prowadząca seid odpowiadała za uczestników podczas i po. To nie jest spisany kodeks etyczny jak w psychologii, ale jest tam.
Wracając do muzyki od tej strony - czy przy solowej pracy z dźwiękiem, kiedy nie ma prowadzącego, ta odpowiedzialność za siebie staje się po prostu inna jakościowo? Tzn. czy właśnie dlatego ten check-in przed sesją o którym mówiła Dreamweaver_J jest ważny - żeby samemu ocenić czy się jest w stanie to udźwignąć bez wsparcia z zewnątrz?
To pytanie Zarii o solową pracę mnie trochę zatrzymało. Bo tak, myślę że tak - jak nie ma nikogo obok, to jesteś jednocześnie tą osobą prowadzącą i uczestnikiem, i nikt nie sprawdzi czy wyszłaś z tego dobrze. Muzyka przy solowej sesji może to nawet wzmacniać, bo jest łatwiej się zagłębić i trudniej samej powiedzieć stop. Chociaż może to też zależy od tego co słuchasz i w jakim celu.
Może to naiwne pytanie ale - czy w ogóle można przesadzić z głębokością przy solowej sesji muzycznej? Tzn. nie mówię o transach ekstremalnych, bardziej o zwykłym słuchaniu podczas medytacji albo afirmacji. Czy to jest w ogóle coś co może wymknąć się spod kontroli bez czynnika zewnętrznego?
To co Malinowa mówi trochę zmienia mi optykę na całą tę rozmowę. Przez ostatnich kilkadziesiąt postów rozmawialiśmy o muzyce jako o czymś co wspomaga praktykę, a teraz okazuje się że ma też swoje ryzyka. Czy jest jakiś sposób żeby odróżnić sytuację 'to mnie głęboko porusza ale w porządku' od 'zaraz będę potrzebował pomocy'?
Zastanawiam się czy do tego właśnie służy te muzyczne zamknięcie o którym mówiłyśmy wcześniej - czy ten utwór kończący sesję nie działa właśnie jako sygnał dla tego wewnętrznego obserwatora żeby wrócił? Tzn. nie tyle zamknięcie przestrzeni rytualnej, ile dosłownie sygnał dla układu nerwowego: wychodzimy.
Mam pytanie do Monisi - mówisz 'powrót duszy', ale to brzmi dosyć poważnie jak na sesję solo w domu z muzyką ze Spotify. Czy te same zasady mają się stosować do kogoś kto po prostu słucha muzyki ambient przy zapaleniu świeczki, czy to jest skala dla bardziej zaawansowanych rytuałów?
I tu wraca pytanie które Narcyz zadał dużo wcześniej - kiedy muzyka jest aktywnym elementem pracy a kiedy jest tłem. Bo wydaje mi się że cała ta dyskusja o ryzykach i oknie tolerancji i zamknięciach dotyczy tej pierwszej sytuacji. Jeśli słuchasz czegoś przy afirmacjach i po prostu lubisz mieć dźwięk w tle, to nie musisz się zastanawiać nad powrotem duszy i oknem tolerancji.
Ale jak odróżnisz w praktyce że zaczynało się jako tło a stało się aktywnym elementem? Pytam serio, bo u mnie kilka razy tak było że zaczęłam od ambientu jako tła i gdzieś w połowie sesji coś się przestawiło i nagle muzyka była już czymś więcej. Nie planowałam tego.
To by oznaczało że ta sama playlista może być tłem dla jednej osoby i aktywnym elementem dla drugiej. Albo nawet dla tej samej osoby w różne dni. Czy to ma sens z perspektywy magicznej, czy właśnie to jest argument za tym żeby patrzeć na to bardziej psychologicznie?
Oba naraz. Psychologia i praca magiczna nie opisują tego z wykluczających się perspektyw. Czy muzyka staje się aktywna zależy od stanu osoby, jej intencji i tego co niesie dźwięk. To że tak samo to opisze psycholog i praktyk to nie jest problem - to że jeden powie 'dysregulacja' a drugi 'przestrzeń rytualna' nie znaczy że mówią o różnych rzeczach.
To jest zdanie które chciałabym żeby ktoś powiedział mi na początku zanim zaczęłam cokolwiek czytać o ezoteryce. Serio. Przez długi czas miałam poczucie że muszę wybrać jeden język opisu i że mieszanie ich jest niepoważne z jednej albo drugiej strony.
Wracając do tego co Malinowa powiedziała wcześniej o trudnych doświadczeniach przy głębokiej pracy rytualnej i terapeucie - czy ktoś tutaj faktycznie miał sytuację gdzie po sesji z muzyką zostało coś co wymagało potem przepracowania z kimś zewnętrznym? Nie mówię o codziennym słuchaniu, bardziej o głębszej pracy.
