Ja zmieniałam raz. Zaczęłam od polskich afirmacji, potem przeszłam na angielskie, bo więcej materiałów było po angielsku. I szczerze, pierwsze tygodnie były dziwne. Jakby coś nie grało. Potem się przyzwyczaiłam, ale tamto pierwsze poczucie obcości pamiętam dobrze.
To mnie ciekawi w kontekście całego wątku. Jeśli poczucie spójności jest tak ważne, to co z osobami, dla których język rytuału jest zupełnie obcy i nigdy się nim nie stanie bliski? Czy w ogóle mogą budować praktykę na takiej podstawie, czy raczej powinny szukać tradycji w swoim języku?
To jest pytanie, które pojawia się często w kontekście neopogaństwa i rekonstrukcjonizmu. Część środowisk, szczególnie hellenistycznych i nordyckich, ma bardzo różne podejścia do tego, czy praktykant musi znać oryginalny język liturgiczny. U Hellenic polytheists część grup uważa, że greckie epitety bogów mają znaczenie fonetyczne i semantyczne, którego nie zastąpi tłumaczenie. Inne grupy mówią wprost, że bogowie słyszą intencję, nie język. To nie jest kwestia rozstrzygnięta nawet wewnątrz tradycji.
Ale to może być pytanie bez odpowiedzi empirycznej, bo nie mamy jak zmierzyć, która wersja działa lepiej. Możemy mówić tylko o tym, jak konkretna osoba doświadcza swojej praktyki. I tu wracamy do tematu tego wątku: jeśli ktoś jest w terapii, na lekach, próbuje stabilizować swoje życie, to eksperymentowanie z językiem i systemem w tym samym czasie może być po prostu złym pomysłem od strony praktycznej. Nie dlatego, że magia działa inaczej, tylko dlatego, że dodajesz zmienną do już skomplikowanego systemu.
Wróćmy na chwilę do języka, bo mi się to łączy z czymś konkretnym. Znam kogoś, kto miał bardzo silny lęk i w trakcie terapii zaczął używać po polsku pewnych afirmacji, które wcześniej stosował po angielsku. Powiedział, że po polsku brzmiały za ostro, za dosłownie, że angielski dawał mu emocjonalny dystans do treści. I że właśnie ten dystans był dla niego pomocny w tamtym momencie. Czy to nie jest odwrócenie całej tej logiki o bliskości języka?
To co napisała Jarzebinka o dystansie przez obcy język... mi się to coś przypomniało. Słyszałam kiedyś, że w terapii EMDR czasem specjalnie prosi się o opisanie trudnego zdarzenia w trzeciej osobie, właśnie żeby złagodzić ładunek emocjonalny. Więc może ten dystans przez angielskie słowa to nie jest wada, tylko coś, co dla pewnych ludzi na pewnym etapie jest po prostu potrzebne?
No właśnie, i tu mi się nasuwa pytanie do tej osoby, o której pisałam wcześniej, ale też szerzej do wszystkich tutaj: czy ktoś świadomie zdecydował się na obcy język właśnie dlatego, że chciał mieć ten bufor? Nie z powodu tradycji, nie dlatego że tak jest w instrukcji, tylko celowo, bo wiedział, że w polskim za mocno to uderza?
Ale to zmienia pytanie z 'który język działa lepiej magicznie' na 'który język jest bezpieczniejszy psychologicznie w danym momencie'. I jeśli ktoś jest w terapii, to te dwa pytania mogą dawać zupełnie inne odpowiedzi.
Dokładnie to chciałam powiedzieć kilka postów temu, ale nie ubrałam tego tak konkretnie. Jeśli ktoś jest po załamaniu, na stabilizatorach nastroju albo po prostu w środku trudnego procesu terapeutycznego, to rytuał w języku, który daje dystans, może być bezpieczniejszy niż coś, co uderza prosto w emocje. I to nie jest zarzut wobec praktyki, to jest po prostu uwzględnienie tego, gdzie ta osoba jest.
A czy terapeuta w ogóle powinien wiedzieć, że jego pacjent robi rytuały? Pytam serio, bo zastanawiam się, czy to jest coś, co się w ogóle mówi na terapii, czy raczej większość ludzi to pomija, żeby nie być ocenionym.
Jest taki termin w psychologii: 'meaningful coincidence practices', który część terapeutów używa właśnie dla takich rzeczy jak rytuały, afirmacje, działania symboliczne. Chodzi o to, że dla pacjenta mają sens i strukturę, nawet jeśli mechanizm jest nieweryfikowalny. Niektórzy terapeuci po prostu to honorują bez analizowania.
Jest coś pokrewnego, co funkcjonuje pod nazwą 'ritual as coping mechanism' w literaturze z psychologii klinicznej. Dimaggio i inni pisali o tym, jak powtarzalne działania o charakterze symbolicznym mogą regulować lęk, szczególnie u osób z dezorganizacją narracji o sobie. I tam język rytuału jest omawiany jako jeden z elementów jego skuteczności regulacyjnej. Nie magicznej, ale właśnie emocjonalnej. Więc z tej perspektywy pytanie o język obcy czy ojczysty ma rzeczywiście znaczenie kliniczne, niezależnie od przekonań metafizycznych danej osoby.
Tylko że nie każdy robi rytuały, żeby regulować emocje. Część ludzi robi je po to, żeby coś zmienić na zewnątrz, w rzeczywistości. I dla tych osób pytanie o to, czy angielskie zaklęcie działa tak samo jak polskie, jest czymś zupełnie innym niż kwestia psychologiczna.
To nie jest strach, tylko uczciwość wobec tematu. Ten wątek zaczął się od pytania o magię i leczenie razem, i żeby sensownie o tym mówić, trzeba uwzględniać oba poziomy. Inaczej wychodzi albo czysto psychologiczny poradnik, albo oderwana od ciała teoria o energiach. Jedno i drugie jest niepełne.
A wracając do języka, bo mi to nadal chodzi po głowie: czy ktokolwiek tutaj próbował tego samego rytuału w kilku językach celowo, jako eksperyment, nie z konieczności? Ciekawi mnie, czy w ogóle da się to porównać ze sobą tak metodycznie.
Ale ta różnica, o której piszę, była naprawdę trudna do opisania. Nie chodzi o to, że jedna forma 'działa' a druga nie. Bardziej o to, że nordycka brzmieniowo coś robiła z rytmem całego działania. Jakby głoski same w sobie niosły coś, co angielskie tłumaczenie spłaszczało. Nie wiem, czy to kwestia etymologii, wielowiekowego użycia, czy po prostu tego, że mózg inaczej przetwarza słowa, które nie mają dla ciebie codziennych skojarzeń.
No i to jest argument, który przemawia za tym, że nie wszystkie systemy magiczne są językowo wymienne. Ale potem pytanie: co z tradycjami, które nie mają tak precyzyjnie określonej formy dźwiękowej? Wicca w wydaniu współczesnym jest stosunkowo młoda, tam rytuały powstawały po angielsku, więc angielski jest językiem bazowym, nie przekładem. Komuś, kto z Wiccy korzysta po polsku, dochodzi ten sam problem, co komuś, kto galdr robi po angielsku.
I właśnie to jest to, o co mi chodziło kilka postów wcześniej, ale od innej strony. Czy język rytuału ma moc sam w sobie, czy moc nadaje mu ten, kto go używa i co za nim stoi. Bo jeśli ktoś zna Wiccę wyłącznie przez polskie tłumaczenia, to dla niego polskie słowa mogą być bardziej 'swoje' niż oryginalne angielskie, których nigdy nie czuł jako czegoś żywego.
Tu się pojawia coś, o czym jeszcze nie mówiliśmy wprost: co w ogóle rozumiemy przez 'działanie' rytuału w kontekście leczenia. Bo jeśli ktoś jest na lekach psychiatrycznych i jednocześnie robi rytuały, to kryterium 'działa' dla leków jest mierzalne, dla rytuału nie, albo działa na zupełnie innym poziomie. I nie chodzi mi o wyższość jednego nad drugim, tylko o to, że mieszanie tych dwóch porządków bez świadomości tej różnicy może prowadzić do nieporozumień.
Ale czy to znaczy, że jak ktoś jest na lekach, to rytuały w ogóle nie mają sensu? Bo tak to trochę brzmi.
A co w sytuacji, kiedy ktoś czuje, że rytuał mu pomaga bardziej niż leki? Nie pytam o to, żeby zachęcać do odstawiania leków, ale zastanawiam się, co wtedy. Czy to jest sygnał do rozmowy z psychiatrą, czy raczej żeby nie ruszać czegoś, co działa?
Mnie to zastanawia od innej strony. Jeśli ktoś ma poczucie, że rytuał mu pomaga, a do tego te rytuały robi w języku, który daje mu dystans od trudnych treści, to może właśnie wtedy nie powinien tego ruszać, przynajmniej dopóki jest w środku procesu. Pytanie o język staje się wtedy pytaniem o to, kiedy i czy w ogóle wchodzić głębiej.
To jest kwestia, która pojawia się w psychologii traumy pod hasłem okna tolerancji. Zbyt duże pobudzenie emocjonalne w trakcie pracy symbolicznej może nie tylko nie pomagać, ale aktywnie szkodzić, bo system nerwowy wychodzi poza zakres, w którym jest w stanie integrować doświadczenie. Dystans, który daje obcy język, może być właśnie tym, co utrzymuje osobę w oknie tolerancji podczas rytuału. Z kolei pełne zanurzenie w język macierzysty może to okno przekraczać, szczególnie jeśli rytuał dotyczy treści, na których opiera się też terapia.
Okno tolerancji to coś, co terapeuta powinien monitorować razem z pacjentem. Ale skoro większość z nas nie mówi terapeucie o rytuałach, to kto monitoruje ten zakres podczas samodzielnej pracy symbolicznej? Sami siebie?
Tak i to jest jeden z powodów, dla których uważam, że połączenie terapii z praktyką magiczną nie jest dla każdego i nie w każdym momencie. Można się nauczyć rozpoznawać własne sygnały, ale to wymaga czasu i pewnej wewnętrznej stabilności. Jeśli ktoś jest w bardzo ostrym kryzysie, to rytuały, nawet z dystansem językowym, mogą być zbyt intensywne.
Czyli w sumie wychodzi na to, że język rytuału jest mniej ważny niż ogólny stan osoby, która go robi. Że nie chodzi o angielski kontra polski, tylko o to, czy dana osoba ma zasoby, żeby cokolwiek robić z intencją.
A to nie jest tak, że dla kogoś zupełnie nowego, kto dopiero zaczyna i jednocześnie jest w terapii, bezpieczniej jest zacząć właśnie od gotowych, obcojęzycznych formuł, zamiast od razu budować coś osobistego w języku, który trafi od razu w czułe miejsca?
