Wtrącę się bo siedzę i czytam od jakiegoś czasu. Miałam taką pracę kiedyś - trwała dość długo i w pewnym momencie przestała mnie zajmować. Ale to nie było znużenie, to było coś innego - jakby temat po prostu przestał być aktualny. Problem zniknął sam. I dopiero wtedy poczułam że można skończyć. Wcześniej jak próbowałam zamknąć to coś mnie ciągnęło z powrotem.
To co Melania opisuje - cisza zamiast ciężaru - to jest chyba najczytelniejszy opis jaki słyszałam w tej rozmowie. Ja bym to nazwała 'temat odpuścił ciebie', nie ty jego. I może właśnie o tym jest całe pytanie Florki - jak poznać że to czas - może chodzi o to kiedy temat sam przestaje się narzucać, a nie kiedy ty decydujesz że masz dość.
Leokadia dotknęła czegoś istotnego. W wielu tradycjach jest rozróżnienie między zakończeniem wolicjonalnym - ty kończysz - a zakończeniem naturalnym - praca się wyczerpuje. I są różne podejścia do tego które jest 'lepsze' albo bezpieczniejsze. Ale to też zakłada że praca ma jakiś własny rytm, co wracamy do pytania Jasnowidza.
No właśnie. I nie mówię że tak nie jest, tylko że nie mamy dobrego sposobu żeby to sprawdzić. Melania mówi że widzi to wstecz - co jest w porządku jako opis, ale Florka pytała jak to poznać w czasie rzeczywistym, nie po fakcie.
To co Jasnowidz mówi jest ważne i trochę mnie zatrzymało. Bo faktycznie - pytałam jak rozpoznać to w czasie rzeczywistym, a większość odpowiedzi sprowadza się do tego że 'zobaczysz po fakcie'. Tylko to mi za mało pomaga jak stoję nad pracą i nie wiem czy już.
rozumiem że to frustrujące, ale zastanawiam się czy to jest w ogóle możliwe - żeby mieć pewność w czasie rzeczywistym. Nie mówię że nie, pytam serio. Czy znasz jakąś metodę która daje ci taką pewność tu i teraz, nie interpretowaną wstecz?
Ja mam jedno ćwiczenie które stosuję i może nie daje 100% pewności ale przynajmiej daje jakiś punkt odniesienia. Przed pracą zapisuję sobie jaki jest cel i jaki będzie znak że cel jest osiągnięty. Nie ogólnie, konkretnie. I potem sprawdzam ten zapis a nie swoje odczucia. Odczucia kłamią, zapis nie.
To co Kazia opisuje z tym zapisem - to jest w zasadzie zasada z zarządzania projektami przeniesiona na grunt magiczny. Zdefiniuj metrykę sukcesu zanim zaczniesz. Śmieszne że to działa, ale chyba właśnie dlatego że zmusza do konkretności zamiast ogólnego 'no poczuję'.
Zapis i metryki to jedno podejście. Jest drugie - i to starsze - gdzie nie ty decydujesz o zakończeniu, tylko wyznaczasz to na początku poprzez strukturę samej pracy. Cykl księżyca, konkretna liczba dni, określona ilość powtórzeń. Wtedy pytanie 'kiedy koniec' jest odpowiedziane zanim zaczniesz.
Słucham tej dyskusji o metrykach i strukturach i mam mieszane odczucia. Z jednej strony rozumiem po co to - żeby nie kiwać się w nieskończoność. Ale jest coś niepokojącego w założeniu że praca magiczna ma zachowywać się jak projekt z harmonogramem. Skąd ta pewność że czas działania da się z góry zaplanować?
Czyli czekamy aż 'coś się stanie' i to jest nasz sygnał? To brzmi jak interpretowanie losowych zdarzeń jako potwierdzenia czegokolwiek. Jak długo się czeka na ten zewnętrzny sygnał zanim uzna się że praca nie zadziałała?
Ale właśnie - jak odróżnić zmianę 'bezpośrednio powiązaną' od zmiany która by nastąpiła i tak? To jest klasyczny problem z przypisywaniem sprawczości. Sytuacja się zmieniła bo praca zadziałała, czy się zmieniła bo czas leczy rany albo okoliczności same dojrzały?
No i wracamy do tego samego miejsca. Mam wrażenie że każde kryterium które tu padło ma jakąś lukę. Zapis - ale cele się zmieniają. Struktura czasowa - ale co jeśli skończyło się wcześniej. Zewnętrzny sygnał - ale nie wiesz czy to praca czy czas. Odczucie wewnętrzne - ale możesz się mylić. To co właściwie jest wystarczająco dobre?
Florka może właśnie chodzi o to że żadne jedno kryterium nie wystarczy i trzeba ich kilka naraz. Jak masz zapis, i strukturę, i odczucie, i zewnętrzną zmianę - i wszystkie mówią to samo - to może to jest ta pewność której szukasz. Nie idealna, ale wystarczająca.
Klimcia zadała chyba najważniejsze pytanie w tym wątku. Bo dopóki kryteria idą w jednym kierunku, to jest łatwo. Problem zaczyna się wtedy kiedy mówią różne rzeczy. I moim zdaniem wtedy trzeba zapytać siebie nie 'które kryterium jest nadrzędne' - bo to nie ma jednej odpowiedzi - tylko 'dlaczego akurat te dwa mówią co innego'. Ta niezgodność sama w sobie jest informacją.
Mam notatki z kilkunastu prac i jak teraz patrzę wstecz, to rzeczywiście da się to zobaczyć. Te które 'zadziałały' mają w notatkach moment gdzie nagle przestałam pisać dużo - po prostu jedno zdanie i koniec, jakby nie było więcej do powiedzenia. Te które urwałam w połowie albo ciągnęłam za długo - tam notatki są coraz bardziej chaotyczne albo zupełnie ich brak pod koniec. Nie wiem czy to reguła, ale wzorzec jest ciekawy.
Ale Natalka, ten wzorzec z notatkami - to jest ciekawe, bo sugeruje że jest jakiś nieświadomy sygnał który się pojawia, tyle że nie jesteśmy go świadome w momencie kiedy to się dzieje. Jakby ciało albo coś głębiej wiedziało przed głową.
Albo notatki są krótsze bo po prostu straciłaś zainteresowanie i nie chciało ci się pisać. Bez urazy, ale to też możliwa interpretacja. Skąd wiesz że to sygnał a nie znudzenie?
Wracając do tego co Kazia mówiła wcześniej o kilku kryteriach naraz - czy wy w ogóle macie poczucie że jest jakiś moment który jest wyraźny, taki że nie trzeba go interpretować? Bo z tej rozmowy wynika że zawsze jest jakaś wątpliwość i zawsze trzeba coś oceniać. Czy to nie jest po prostu natura tej pracy?
To co Leokadia opisuje pojawia się w różnych tradycjach pod różnymi nazwami - moment gdzie intencja jest zrealizowana zanim praca jest formalnie zakończona. W niektórych systemach to jest uznawane za właściwy moment zakończenia, nawet jeśli jest w środku sekwencji. Ale wymaga zaufania do tego rozpoznania, a to przychodzi z doświadczeniem, nie z regułkami.
Czyli w zasadzie jedyna sprawdzona metoda to retrospekcja i zbieranie własnych danych przez lata. To jest odpowiedź na pytanie z tytułu tego wątku? Serio?
Mnie ta rozmowa uświadomiła jedno - że przez lata szukałam jakiegoś obiektywnego wskaźnika i go nie znalazłam, bo chyba nie istnieje. Ale mój zapis i moje notatki to nie są surogaty obiektywności - to jest mój własny system kalibracji. I może to wystarczy?
Kazia, chyba masz rację. Zaczęłam ten wątek bo szukałam czegoś co mi powie 'teraz' albo 'jeszcze nie' - i nie dostałam tego w formie którą sobie wyobrażałam. Ale dostałam coś innego - że warto zacząć zbierać własne dane zamiast szukać gotowej odpowiedzi. Zacznę prowadzić takie notatki. Zobaczymy co z tego wyjdzie za jakiś czas.
Dobra, ale to nie rozwiązuje sprawy komuś kto właśnie teraz ma pracę i nie wie co robić. Całe 'zbieraj dane przez lata' jest OK długoterminowo ale co z konkretną sytuacją tu i teraz? Czy jest jakaś awaryjne podejście kiedy nie masz jeszcze własnego wzorca?
To co Runmistrz pyta na końcu to jest naprawdę odrębne pytanie od tego co omawiałyśmy do tej pory. Bo jedno to 'jak poznać że praca się skończyła' w sensie ogólnym, a drugie to 'co zrobić gdy nie wiem i muszę podjąć decyzję teraz'. I te dwa pytania mają inne odpowiedzi.
Ale czy to nie jest zbyt subiektywne żeby być przydatne? Bo 'czysta obojętność' versus 'obojętność z dyskomfortem' to jest różnica którą można poczuć tylko jeśli już się czuje różnicę. To trochę koło.
A czy jest może jakis sygnał zewnętrzny który jest łatwiejszy do sprawdzenia? Bo dyskutujemy głównie o odczuciach, ale czy nie ma czegoś co można zaobserwować poza sobą?
