Słucham ostatnio dużo muzyki podczas rytuałów i zaczełam się zastanawiać, czy to w ogóle ma jakieś znaczenie, czy to tylko kwestia nastroju. Mam na myśli konkretnie - czy rodzaj muzyki zmienia coś w samej praktyce, czy tylko nam się wydaje, że tak jest? Używam głównie binaural beats na YouTube, ale widziałam gdzieś wzmiankę o muzyce z określonymi częstotliwościami, podobno 432 Hz kontra 440 Hz i że to robi różnicę. Ktoś to sprawdzał?
Ten temat z częstotliwościami to dość szeroka dyskusja, bo jedni mówią że 432 Hz to czysta spekulacja bez podstaw, a inni kprzysięgają że czują różnicę. Mnie bardziej interesuje to co napisałaś o binaural beats - bo to już jest coś co ma trochę oparcia w badaniach nad falami mózgowymi. Ale czy to magia, czy zwykła psychoakustyka? Bo z jednej strony efekt jest, ale z drugiej - czy to nie jest po prostu to, że mózg wchodzi w inny stan skupienia?
To rozróżnienie między 'magiczne' a 'psychologiczne' zawsze trochę mnie irytuje, jakby jedno wykluczało drugie. W tradycjach szamańskich bębnienie pełni konkretną funkcję - wprowadzenie w zmieniony stan świadomości, który umożliwia pracę z tym, co poza codzienną percepcją. Tam nikt nie pyta czy to psychologia czy magia, bo to po prostu jest jeden proces. Pytanie do Julisii bardziej mnie ciekawi inne - czy te binaural beats stosujesz przy konkretnym typie rytuałów, czy przy wszystkim?
Doczytałem trochę o tej teorii 432 Hz i szczerze - większość tego co krąży w internecie to mix faktów i mitów. Twierdzenie że Beethoven pisał w 432 Hz jest po prostu nieprawdą, bo standaryzacja 440 Hz nastąpiła dopiero w 1939 roku, więc wcześniej nie było jednego standardu w ogóle. Ale to nie znaczy że częstotliwości brzmienia są bez znaczenia dla naszego odbioru, to już inna kwestia. Zastanawiam się bardziej nad tym co Malinowa powiedziała o bębnieniu - czy tam chodzi o samą częstotliwość dźwięku, czy o rytm i powtarzalność?
Ja wtrącę że Michael Harner dużo pisał o tym rytmie w kontekście szamanizmu core, on właśnie opierał swoje podejście na tym że rytm bębna jest powtarzalny i przewidywalny. Jego badania z lat 80. były dość systematyczne jak na tamte czasy. Nie wiem czy to odpowiedź na pytanie Zarii, ale Monisia nie wzięła tego z powietrza.
to bardzo słuszna obserwacja. Galdr właśnie dlatego funkcjonuje sam, bo wibracja dźwięku jest tu samą pracą magiczną, nie tylko tłem. Dokładanie do tego kolejnej warstwy dźwiękowej to jak rysowanie drugiego obrazu na pierwszym. Natomiast przy rytuałach gdzie główna aktywność jest inna - np. pisanie, praca z przedmiotami - muzyka może działać jako rodzaj bariery izolującej od zewnętrznych zakłóceń. Czy próbowałaś kiedyś dronowych dźwięków, takie długo trzymane tony, zamiast melodii?
Przeczytałam cały wątek i mam pytanie trochę z boku - mówicie o rytuałach i muzyce, ale czy to działa też przy pracy z czakrami? Bo widziałam że każda czakra ma przypisaną dźwięk, jak misa tybetańska na konkretną częstotliwość. Czy to jest podobny mechanizm do tego bębnienia szamańskiego?
Okej, dzięki za szczerość. Bo trochę się boję że w tej całej dyskusji o muzyce i magii łatwo jest wpaść w pułapkę - wszystko brzmi logicznie, każdy element pasuje do każdego i nagle mamy spójny system, który jednak nie ma mocnych podstaw. To nie znaczy że jest bez wartości, ale warto to wiedzieć.
Czytam od początku i mam wrażenie że dość dużo tu jest o tradycjach rdzennych i szamańskich, a jestem ciekawa czy ktoś próbował czegoś bliżej europejskiego - gregorianki, śpiew chóralny, psalmy? Słyszałam że w niektórych wicczańskich kręgach używa się muzyki celtyckiej, ale to chyba bardziej dla nastroju niż jakiś konkretny system.
Tomatis to ten od terapii dźwiękiem i uczenia się języków? Pamiętam że czytałem o nim w jakimś innym kontekście. Czy jego rzeczy o gregoriankach są gdzieś dostępne po polsku, czy tylko po francusku albo angielsku?
Przepraszam że wchodzę w środek - ale wracając do tego co Julisia pisała na początku o nastroju. Zastanawiam się czy nie jest tak, że muzyka podczas rytuału działa przede wszystkim na nas samych, nie na jakieś zewnętrzne energie? Mam na myśli - może to jest kwestia skupienia, wyciszenia głowy, i to pomaga że intencja jest wyraźniejsza? Czy to coś zmienia w sensie jak do tego podchodzicie?
To mnie ciekawi - czy jest różnica między słuchaniem muzyki a jej tworzeniem podczas rytuału? Śpiewanie mantry, nucenie, granie nawet na prostym instrumencie wydaje się jakościowo inne niż odtwarzanie czegoś z głośnika. Albo się mylę i efekt jest ten sam?
To pytanie Cezarego mnie zatrzymało - czy tworzenie muzyki działa inaczej niż słuchanie. Bo jak nucę coś podczas medytacji, to faktycznie jest coś zupełnie innego niż gdy mam to w tle z głośnika. Nie wiem czy to dlatego że sama kontroluję tempo, czy dlatego że angażuję ciało i oddech, ale ta różnica jest wyraźna.
A co z śpiewem mis tybetańskich - tam człowiek nie śpiewa, tylko pociera albo uderza, więc jest pośrodku między tworzeniem a słuchaniem? Pytam bo jakiś czas temu byłam na sesji z misami i było coś innego niż ze słuchaniem muzyki, ale nie umiałabym powiedzieć co dokładnie.
To co Dianka opisuje brzmi jak to co czytałem o terapii wibracyjnej. Tam też chodzi o bezpośredni kontakt ciała z drganiami, nie o słyszenie dźwięku uszami. Ktoś wie czy to jest w ogóle badane naukowo, czy tylko anegdotyczne?
Przy galdr o którym wcześniej pisałam też jest ten element fizyczny - śpiewanie angażuje klatkę, gardło, całe ciało wibruje. I mam wrażenie że to jest część działania, nie tylko efekt uboczny. Tak jakby dźwięk musiał przejść przez ciało żeby coś zrobić. Nagranie tego nie odtworzy, bo ciało nie jest zaangażowane po tej samej stronie.
ale czy to znaczy że ktoś kto nie ma głosu albo ma np. problem z mową, jest wykluczony z tego rodzaju pracy? Zastanawiam się bo galdr zawsze kojarzyło mi się z czymś bardzo wokalnym i nie wiem czy są jakieś inne ścieżki.
To co Dianka opisała przy misach - drgania fizyczne, czucie w ciele - to jest osobna gałąź pracy z dźwiękiem i w kontekście magicznym jest traktowana inaczej niż muzyka jako tło. To bardziej praca z ciałem jako medium. Misy kościelne używane w ceremonializmie zachodnim miały podobną funkcję, ale tam chodziło bardziej o skupienie uwagi przez dźwięk niż o bezpośrednie działanie wibracyjne. Dwa różne modele, oba w jakimś sensie skuteczne.
Zastanawiam się czy to co opisuje Malinowa o dwóch modelach nie daje się przełożyć na coś praktycznego. Tzn. czy przed rytuałem warto świadomie zdecydować w którym modelu pracuję - czy muzyka ma mnie wprowadzić w stan skupienia, czy ma fizycznie oddziaływać. Bo mieszanie tych dwóch bez refleksji może dawać dziwne efekty.
To ciekawe co mówisz o notatkach - czy to jest coś co robisz regularnie, czy tylko jak coś nie wychodzi? Pytam bo sama mam z tym problem, żeby utrzymać jakąkolwiek regularność w dokumentowaniu.
Wracając do pytania o tworzenie vs słuchanie - czy ktoś próbował improwizować dźwięk podczas rytuału? Mam na myśli nie śpiewanie konkretnej mantry tylko po prostu wydawanie dźwięków bez z góry ustalonej formy. Czy to ma sens, czy raczej forma i powtarzalność są konieczne?
Nie wiedziałem że automatyczne pismo i improwizacja dźwiękowa są porównywane w tym kontekście. Czy to jest jakaś konkretna tradycja, czy własna obserwacja?
Mnie zaintrygowało to co Monisia pisała wcześniej o nieplanowanym dźwięku i automatycznym piśmie. Nigdy nie myślałem o tych dwóch rzeczach obok siebie, ale jak tak patrzę - oba zakładają jakieś zejście poniżej kontrolowanego myślenia. Czy ktoś to robił świadomie, tzn. wchodził w improwizację dźwiękową z założeniem że chce ominąć kontrolę, a nie stworzyć coś konkretnego?
Wracam do pytania Auric05 o notatki, bo to mnie zatrzymało. Sama zaczęłam notować przed medytacjami i zauważyłam że samo zapisanie intencji zmienia jak potem siedzę - jakby głowa wiedziała że już nie musi tego pilnować. Zastanawiam się czy przy muzyce rytualnej działa podobnie, tzn. czy świadome zdefiniowanie po co ta muzyka w ogóle jest, zmienia odbiór.
Słucham tej rozmowy o improwizacji i myślę, że mam pytanie może trochę z boku - czy ktoś kiedyś miał nieprzyjemne doświadczenie z taką nieplanowaną pracą z dźwiękiem? Nie chcę siać paniki, po prostu zastanawiam się czy to jest coś co można robić bez żadnego przygotowania.
To co Julisia mówi o rzeczach siedzących głębiej - przy sesji z misami miałam moment który był bardziej niepokojący niż relaksujący, i osoba prowadząca powiedziała że to normalne. Nie wiem czy to był ten efekt o którym piszesz, ale mam pytanie: jak rozróżnić czy coś nieprzyjemnego podczas rytuału to jest coś znaczącego, czy po prostu reakcja ciała na dźwięk?
Przy okazji tego co mówi Auric05 - mam wrażenie że w tej rozmowie kilka razy pojawia się temat granicy między reakcją psychologiczną a czymś co traktujemy jako magiczne działanie. Czy to jest w ogóle rozróżnienie które ma znaczenie? Tzn. czy jeśli efekt jest ten sam, to ważne jest dlaczego się pojawił?
