Jak patrzę na niego teraz, to czuję coś między ciekawością a niepokojem. Nie wiem czy to dlatego że rozmawiam o nim tu i skupiłam uwagę, czy dlatego że faktycznie coś jest niezamknięte. To jest właśnie problem - nie umiem oddzielić swojego nastroju od sygnału z pracy.
Ten problem oddzielenia nastroju od sygnału to chyba jeden z trudniejszych aspektów w ogóle. Ja przez długi czas myślałam że to co czuję to jest zawsze sygnał, a potem zorientowałam się że często to po prostu lęk przed zakończeniem, bo zakończenie oznacza że efekt już nie przyjdzie. Trudno to rozróżnić.
No to jak w takim razie ktokolwiek jest w stanie to rozróżnić bez wieloletniego doświadczenia? Bo ja to słyszę i brzmi jakby trzeba było być psychologiem żeby robić rytuały.
A co z tymi pracami gdzie masz fizyczny objaw który można zmierzyć - coś się wydarzyło albo nie? Bo przy takich chyba łatwiej, nie musisz niczego wewnętrznie rozpoznawać.
Tunia ma rację i to jest chyba najczęstsza pułapka przy pracach ochronnych. Ludzie nie zamykają bo myślą że jak zamkną to ochrona zniknie. A to nie jest logika zakończenia, to jest logika uzależnienia od rytuału. Widziałam to u kilku osób które prosiły mnie o pomoc przy amuletach.
Leokadia dotknęła tu czegoś istotnego. W praktyce często widzę że trudność z zakończeniem nie wynika z braku sygnału ale z braku zaufania do tego sygnału. Ktoś go ma, ale go ignoruje. To jest inny problem niż nieumiejętność odczytania.
To mnie trochę uderzyło. Bo może ja ten sygnał mam i właśnie on mówi że czas zakończyć, a ja tu dyskutuję zamiast po prostu to zrobić. Może szukam potwierdzenia bo sama nie ufam własnej ocenie.
I to jest chyba najuczciwsza rzecz jaką powiedziałaś w tym wątku. Naprawdę. Nie mówię że masz zakończyć teraz, ale to co opisujesz - szukanie zewnętrznej zgody na własną decyzję - to jest sygnał sam w sobie. Wiesz co chcesz zrobić, pytanie brzmi dlaczego jeszcze tego nie robisz.
No dobra, Elzuchna powiedziała rzecz która mnie zatrzymała. Szukam zewnętrznej zgody. Serio, siedzę tu i czekam aż ktoś mi powie 'zamknij to' albo 'nie zamykaj'. A to chyba nie jest sposób na robienie czegokolwiek z intencją. Więc może pytanie nie brzmi 'jak zakończyć' tylko 'dlaczego nie ufam sobie że to wiem'.
To jest bardzo uczciwe i myślę że dużo osób mogłoby powiedzieć to samo, tylko nie chce. Ja przez długi czas dokumentowałam swoje prace właśnie dlatego że nie ufałam sobie - jak miałam zapisane co czułam przy poprzednich, to mogłam porównać. Ale z czasem zauważyłam że te notatki też stały się rodzajem zewnętrznego potwierdzenia. Że zamiast czuć, szukałam dopasowania do wzorca.
Słuchajcie, ale tu cały czas kręcimy się wokół tego jak czuć koniec. A nie rozmawialiśmy chyba o tym czy w ogóle jest jakiś sposób na aktywne zakończenie - coś co robisz, nie tylko coś co czujesz. Fizyczna czynność, gest, cokolwiek. Bo może problem Florki jest prosty - nie zrobiła zamknięcia i dlatego czuje że coś wisi.
No i tu się zastanawiam czy to nie jest właśnie ten moment gdzie magia staje się bardziej teatrem. Robię gest, bo tradycja mówi że mam robić gest, ale sama nie wiem czy cokolwiek się zmieniło. Skąd wiadomo że to nie jest po prostu rytualne udawanie?
Gest zamknięcia to nie jest teatr jeśli go rozumiesz. Ja przy sznurach zawsze rozwiązuję węzły od końca do początku i spalam sznur. Nie dlatego że ktoś mi kazał, ale dlatego że ta czynność dla mnie fizycznie domyka intencję - widzę że to się skończyło. Czy to 'działa magicznie' to nie wiem. Ale przestaję myśleć o tej pracy po spaleniu. To dla mnie wystarczy.
Leokadia, a co jeśli sznur jest związany w sposób który ciężko rozwiązać odwrotnie? Mój jest splecionymi węzłami, nie pojedynczymi. Nie wiem czy da się to 'odpruć' w sensowny sposób. Myślałam żeby po prostu spalić bez rozwiązywania.
Florka, to jest właśnie kwestia intencji przy zakładaniu. Jak wiązałaś te węzły, co mówiłaś do siebie? Bo jeśli każdy węzeł był oddzielną intencją, to może każda powinna być oddzielnie domknięta. Ale jeśli to był jeden ciągły akt, to spalenie bez rozwiązywania jest całkowicie spójne. Pytanie do ciebie, nie do mnie.
Mnie zastanawia coś innego przy tym spalaniu. Widziałam opisy gdzie mówi się żeby nie patrzeć jak się pali, wyjść. I nigdy nie rozumiałam dlaczego. Ktoś wie skąd to pochodzi? Bo Leokadia mówi że patrzy i to domyka, a gdzie indziej czytałam odwrotnie.
A co z pracami które w ogóle nie mają fizycznego nośnika? Znaczy - intencja wypowiedziana, bez sznura, bez świecy, nic. Jak to się zamyka? Bo wtedy nie ma co spalić ani zakopać.
To jest ciekawe zagadnienie i myślę że przy słownych pracach zakończenie musi być równie świadome jak sam akt. Sama mówiłam kiedyś głośno zakończenie - wyraźnie, na trzeźwo, bez pośpiechu. Trochę jak anulowanie umowy ustnej. Głupio brzmi jak tak to opisuję, ale działało na mój spokój wewnętrzny.
Natalka, a czy ty czujesz różnicę między mówieniem zakończenia bo tak trzeba a mówieniem go bo naprawdę jest czas? Pytam bo mam wrażenie że można powiedzieć wszystkie właściwe słowa i nadal nie być gotową.
Słuchajcie, ta rozmowa mi naprawdę pomogła, chociaż nie dała prostej odpowiedzi - czego nie oczekiwałam. Myślę że po tej rozmowie wiem co zrobię ze sznurem. I nie, nie powiem tu publicznie, bo się obawiam że jak powiem to znowu będę szukać czy robię dobrze. Ale chyba właśnie o to chodzi - żeby to być decyzja moja, nie wypracowana przez głosowanie na forum.
Florka, to uczciwe podejście. Nie wszystko trzeba opisywać publicznie, żeby to było prawdziwe. Powodzenia ze sznurem.
Dobra, ale zostańmy chwilę przy tej kwestii spalania bez rozwiązywania. Bo Leokadia mówiła że każdy węzeł to oddzielna intencja. Jeśli splatasz kilka intencji razem i spalasz naraz, to co się dzieje z każdą z osobna? Czy to nie jest trochę jak zrywanie umowy bez czytania poszczególnych punktów?
To co Jasnowidz mówi to jest chyba największy problem w tym temacie w ogóle. Jak odróżnić autentyczne odczucie od tego że po prostu chcesz żeby już było po robocie? Bo ja mam tendencję do pośpieszania rzeczy i potem nie wiem czy naprawdę czuję zakończenie czy po prostu mam dość.
A co z pracami które od początku są pomyślane jako jednorazowe? Jak powiedziałaś słowo, masz jakiś cel na jutro, i tyle - nie ma tu żadnej ciągłości, żadnych węzłów. Czy w ogóle trzeba je formalnie zamykać?
Trochę się wsłuchuję w tę rozmowę i mam wrażenie że krążymy wokół tematu który jest naprawdę niejednoznaczny - mianowicie tego czy praca ma swój własny 'czas życia' niezależnie od tego co ty myślisz, czy jest w 100% zależna od twojej uwagi. Bo jeśli to drugie, to zamknięcie jest trywialne - po prostu przestajesz myśleć. A jeśli to pierwsze, to sprawa się komplikuje.
Hej, ale zmęczenie tematem może być właśnie tym sygnałem. Nie widzę dlaczego trzeba to od siebie oddzielać. Jak pracujesz nad czymś przez długi czas i nagle temat przestaje cie angażować, to moze to znaczy że zostało zrobione co miało być zrobione. Nie ma tu żadnej sprzeczności.
Runmistrz ma rację. Znużenie i zakończenie to nie są synonimy. Znam osoby które przerywają rzeczy w połowie bo się nudzą i potem mają chaos w głowie przez miesiące. To nie brzmi jak dobre kryterium.
