Mnie ta rozmowa dała właściwie jedno konkretne: że nie ma jednego sygnału i trzeba szukać kilku równocześnie. Czyli zmiana nastroju wokół tematu, brak nowych snów czy obrazów, poczucie lekkości - jak to się zbiega, to prawdopodobnie koniec. Ale to jest moje zebranie z tego co tu padło, nie jakaś gotowa reguła.
Wracam do tego co Florka zapytała - czy ktoś jest bliżej odpowiedzi. Mam wrażenie że tak, ale nie odpowiedzi na pytanie jak ją zadała, tylko na pytanie pod spodem. To pod spodem to: czy w ogóle można wiedzieć. I myślę że wątek dość dobrze pokazał że nie można wiedzieć z pewnością, ale można rozpoznawać. To jest inne niż pewność.
No to jak to jest z tym anulowaniem w trakcie - bo to miało być też w tym wątku a jakoś utknęliśmy na rozpoznawaniu końca naturalnego. Leokadia mówiła o zakopaniu, ale czy to działa tak samo kiedy anulowanie jest z wyboru, nie dlatego że praca się wypełniła?
Nie da się. I chyba to jest odpowiedź na twoje pytanie. Mogę powiedzieć co czułam, jak wyglądało to wewnętrznie, ale weryfikacji nie ma. Trochę mnie to irytuje, bo lubię wiedzieć co robię i dlaczego, ale w tym miejscu po prostu muszę przyjąć niepewność.
To co Leokadia opisuje - brak weryfikacji - to jest coś z czym ja też siedzę od dawna. Mam notatki z kilkunastu prac i jak patrzę wstecz to naprawdę nie potrafię powiedzieć które zakończyłam dobrze a które po prostu zostawiłam i jakoś samo się uspokoiło. Efekty były różne ale nie wiem co było czego przyczyną.
Czekaj, bo to jest chyba nowe pytanie w wątku - czy zakotwiczenie przedłuża życie pracy? Bo jeśli tak, to może prace bez zakotwiczenia naturalnie kończą się szybciej i problem z rozpoznaniem końca jest mniejszy.
Zakotwiczenie to niekoniecznie fizyczny obiekt. Może to być powtarzające się działanie, codzienne wracanie myślą do intencji, sam nawyk myślenia o sprawie. Jeśli przez miesiąc codziennie wracasz do tego co chciałaś osiągnąć, to de facto podtrzymujesz pracę niezależnie od tego czy masz na to świecę czy kamień.
To co Wedrowiec mówi o nieświadomym zakotwiczaniu przez śledzenie wyniku - to mi coś wyjaśnia. Bo miałam prace gdzie zupełnie odpuściłam i czułam wyraźny moment kiedy coś 'puściło'. I miałam takie gdzie śledziłam i nie było żadnego wyraźnego końca, ciągnęło się. Nigdy tego nie łączyłam, ale teraz to brzmi sensownie.
To co Florka opisuje - ta różnica między pracami gdzie odpuściłaś i było wyraźne puknięcie a pracami gdzie śledziłaś i się ciągnęło - to mi daje do myślenia o moich notatkach. Jak teraz przeglądam, to rzeczywiście te które zakończyłam z poczuciem 'coś się domknęło' to były przeważnie te gdzie po prostu przestałam myśleć o wyniku. Nie wiem czy to skutek czy przyczyna.
Brzmi jak problem z kurą i jajkiem. Tylko że w tym przypadku nie wiadomo nawet czy kura istnieje.
To co Wedrowiec mówi pasuje do mojego doświadczenia z zakopywaniem. Nie robiłam tego jako magiczne działanie osobne od siebie - robiłam to żeby coś we mnie się zmieniło. I zmieniało się. Ale czy zmieniało się bo zakopałam, czy zakopywałam kiedy byłam gotowa żeby się zmieniło - tego nie umiem powiedzieć.
To co Leokadia mówi jest wazne - ze fizyczne domknięcie bez wewnętrznego to tylko ruch. Ale co z sytuacją odwrotną - jeśli ktoś jest wewnętrznie gotowy żeby skończyć ale nie robi nic fizycznie? Czy praca i tak wygasa?
Zastanawiam się czy w takim razie anulowanie to nie jest bardziej akt wobec siebie niż wobec pracy. Czyli nie chodzi o to żeby 'wyłączyć' coś co działa na zewnątrz, tylko żeby zmienić swój własny stan wobec tego co zrobiłaś. Jeśli tak, to pytanie z tytułu wątku - kiedy przestać - jest może źle postawione. Pytanie brzmiałoby: kiedy jesteś gotowa żeby przestać.
Ale to robi z pytania coś zupełnie subiektywnego i nieco okrężnego - bo 'kiedy jesteś gotowa' to zależy od ciebie, a ciebie nie można sprawdzić z zewnątrz. Rozumiem ten kierunek myślenia, ale praktycznie nic z tego nie wynika, bo każda odpowie inaczej.
No i docieramy do punktu w którym albo mówimy że cała ta praktyka jest niesprawdzalna, albo godzimy się że sprawdzalność w tym kontekście wygląda inaczej niż w innych. Nie mówię że jedno albo drugie jest lepsze, mówię że to jest wybór który każdy musi zrobić sam. Ja jeszcze nie wiem po której stronie jestem.
Ta granica którą Runmistrz opisuje jest realna. I chyba nie da się jej w pełni przekroczyć słowami - możesz opisywać doświadczenie ale ktoś kto nie ma podobnego punktu odniesienia będzie słyszał albo za mało albo za dużo. Nie mówię tego złośliwie wobec nikogo w tym wątku, po prostu tak to wygląda w praktyce.
To prawda. I może dlatego takie wątki jak ten mają wartość nie jako podręcznik co robić, tylko jako zebranie różnych punktów odniesienia. Ktoś może przeczytać i rozpoznać coś swojego - albo nie rozpoznać i stwierdzić że to nie jest dla niej. Jedno i drugie jest OK.
To co Florka napisała wcześniej o tym że anulowanie to akt wobec siebie - siedzę z tym już chwilę i nie wiem czy to mnie przekonuje czy wręcz przeciwnie. Bo jeśli tak jest, to znaczy że praca nigdy nie istnieje poza mną? Że to wszystko jest tylko wewnętrzne? Pytam serio, nie złośliwie.
To rozróżnienie na 'wewnętrzne' i 'zewnętrzne' jest trochę pułapką językową. W większości tradycji których dotykałem nie ma takiego ostrego cięcia - to co robisz w sobie zmienia coś w polu wokół ciebie i odwrotnie. Ale rozumiem że to brzmi jak unik od pytania Klimci.
Ja mam wrażenie że przez ostatnią część rozmowy kręcimy się trochę wokół tego samego miejsca. Jakby każda odpowiedź otwierała następne pytanie i nie lądujemy nigdzie konkretnie. Nie mówię że to złe, ale ciekawi mnie czy ktokolwiek z piszących tu faktycznie wyszedł z jakąś metodą rozpoznawania końca - taką którą stosuje powtarzalnie.
To co Leokadia opisuje z impulsem żeby 'coś jeszcze zrobić' - to ja rozpoznaję bardzo dobrze. I chyba to jest najlepszy wskaźnik ze wszystkich które tu padły. Niepokój ze pracy już zamkniętej to nie jest sygnał że praca działa, tylko że ja nie puściłam.
Dobra, ale to znowu wraca do pytania czy 'puściłam' to jest coś co mogę zrobić świadomie, czy coś co po prostu się dzieje kiedy czas minie. Bo jeśli nie mogę tego kontrolować, to cały wątek o anulowaniu i rozpoznawaniu końca jest trochę bez sensu - czekasz aż samo przejdzie i tyle.
