I to chyba odpowiada na pytanie Szeptuna sprzed kilkunastu postów - o tym, że nie o sam język chodzi, ale o to, co ten język robi z twoim umysłem w konkretnym momencie. Łacina może być żywa albo martwa, hebrajski może otwierać albo zamykać, polski może być za blisko albo w sam raz. To nie jest właściwość języka samego w sobie.
Ale zaraz, Hania, bo chyba nie do końca za tobą nadążam. Mówisz, że łacina może być żywa albo martwa zależnie od momentu - ale jak ty to w ogóle sprawdzasz? Masz jakiś sygnał, że tym razem jest żywa, a nie tylko odrecytowana?
To jest ciekawy wskaźnik, ten z czasem. Ale trochę mnie niepokoi, bo można go odwrócić - możesz skończyć szybko, bo byłaś w pełni skupiona i nie potrzeba więcej. Długość nie zawsze równa się jakość.
To "jak zostaje po" - to jest chyba klucz do całej tej rozmowy o językach. Astrologia nauczyła mnie, że możesz przetłumaczyć chart na dziesięć języków, ale pytanie jest zawsze to samo: czy coś z tego wychodzi poza sam akt wypowiadania. Język to tylko kanał, ale kanał ma znaczenie, bo kształtuje to, co przez niego przechodzi.
A czy ktoś tu w ogóle próbował prowadzić przez jakiś czas dwie równoległe wersje tego samego rytuału - raz w obcym języku, raz po polsku - żeby mieć bezpośrednie porównanie? Bo cała ta rozmowa opiera się na wrażeniach rozłożonych w czasie, a nie na porównaniu bocznym.
To rozróżnienie, które robisz Czarek - forma kontra znaczenie - mi coś przypomina z historii języków liturgicznych. Łacina w Kościele przez wieki była właśnie o formie, o dźwięku, o rytuale, a nie o rozumieniu przez wiernych. I to był celowy wybór, żeby język nie był transparentny. Może to samo działa w magii - im mniej przezroczysty język, tym bardziej jest warstwą samą w sobie.
Wracając do tej kwestii z początku, którą poruszała Hania - o sygnałach, że pora coś zmienić. Bo ta rozmowa o łacinie kontra polskim trochę mnie tu prowadzi do wniosku, że może nie chodzi o wybór języka raz na zawsze, ale o rozpoznawanie, kiedy ten co masz przestał ci służyć. Jak u mnie z kartami - przerwa nie była zmianą systemu, była resetem. Może z językiem jest podobnie?
Czyli intuicja wyprzedza refleksję. A jak to się ma do języka? Bo właśnie to próbuję połączyć - czy zmiana języka rytuału może być taką samą podświadomą decyzją? Że pewnego dnia po prostu przestajesz mówić po łacinie i nie wiesz kiedy dokładnie to nastąpiło?
To jest pytanie, które mnie wraca przy pracy z tarotem. Kiedy zmieniałam talie - co robiłam kilka razy - zawsze próbowałam to robić świadomie. Ale teraz, jak myślę wstecz, to te zmiany, które rzeczywiście coś wniosły, zawsze poprzedzało jakieś wewnętrzne znużenie. Nie decyzja, tylko znużenie najpierw. Decyzja przychodziła po.
To wychodzi na to, że długość przerwy też jest wskaźnikiem? Kilka dni to reset formy, kilka miesięcy to coś innego. Zastanawiam się, czy to samo działa przy języku - że krótkie zmęczenie łaciną można przepracować jednym rytuałem po polsku, a długie zmęczenie to znak, że cały system wymaga rewizji, nie tylko warstwa językowa.
W astrologii mamy tranzyt, który może trwać tydzień albo dwa lata - i rozróżniamy, bo patrzymy na planetę i jej ruch. Ale w praktyce magicznej nie ma takiego zewnętrznego zegara. Skąd więc wiedzieć, czy to co czujesz to tymczasowe zakłócenie, czy faktyczna granica systemu? I czy zmiana języka jest wtedy odpowiedzią, czy tylko odwlekaniem?
Celestyna, to jest chyba sedno. Zmiana języka może być autentycznym krokiem albo może być ucieczką od czegoś trudniejszego. I z zewnątrz - a często też z wewnątrz - te dwie rzeczy wyglądają identycznie. Szczególnie kiedy jesteś w środku zmiany.
Ale ta retrospekcja - to wymaga dyscypliny, której ja kompletnie nie mam. Jak coś nie działa, to zmieniam i idę dalej. Notatki, porównania, analiza po fakcie - nigdy mi to nie wychodziło. Nie wiem, czy to mój problem z cierpliwością, czy po prostu inny styl pracy.
To "pusto" - wydaje mi się, że to jest całkiem precyzyjny wskaźnik, wbrew pozorom. Różne osoby opisują to różnie, ale zawsze jest jakiś moment, kiedy forma przestaje tworzyć jakiekolwiek napięcie. I wtedy nieważne, czy to łacina, hebrajski czy polski - wszystko brzmi tak samo płasko. Pytanie jest, co z tym robisz - zmieniasz język, czy schodzisz głębiej.
A czy ktoś próbował kiedyś świadomie użyć zmiany języka właśnie jako drzwi do tej głębszej zmiany? Nie żeby język sam w sobie coś naprawił, ale żeby wytrącić siebie ze schematu na tyle, żeby intencja mogła się odświeżyć? Bo mi się zdarzyło, że sam dyskomfort nowego słownictwa zmusił mnie do uważniejszego bycia przy rytuale.
To jest chyba najważniejsze pytanie w tym wątku i nikt nie odpowiedział wprost. Obcość się zużywa. Nordic galdr po kilku miesiącach schodzi mi równie automatycznie co polska fraza, którą powtarzam od lat. Więc jeśli chodzi o język jako środek do obecności - to jest efekt tymczasowy. I co wtedy?
Ale może nie chodzi o to, żeby lista się nie skończyła, tylko żeby każdy z tych języków zostawił coś trwałego zanim go porzucisz. Jak uczysz się systemu, a nie tylko brzmienia, to nawet po tym jak fonetyka przestaje być obca, zostaje ci coś w rozumieniu struktury. Z hebrajskim tak mam - przestał być "nowy", ale gematria nadal działa na mnie inaczej niż polskie słowo.
A czy ktoś próbował czegoś poza tą trójką z tytułu wątku? Bo łacina, hebrajski i polski to jednak dość oczywiste wybory w tej tradycji. Mam na myśli np. język staroniemiecki w kontekście run, ale też chyba aramejski albo koptyjski - bo niektóre tradycje gnostyckie używają koptyjskiego jako języka rytualnego do dziś.
Słucham tego i zastanawiam się, czy przypadkiem nie komplikujemy prostej sprawy. Łacina kościelna przez wieki miała siłę nie dlatego, że była "obca" albo "rekonstruowana", tylko dlatego, że cała wspólnota wierzyła, że tak brzmi rozmowa z sacrum. Kiedy Watykan przeszedł na języki narodowe, połowa wiernych poczuła się oszukana - właśnie dlatego, że ta forma niosła coś, czego przetłumaczyć się nie da bez strat.
Ja chyba należę do obozu, który nie myśli o tym aż tyle. Używam polskiego, bo znam polskie słowa i wiem, co chcę powiedzieć. Łacina bez rozumienia to dla mnie jak czytanie z kartki w obcym języku - mogę, ale nie wiem co mówię. I to mi przeszkadza bardziej niż jakakolwiek kwestia "autentyczności".
Wracając do pytania Czarka o zużywanie się obcości - czy ktoś zastanawiał się nad tym, żeby zamiast szukać kolejnego "obcego" języka, celowo wprowadzać zmiany w tym, który już zna? Mam na myśli archaiczną polszczyznę. Formy staropolskie, tryb rozkazujący z dawną fleksją, słowa, które wypadły z użycia. Brzmi jak ojczysty język, ale mózg go przetwarza trochę inaczej.
A to ciekawe, bo mi akurat działa odwrotnie - coś prostego po polsku, bez żadnych ozdobników, bez żadnej "formy", działa lepiej niż cokolwiek bardziej skonstruowanego. Jedno zdanie, konkretne, własne. Bez rytmu, bez rymu, bez tradycji. Może dlatego, że wiem dokładnie, co mówię i nie ma nic, co mógłbym powtarzać machinalnie.
To jest właściwie pytanie o to, czy forma ma swój "termin ważności" niezależny od treści. Przy runach mam podobny dylemat - te same znaki, różne układy, ale sam alfabet w pewnym momencie przestaje mieć dla mnie wagę, jeśli go nie aktualizuję w jakimś sensie. Tylko co to znaczy "aktualizować" starożytny system?
Wrócę na chwilę do języka, bo ten wątek z "aktualizowaniem" systemów dotyczy też łaciny i hebrajskiego. Hebrajski jest aktualizowany cały czas - jest językiem żywym w Izraelu i jednocześnie liturgicznym w judaizmie. Łacina jest martwa, ale wciąż obecna w liturgii. To chyba robi między nimi dużą różnicę, której rzadko uwzględniamy w tej dyskusji.
To samo zresztą z łaciną kościelną versus klasyczną. Ktoś może myśleć, że recytuje Cycerona, a recytuje średniowieczny kościelny dialekt, który miał zupełnie inną wymowę. Ecclesiastical Latin i Classical Latin brzmią inaczej. Czy to ma znaczenie dla skuteczności? Nie wiem. Ale dla rozumienia własnej praktyki - chyba tak.
No to mnie trochę rozbiłaś. Myślałem, że nauka języka rozwiązuje ten problem, a tu okazuje się, że tylko przesuwa go głębiej.
Ale może nie chodzi o pełne rozumienie filologiczne, tylko o pewien poziom intencjonalnej znajomości? Tzn. wiem, że invokoję coś konkretnego, znam podstawowe znaczenie słów, nawet jeśli nie znam wszystkich niuansów historycznych. Czy naprawdę trzeba być językoznawcą, żeby cokolwiek z tego miało sens?
