To pytanie Helenki jest chyba kluczowe dla całego wątku, bo tytuł sugeruje, że chodzi o wybór języka, ale właściwie pytamy o coś głębszego - o moment, kiedy forma przestaje służyć treści. Czy ktoś miał konkretny moment, kiedy rozpoznał, że coś się zużyło i pora zmienić podejście?
Ja miałam taki moment z pewnym afirmacyjnym tekstem po polsku, którego używałam kilka miesięcy. W pewnym momencie zaczęłam go recytować, zanim skończyłam myśleć, o czym mówię. To był dla mnie sygnał - nie zła intencja, nie zła forma, po prostu automatyzm wyprzedził świadomość. Zrezygnowałam i przez jakiś czas robiłam wszystko w ciszy.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może bardziej podstawowe - czy jest jakiś sposób, żeby od początku nie wpaść w ten automatyzm? Tzn. czy da się "wbudować" coś w praktykę, co nas przed tym chroni, czy to jest po prostu nieuchronne po pewnym czasie?
To jest dość precyzyjne rozróżnienie, Ostroika. Bo właśnie w tradycji buddyjskiej mantry recytowane tysiące razy nie są uznawane za "zużyte" - wręcz przeciwnie. Ale tam kontekstem jest długoletnia praktyka i specyficzny stan umysłu. W praktyce oderwanej od tej tradycji nie mamy tego samego oparcia. Więc pytanie brzmi - czy jesteśmy w stanie zbudować coś analogicznego własną drogą, bez całego systemu wokół?
Dobra, ale jeśli dobrze rozumiem tę rozmowę, to wychodzi na to, że bez całego systemu za sobą żaden język nie działa? Łacina bez kościoła, hebrajski bez Kabały, mantry bez buddyzmu? To co z osobami, które pracują samodzielnie, bez przynależności do żadnej tradycji?
Z własnej historii, z lektury, z doświadczenia, z błędów. Nie ma jednego źródła. Ale Leopold stawia dobre pytanie, bo widzę tu ryzyko - samodzielnie zbudowany system łatwo się zamknąć w pętli własnych przekonań. Tradycja zewnętrzna, nawet jeśli formalna, daje jakiś punkt odniesienia poza własną głową.
Jolusia trafnie to nazwała - pętla własnych przekonań. I tu wracamy do pytania Celestyny z wcześniej, bo właśnie to jest chyba jeden z tych sygnałów, że pora zmienić podejście. Kiedy twoja praktyka zaczyna potwierdzać tylko to, co już myślisz, zamiast cię gdzieś prowadzić. Czy ktoś to rozpoznał u siebie?
Rozpoznałem, ale dopiero po czasie. Przez dobre kilka miesięcy używałem tych samych kart, tych samych układów, tych samych sformułowań przy pytaniach i dostawałem odpowiedzi, które pasowały do tego, czego oczekiwałem. Myślałem, że to dobry znak. Teraz myślę, że po prostu nauczyłem się czytać własne oczekiwania, nie cokolwiek poza nimi.
Czytam to od jakiegoś czasu i mam pytanie może z innej strony - mówicie dużo o tym, kiedy forma się zużywa. Ale czy jest coś takiego jak forma, która się nie zużywa? Tzn. czy ktoś ma coś, co stosuje od lat i nadal czuje, że to nie jest automat?
Ale tu jest pułapka, prawda? Bo można sobie powiedzieć, że każda zmiana to "aktualizacja", i w ten sposób uzasadnić każde odejście od formy. Skąd wiadomo, że zmiana wynika z autentycznego rozwoju, a nie z tego, że po prostu się znudziłam albo że szukam łatwiejszej drogi?
Może kryterium jest kierunek? Zmiana w stronę większej precyzji, większego wymagania od siebie - to brzmi jak rozwój. Zmiana w stronę uproszczenia, omijania trudnych miejsc - to może być ucieczka. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to też można sobie wyinterpretrować korzystnie.
Hej, wchodzę bo coś mnie zastanowiło - mówicie o rozumieniu języka, o gramatyce wewnętrznej, o tym że trzeba rozumieć kontekst. Ale co z osobami, które od pokoleń używały łacińskich modlitw i formuł nie rozumiejąc ani słowa, a mimo to to działało dla nich? Moja babcia recytowała coś po łacinie do końca życia i prawdopodobnie nie miała pojęcia co to dosłownie znaczy.
Ale tu jest różnica, prawda? Cisza albo oddech to stany wejściowe, a język - nawet niezrozumiały - niesie ze sobą treść, nawet jeśli jej nie rejestrujesz świadomie. Kiedy patrzę na to przez pryzmat tego, jak działają rytmy w astrologii - pewne wzorce działają na ciebie zanim je zinterpretujesz. Podobnie może być z brzmieniem, z fonetyką języka, który jest ukształtowany przez wieki praktyki w określonym kierunku.
Słucham tego i mam wrażenie, że ta rozmowa kręci się coraz bardziej w stronę "każdy język jest skomplikowany i wymaga lat pracy". Ale praktycznie - jeśli ktoś zaczyna i nie ma lat, to co? Ma tylko polski? Nie krytykuję, serio pytam.
